Dziś będzie obiecany już miesiące czy lata temu (wolę nie sprawdzać dokładnie daty składania tej obietnicy) tekst o kosmetykach. Oczywiście niesponsorowany, żeby nie było! :) Trochę poradnikowy, a trochę ogólnorefleksyjny, nie jestem bowiem – broń Boże – żadnym kosmetykowym guru, raczej zwykłym użytkownikiem, może nieco bardziej niż inni doświadczonym przez los… ;)

Z kosmetykami w Turcji sprawa jest jednocześnie trudna i prosta. Trudna, bo kosmetyki zagranicznych marek, do których człowiek przyzwyczaił się mieszkając w Polsce, tak banalne jak toniki, szampony, żele do ciała, itp. są dużo droższe. Niektóre wręcz trudno osiągalne (jak specyficzne kosmetyki do pielęgnacji cery). Pamiętam, kiedy „badałam temat” przed moim pierwszym wyjazdem do Turcji, szukając w internecie informacji co warto zabrać ze sobą z Polski. Na nielicznych forach, które wtedy istniały, pisano wciąż to samo: kosmetyki! Wzięłam tą radę do serca i odtąd każdy wyjazd na sezon do pracy oznaczał hurtowe zakupy i walizkę wypchaną przede wszystkim ulubionymi szamponami, kremami, tonikami, a nawet mleczkiem do opalania, nie mówiąc już o kosmetykach kolorowych.
Na szczęście było to dawno temu, od paru lat sytuacja w Turcji znacznie się zmieniła i teraz rozmaite mazidła można, nie znalazłszy ich w sklepach stacjonarnych, zamówić przez internet. Ceny też nieco się wyrównały. Przyzwyczajenie jednak pozostało, i nie mam zbyt wielu ulubionych kosmetyków tureckich właśnie dlatego, że wciąż radziłam sobie korzystając z produktów polskich.
A co jest prostego z kosmetykami w Turcji, bo i o tym wspomniałam? To, że kiedy już zdecydujecie się korzystać z wyrobów lokalnych, albo nie będziecie po prostu mieć wyboru, znajdziecie rozmaite „skarby” lokalnych firm, nieprzesadnie drogie, dostępne i całkiem dobre! Jak to w życiu bywa – trzeba tylko chcieć ;)

Szukając jakiegoś szerszego kontekstu dla mojego kosmetykowego wpisu znalazłam kilka ciekawych artykułów, które wiele mi wyjaśniły. Według źródeł podanych np. tutaj aż 70% kosmetyków w Turcji pochodzi z importu! To wyjaśniłoby wysokie ceny. Owszem, w Turcji istnieje prawie półtora tysiąca firm lokalnych, jednak aż jedna trzecia z nich produkuje przede wszystkim słynną „kolonyę”, czyli wodę kolońską, i mydła. Ponadto wiele daje do myślenia rzut oka na statystyki użytkowania kosmetyków. W Europie regularnie korzysta z kosmetyków 90% młodych w wieku 19-24 lata, natomiast w Turcji wskaźnik ten wynosi ledwo 20%… i tak jest to ponoć sporo i świadczy o zmianie stylu życia i wzroście zamożności tureckiego społeczeństwa…
Najpopularniejsze kosmetyki tureckie, o czym przekona się każdy kto odwiedzi jakikolwiek sklep czy supermarket, to zdecydowanie środki do pielęgnacji włosów, głównie szampony. Koresponduje to z tym, o czym mówiliśmy w przypadku ładnych Turczynek, prawda? ;) Dalsze w kolejności są środki do depilacji (ponieważ faktycznie Turczynki mają na tym punkcie obsesję, depilując nawet włoski na przedramionach), oraz mydła i żele pod prysznic. Następnie mamy kosmetyki dla panów, którzy lubią dbać o siebie – głównie o włosy (szampony i żele do układania, oraz kosmetyki do golenia) i ewentualnie perfumy czy dezodoranty. Na końcu listy są kosmetyki kolorowe – głównie do oczu i ust oraz środki do higieny jamy ustnej i przeznaczone dla dzieci.
Zastanowił mnie tutaj brak kremów do twarzy ;)

