Listopad jest dla mnie takim specyficznym miesiącem, kiedy po pierwsze mam urodziny, po drugie powoli zbliża się koniec roku, więc robię podsumowania i plany, a od kiedy pracuję w turystyce, to w listopadzie zazwyczaj odpoczywam i mam więcej czasu. Wszystko to teraz zbiegło się z projektem blogowego klubu Polki w Turcji. W tym miesiącu opowiadają one własne historie emigracyjne, jedna ciekawsza od drugiej, wiele niemalże filmowych. Dzisiaj pora na mnie ;)

Co prawda ledwo kilka miesięcy temu obchodziłam blogowy jubileusz, przy okazji którego wspominałam swoje tureckie początki, tym razem jednak moją uwagę przykuło słowo „emigracja”. Nigdy go nie używałam w stosunku do siebie. Ba, ja przez wiele lat lubiłam mówić wszystkim pytającym, że w Turcji jestem tylko czasowo, na chwilę, przejazdem… że jeszcze się zastanawiam. Nie wiedzieć kiedy, z tego „pobytu czasowego” zebrało się tyle lat, że za parę miesięcy będzie dekada!
A zatem zdecydowanie nie są to przelewki :)

Jak do tego doszło? Oto moja historia, podzielona dla ułatwienia na etapy:

Etap 1 – Ucieczka

Zauważyłam że żyjące za granicą osoby często znalazły się tam, bo uciekały „od czegoś”, albo „za czymś” goniły. Ja należę do tej pierwszej grupy. Co prawda podróże od dziecka były moją wielką pasją, i każda tułaczka czy w Polskę, czy za granicę, czy nawet zwykłe przeprowadzki z dzielnicy do dzielnicy (a przeżyłam ich sporo) były nowym ciekawym doświadczeniem, ale nigdy nie marzyłam o życiu za granicą. Lubię mój Poznań, nie planowałam z niego wyjeżdżać nawet do innego miasta w Polsce! Jednak po skończeniu studiów kulturoznawczych nadal nie wiedziałam co (poza niedochodowym pisaniem) mogłabym w swoim życiu robić, w sferze prywatnej przeżywałam także wiele problemów, postanowiłam więc przedłużyć sobie „młodość” i złożyłam papiery na kolejne studia w Krakowie. Po parunastu dniach wróciłam do Poznania z podkulonym ogonem; to nie tego szukałam. W takim razie – czego?
Po roku pracy tu i tam na różnych dziwnych stanowiskach, rozpoczęłam nieśmiało spoglądać w kierunku Francji i Hiszpanii; może w ten sposób podreperowałabym skromny budżet? Interesowała mnie szczególnie Francja, francuskiego bowiem uczyłam się ambitnie i nawet marzyłam kiedyś o pracy tłumaczki.
I pewnego dnia zadzwonił mój kolega:
– Agata, jadę do pracy do Turcji jako pilot wycieczek. Na pół roku. Szukają też dziewczyny do obsługi Polaków w sklepie. Jedziesz?
– Jadę – powiedziałam niewiele myśląc.
Turcję postrzegałam wtedy w stu procentach stereotypowo, wiedzę o tym kraju i jego kulturze miałam znikomą, pomyślałam sobie: fajnie, będzie orient, totalna egzotyka!
Potem kolega się z wyjazdu wycofał, mnie propozycję zmieniono na obsługę klienta polskiego w hotelowej tureckiej łaźni. Łaźnia? A co to takiego? Nie miałam nic do stracenia, wsiadłam po raz pierwszy w życiu do samolotu i uciekłam od mojej szarości i depresji w zupełnie inny świat.

Etap 2 – Tureckie i turystyczne szaleństwo

Od pierwszego wyjazdu przez kilka następnych lat przygód miałam mnóstwo. Od pierwszego dnia, aby nic nie umknęło, prowadziłam bloga. Wszystko było zwariowane: praca po kilkanaście godzin dziennie, zupełnie inne niż w Polsce problemy, egzotycznie brzmiący język, ciekawe obyczaje, i to, że przez wszystko przedzierałam się sama, bez niczyjej pomocy, co było jak kompres dla mojej zwichrowanej psychiki. Byli też faceci, w których po kolei zakochiwałam się i odkochiwałam. No i widoki: palmy, plaże, morze. Smaki, muzyka! Moja ucieczka przerodziła się w efektywną terapię, szkoliłam angielski, uczyłam się dla zabawy tureckiego, spisywałam wrażenia, nie wiedzieć kiedy zostałam pilotką i rezydentką i odkryłam, że turystyka powinna być moim zawodem! Po tym pierwszym sezonie wróciwszy do Poznania postanowiłam zostać profesjonalną pilotką. Mój rok podzielony był na dwie części: lato, kiedy pracowałam w Turcji i zimę, kiedy przyjmowałam krótkie zlecenia w innych krajach, np. Maroku, czy dorabiałam sobie w Poznaniu. Poza fascynacją turystyką oczywiście zakochałam się w Turcji. Interesowało mnie po prostu wszystko, a i ja podtrzymywałam to zainteresowanie wciąż szukając tematów na nowe wpisy na bloga.
Po kilku latach dość intensywnej pracy i pasji przeżyłam niejakie wypalenie. Bezkrytyczny zachwyt turystyką, Turcją, jak i poważniejsze „zakochanie” w tureckim facecie, dobiegły końca. Wiedziałam już po prostu za dużo :) Stwierdziłam, że pora zmienić otoczenie i w ramach pożegnania wyjechałam do Turcji na ostatni sezon pracy. Nie wiedziałam jeszcze, co będę robić potem.

