Alanya jest dość specyficznym miastem. Od lat współistnieją tutaj Turcy z cudzoziemcami. Sami Turcy to mieszanka dosyć zróżnicowana: mamy Alanijczyków od pokoleń (głównie rolników byłych i obecnych którzy dzięki walorom Alanyi stali się ekspertami od turystyki i hotelarstwa), mamy Turków którzy przyjechali tutaj za chlebem i zostali (sporo ze wschodu, z pochodzenia Kurdów), i jakby tego było mało – mamy cudzoziemców, których jest nawet kilkanaście tysięcy. W stutysięcznym mieście to całkiem sporo. Mieszkają tutaj, pracują, prowadzą własne interesy albo po prostu przyjeżdżają spędzać w wakacje w swoich apartamentach. Są wśród nich młodzi i starzy, małżeństwa mieszane albo nie, z dziećmi i bez, emeryci i osoby dopiero zaczynające zawodowe życie. Niemcy, Rosjanie, Skandynawowie, Litwini, Polacy… Prawdziwy koktajl. Nazywa się ich/nas tutaj „nowi Alanijczycy” (yeni Alanyalılar).

Obcokrajowcy działają tutaj prężnie, wiążą się w liczne stowarzyszenia, a i Urząd Miasta jak i sami tubylcy podchodzą do nas – do yabancı – przyjaźnie i otwarcie. Oczywiście nie było tak zawsze, takiej tolerancji trzeba się nauczyć. W samym Urzędzie Miasta istnieje osobna Rada Obcokrajowców, obchodząca niedawno swoje 10-lecie. Rada składa się z przedstawicieli różnych krajów i dzięki jej działalności do Alanyi udaje się wprowadzić rozmaite „europejskie” inicjatywy w życie. Jedną z nich jest na przykład europejski festiwal, kiedy prezentują się różne kraje. Inną kiermasz bożonarodzeniowy, który już od kilku lat cieszy się wielkim powodzeniem. Na początku Turcy podchodzili do tematu jak pies do jeża, a potem zrozumieli, że nikt nie planuje ich nawracać, i teraz przychodzą w grudniu z dzieciakami oglądać kiermaszowe stragany, kupować pierniki i strzelać sobie selfie ze Świętym Mikołajem. Są to bardzo sympatyczne chwile i można się szczerze cieszyć, że Alanya stała się tak otwartym miastem.

Skoro Turcy traktują – obcokrajowców i często innowierców – z szacunkiem, odwzajemnienie tych uczuć jest sprawą naturalną, że tak podsumuję umoralniająco. I tak od kilku już lat podczas Ramazanu w Alanyi odbywa się kolacja (iftar), na którą zapraszani są właśnie obcokrajowcy! Wczoraj miałam przyjemność po raz pierwszy w tym wyjątkowym wydarzeniu uczestniczyć. Nie sprawdzałam tego dokładnie, ale mam wrażenie że jest to ewenement na skalę turecką. Możecie zapytać jaki jest sens jeść kolację ramazanową przerywającą post, kiedy się go nie przestrzegało…? Cóż, przecież nie o to chodzi – raczej o dzielenie się, tolerancję i bycie razem – niezależnie od wyznania i narodowości.

W alanijskim porcie ustawiono długie stoły, przybrano krzesła w typowym barokowym tureckim stylu, a stoły – bukietami kwiatów. Koło godz. 20.00 zaczęli się pojawiać obcokrajowcy i Turcy – przedstawiciele urzędu miasta, starostwa, wraz z rodzinami, itp. Razem było nas chyba ze 300. Wspólnie doczekaliśmy ezanu – nawoływania do modlitwy, i kiedy wybrzmiał rozpoczęliśmy posiłek. Podano tradycyjną alanijską zupę (z warzywami i kurczakiem), sałatkę, danie przypominające lasagne, a także kawałek mięsa z warzywami i ziemniaczanym puree. Do popicia woda, ayran albo komposta (odpowiednik naszego kompotu wigilijnego, także częściowo z suszonych owoców). Na koniec – jakby tego było mało – solidny kawałek baklavy.

Po posiłku odmówiono modlitwę i podziękowano – w kilku językach – uczestnikom wydarzenia. Cieszę się że mogłam w tym wyjątkowym wieczorze uczestniczyć. Poniżej kilka niedoskonałych zdjęć które pstrykałam pomiędzy jednym kęsem a drugim ;)

IMG_9148
IMG_9150
IMG_9151
IMG_9167
IMG_9175
IMG_9183
IMG_9191