Źródło: Kolonie firmy Eyüp Sabri Tuncer, http://www.3danimasyon.com

Jeśli chcecie zatem rozpocząć przygodę z kosmetykami tureckimi bez większej ingerencji w swoje przyzwyczajenia, polecam najpierw klasykę. Czyli kolonyę. Jest to co prawda wynalazek włoski, ale bardzo w Turcji rozpowszechniony i używany przez wielu nie tylko jako kosmetyk zapachowy, ale jako remedium na ból mięśni czy środek antyseptyczny, pomaga też usunąć plamkę z ubrania ;) Kolonya to mieszanka alkoholu etylowego, wody, olejku cytrynowego i esencji kwiatowych. Można też nabyć wersję bezalkoholową, bardziej odpowiednią dla praktykujących muzułmanów.
Kolonya jest codziennym elementem kultury tureckiej: w restauracjach czy domach dostaniemy ją do przemycia rąk i karku przed czy po posiłku, podobnie w autobusie dalekobieżnym po rozpoczęciu podróży dla odświeżenia. Kolonie można znaleźć różne, są lepsze i gorsze, droższe i tańsze, ceny rozpoczynają się od kilku lir do średnio kilkunastu lir za butelkę. Najbardziej popularnymi firmami są Eyüp Sabri Tuncer, Rebul, a zapachy można spotkać w całej gamie, od klasycznie cytrynowych, przez lawendowe, tytoniowe czy mandarynkowe, które pachną obłędnie.

Źródło: www.gulsarayi.com, Woda różana typu lux

Kolejnym ciekawym znaleziskiem, które używam dopiero od niedawna, jest tonik różany. Bazową substancją jest woda różana (gül suyu), która powstaje jako efekt uboczny produkcji olejku. Stosuje się ją zewnętrznie, ale i na przykład jako dodatek do potraw. W Turcji zagłębiem różanym jest miasto Isparta, gdzie można zakupić kosmetyki na bazie olejku różanego niemal od producenta, ale znajdziemy je też w sklepach kosmetycznych w całym kraju, a nawet w wolnocłówce na lotnisku. Jedną z najbardziej znanych firm są Rosense, Gülsarayı, Bebak. Ja używam toniku różanego, który pięknie oczyszcza moją problematyczną cerę, z kolei Mamie od czasu do czasu kupuję krem różany, który bardzo sobie chwali. Można też mieszać wodę różaną z olejkiem różanym i nakładać na problemowe miejsca, choć tej opcji jeszcze nie próbowałam.
Muszę przyznać że do kosmetyków różanych przekonałam się dopiero dzięki zainteresowaniu produktami naturalnymi i organicznymi. Od jakichś dwóch-trzech lat używam kupowanych w Polsce hydrolatów do przemywania twarzy, a makijaż wykonuję tylko ‚minerałkami’. Różnica jest diametralna! Tonik różany ma też tę zaletę, że nie zawiera alkoholu, na który moja trądzikowa i wrażliwa skóra reagowała fatalnie. Kupując tego typu kosmetyk pamiętajcie, żeby była to „saf gül suyu”, czyli czysta woda różana bez żadnych dodatków. Cena w zależności od pojemności i marki 10-20 lira a nawet więcej.

źródło: haccerkozmetik.com

Kolejnym mocnym punktem w tureckich kosmetykach są produkty z dodatkiem oliwy z oliwek. Jeden z nich odkryłam w aptece kilka lat temu przypadkowo, szukając – znów – prezentu dla Mamy :) I jest od tego czasu hitem, którym chyba nigdy i ona, i ja się nie znudzimy. Chodzi o krem oliwkowy do twarzy firmy Haccer. Zawiera on także olej sezamowy. Krem ma wyrazisty oliwkowy zapach i specyficzną konsystencję, jest dość tłusty, ale działa jak lekarstwo na wszelkie skórne problemy, np. zaczerwienienia, pomaga też przy trądziku. Minusem jest stosunkowo wysoka cena – ok 30 lir.

Źródło: dalan.com.tr

Świetne są też inne kosmetyki, również organiczne, na bazie oliwy z oliwek. Bardzo dużo dobrych produktów ma Dalan, który produkuje przede wszystkim mydła, ale także żele pod prysznic, kremy do ciała czy szampony i odżywki do włosów. Można je dostać w wielu tureckich marketach w przystępnych cenach, są też fajne zestawy prezentowe. Z tego co wiem Dalan pojawił się w Polsce.

Źródło: vaverashop.com

Jednym z moich faworytów jest krem do rąk znanej także w Polsce marki Arko – malutka tubka o dokładnej nazwie Arko Nem Zeytinyağlı El Bakım Kremi (nawilżający krem oliwkowy do pielęgnacji dłoni). Jest tani (około 2 liry, czasem w promocji taniej) i wydajny. Pięknie pachnie. Zawsze mam go w torebce ;)

źródło: hepsiburada.com

W Turcji mamy też ogromny wybór fantastycznych mydeł, które są jednymi z najczęściej używanych kosmetyków. Jako prezent z „krainy Orientu” ;) przywożę często do Polski na prezenty mydełka zwane ‚hamamowymi’, i po jakimś czasie odbieram same pozytywne recenzje. Zresztą sama używam tureckich mydeł, przede wszystkim firm Haci Sakir, Dalan albo Duru. Najlepsze są klasyczne, oliwkowe czy laurowe, do wyboru mamy też np. lawendowe czy różane. Zapach takiego mydła jest dość intensywny ale naturalny; w przeciwieństwie do mydeł które kupowałam w Polsce, świetnie się pienią. Tak na marginesie właśnie producent Duru, firma Eyvap Sabun jest jednym z największych na świecie producentów mydła.