Etap 3 – Zadomowienie

I tu los sprawił mi kolejną niespodziankę. Ledwo miesiąc po moim przyjeździe kolega przedstawił mi swojego znajomego. Wymieniliśmy parę zdań i wpadliśmy sobie w oko, choć już wtedy byłam dość sceptycznie nastawiona do romansów na tureckim wybrzeżu. Tymczasem kolejne spotkania w grupie znajomych były coraz częstsze, w czym pomogły Mistrzostwa Europy w piłce nożnej – znałam się na futbolu a to zaimponowało koledze, razem chodziliśmy na mecze. I nagle – bum! – okazało się że nasza relacja jest coraz bardziej serio. Wkrótce byliśmy parą, kiedy sezon się skończył robiliśmy pierwsze nieśmiałe plany, w zimie przyjechałam „na próbę” pomieszkać z nim i potem było już z górki. Pełni obaw o kulturowe różnice do wszystkiego podchodziliśmy bardzo ostrożnie. Dlatego też ciężko mi było siebie nazwać „emigrantką”, nie robiłam dłuższych planów. Tymczasem naszego bycia razem mija już 6.5 roku… Jak to w każdym międzykulturowym (albo i każdym) związku bywa raz pięknie, raz trudno, trudniej, od kiedy zdecydowaliśmy się połączyć siły i założyć razem firmę – i teraz już muszę przyznać, że jednak się w Turcji osiedliłam, nie ma mocnych. Ukorzyłam się przed sobą, znajomymi i rodziną, którzy już wiele lat temu prorokowali, że w Turcji zamieszkam ;) No tak. Troszkę oszukiwałam sama siebie; dopiero niedawno przyszedł czas, aby i ten fakt zaakceptować.

W południowej Turcji, w śródziemnomorskim kurorcie żyje się pięknie – jeśli tylko jest na to czas. Wcale nie tak „orientalnie” jak myślałam przed moim pierwszym wyjazdem, co bardzo ułatwia życie ;) Nigdy też nie przypuszczałam, że miłością mojego życia będzie obcokrajowiec, i że codziennie będę budziła się widząc błękitne niebo za oknem i wieżyczkę meczetu. Że to turecki (a nie francuski!) będzie moim drugim językiem. Za Polską tęsknię bardzo, ale po sezonie mam czas, żeby odwiedzić rodzinne miasto i znajomych na dłużej, skosztować ukochanych smaków i nacieszyć się swojskim europejskim klimatem, cieszę się, że mój partner także ten klimat lubi. A potem – stęskniona – wracam do mojego drugiego domu – Turcji.

Nigdy też nie przypuszczałam, że blog będzie moim najwierniejszym towarzyszem emigracji. Czasem, kiedy ogarniała mnie już wielka złość na te całe „tureckie klimaty”, albo kiedy emigracyjne smutki uruchamiały depresyjne stany, myślałam sobie: „No tak, ale jak wrócę do Polski, co będzie z blogiem? O czym będę pisać?” Zawdzięczam mu tyle wspaniałych znajomości, tyle ciekawych historii, anegdot, przyjaźni, a nawet to, że wydałam książkę! Szkoda by było…
Zaczynałam więc pisać notkę na bloga, aż złe nastroje mijały i okazywało się, że to wszystko jest tak naprawdę… śmieszne!

I tak jest do dzisiaj ;)

IMG_9352

Spodobało Ci się tutaj? Zostań moim Patronem!

Już za 10 zł miesięcznie, lub za dowolną jednorazową kwotę możesz zostać moim Patronem i mieć wpływ na to, co pojawia się na blogu i Kanale YouTube. Kliknij w obrazek poniżej i dowiedz się o co chodzi ;)