źródło: ukipcosmetic.com

Na koniec dwa kosmetyki dość specyficzne, bo ze słowem „argan” w nazwie. Olej arganowy pochodzi z Maroka, gdzie miałam przyjemność pracować i stąd dowiedziałam się co nieco o jego zaletach. Produkty z arganią stały się jednak ostatnimi czasy na tyle modne, że sprzedadzą każdy kosmetyk, który nawet nie leżał obok prawdziwego olejku arganowego.
Nic nie przeszkodziło mi jednak w tym, żeby uczynić pseudo „arganowe serum do włosów” jednym z moich ulubionych ;) Jestem posiadaczką dość grubych falowanych kosmyków, które pod wpływem wilgotnego powietrza niesfornie kręcą się na wszystkie strony. A wilgotne powietrze występuje w Alanyi przez praktycznie cały rok – stwierdziłam więc, że na pewno Turczynki mają jakiś sposób na puszące się włosy. W Alanyi sklepów z kosmetykami nie ma wiele (zapomnijcie o sieciówkach, marketach kosmetycznych!), ale jest jeden zwany „tureckim rossmannem” (niedaleko pomnika Ataturka), gdzie na brak towaru nie można narzekać. Sprzedawca polecił mi ponoć najlepiej się sprzedające serum zwane „Argan Tree Oil”, które zawiera tyle olejku co nic, ale to nie szkodzi – za jedyne 8 lir tureckich zakupiłam specyfik, który używany w ilości kropli po każdym myciu włosów naprawdę polepszył ich stan! Od tego czasu używam go regularnie i bardzo sobie cenię.

źródło: live-clean.com

Innym razem, załamana tymi puszącymi się kłakami postanowiłam zainwestować u mojego tureckiego fryzjera w zabieg keratynowego prostowania włosów. Była to świetna przygoda, choć niemały wydatek, i przez ponad 8 miesięcy cieszyłam się pięknymi włosami, których nie trzeba było praktycznie nawilżać czy układać. Aby efekt tyle się utrzymał należało jedynie unikać soli (kąpiele morskie) i rozmaitych sodowych paskudztw myjących dodawanych do większości szamponów (SLS). Podczas wizyty w drogerii W. w Antalyi zakupiłam więc, namówiona przez sprzedawczynię, naturalny szampon i odżywkę z dodatkiem arganii. Co prawda nie są to kosmetyki tureckie, tylko kanadyjskie (!), ale nie znalazłam ich nigdzie indziej, uznaję je więc za moje tureckie odkrycia. Nie są też tanie – szampon i odżywka kosztują po ok. 30 lir, ale są dość wydajne. Mimo że po keratynowym prostowaniu włosów zostało już tylko wspomnienie, produkty te nadal używam widząc ogromną różnicę w wyglądzie i kondycji moich włosów. Zresztą polecam wszystkim cierpiącym na „puszące” włosy przerzucenie się na kosmetyki bez SLS, różnica powala na kolana!

Inne kosmetyki, które mogę wymienić na koniec jako warte uwagi, użyte przeze mnie sporadycznie, to znane ziołowe szampony marki Otaci, z dodatkami naturalnych olejków roślinnych. Wiele z czytelniczek na pewno kojarzy też kosmetyki kolorowe marki Golden Rose, Flormar czy Pastel – ich lakiery czy cienie do powiek widoczne są często w polskich galeriach handlowych, a są to firmy tureckie! Ciekawostką było też dla mnie odkrycie marki organicznych kosmetyków do makijażu Chidem, kojarzonej jako brytyjska ale ich założycielka jest Turczynką o imieniu Çiğdem (stąd nazwa marki, ułatwiająca wymowę tego trudnego imienia).
Jeśli z kolei zastanawiacie się czy któreś polskie marki zawojowały Turcję – owszem, i to całkiem niedawno! Do Turcji wkroczyła z impetem Ziaja (wymawiana przez Turków zapewne jako „zyaża”), można też zakupić niektóre produkty Dax Cosmetix, a kiedyś w aptece farmaceutka proponowała mi kurację kwasami firmy Pharmaceris, które stosuję regularnie ;)

Oczywiście kosmetyki w Turcji to także setki naturalnych olejków, henna w proszku kupowana na wagę, maseczki z glinki na bazarach czy w sklepach z naturalnymi produktami i przyprawami. I inne rozmaite „cuda” jak arabski „kohl” do malowania oczu w postaci ciemnej mazi, którą trudno potem zmyć (wiem co mówię ;)). Jeśli znacie coś ciekawego, co mogłybyście polecić do wypróbowania – wpisujcie w komentarzach, na pewno przyda się nie tylko mi, ale i innym czytelnikom.