Powiem Wam szczerze, czasami żałuję, że nie jestem blogerką kulinarną, albo life-stylową, albo szafiarką ;) Ponieważ jednak piszę bloga o wszystkim, o moim życiu w Turcji, no to nie ma, że boli – jak się coś dzieje, to wypadałoby coś napisać, dać jakiś komentarz. Jak nie napiszę, to potem będzie, że celowo milczę, żeby nie wzbudzać paniki…
No więc, jako że czuję się wywołana do tablicy, znów napiszę parę słów od siebie w związku z tak zwanymi „zamieszkami w Turcji”.

Po pierwsze: abstrahuję od polityki. Nie znam się na niej na tyle, aby pisać tu jakieś analizy. Sama nie potrafię tego ogarnąć. Media przestały być dla mnie jakimś punktem odniesienia, bo w przypadku Turcji widać jak na dłoni jak działa manipulacja (każdej strony z osobna).

Tymczasem wiele osób zamierzających wyjechać do Turcji znów staje przed dylematem: wierzyć, czy nie? Media straszą obrazami zdemolowanych sklepów czy restauracji, wrzeszczącego tłumu, podają statystyki i przemawiające do wyobraźni mapki z zaznaczonymi miastami w których odbywają się anty-kurdyjskie demonstracje, i piszą coś o „uciekających w przerażeniu turystach”.

Teraz więc kilka punktów moim okiem:

1. Trudno się dziwić, że Turcy rozżaleni są tym, co dzieje się na wschodzie (codziennie giną tam z rąk PKK tureccy żołnierze i policjanci, także cywile, ale konflikt trwa dłużej, ze 30 lat). Trudno się dziwić że ten żal i złość starają się z siebie wyrzucić. Inna sprawa – jak to robią.

2. Eskalacja wydarzeń nastąpiła po weekendzie – w niedzielę w zmasowanym ataku zginęło ponad 40 żołnierzy. W poniedziałek Turcy zaczęli się zmawiać na marsze, a flag tureckich pojawiło się wszędzie jeszcze więcej.

3. Zapytałam kolegów z pracy, czy jest u nich coś takiego jak „marsze milczenia”. Wydały mi się bardziej odpowiednie do uczczenia pamięci tych, którzy zginęli. Tylko mnie wyśmiali: „Turcy nie potrafią milczeć!”. Najwyraźniej ten gorący temperament i tu musi znaleźć ujście. I znajduje.

4. Demonstracje odbywały się wieczorem i faktycznie w wielu miejscach kraju wymknęły się spod kontroli. Inna sprawa, że gros demonstrujących to skrajni nacjonaliści (w Turcji nacjonalizm mimo upływu lat ma się całkiem nieźle i co zaskakujące, jest ogólnie tolerowany). W Alanyi spalono więc budynek partii kurdyjskiej, który mieści się w centrum miasta. Dostało się też paru sklepom i restauracjom, których właściciele są podejrzewani o popieranie PKK. Inna sprawa, że w Alanyi i na całej Riwierze mieszka i pracuje mnóstwo Kurdów. Jednak bycie Kurdem nie oznacza automatycznie popierania PKK, o czym wiele osób często zapomina. Kurdom w Turcji żyło się już całkiem nieźle, od kilkunastu lat mogą bez przeszkód używać swojego języka, uczyć się go w szkole, telewizja państwowa otworzyła kurdyjski kanał (jest też wiele prywatnych), podobnie z prasą czy radiem. Niewielu Kurdów ma ciągoty niepodległościowe, są zintegrowani ze społeczeństwem tureckim, urodzeni na terenie Turcji, dwujęzyczni, i odbiegają znacznie od przedstawianego w niektórych europejskich mediach stereotypu/wyobrażenia romantycznego Kurda w spodniach moro ze sznurem amunicji w pasie, partyzanta walczącego w górach o niepodległość.

5. W dniu największej demonstracji w Alanyi sama wdychałam gaz pieprzowy, którym policja próbowała sobie poradzić z protestantami. Widziałam ich z okien mojego biura. Nie wyglądało to ciekawie. Była to jednak jednorazowa sytuacja i zachowałam się tak samo, jakbym się zachowała w Polsce podczas przemarszu narodowościowców albo po jakimś wielkim meczu Lech-Legia – trzymałam się z daleka, w bezpiecznej odległości.

6. W dniu największej demonstracji w Alanyi sprawdziłam polskie portale internetowe. Cisza. Ani słowa. Następnego dnia wręcz zdziwiłam się, że nikt do mnie w tej sprawie nie pisze, ani nie dzwoni. Minęły kolejne 2-3 dni i nagle z letargu „obudziła” nas wiadoma telewizja prywatna rozpoczynająca się na literkę t i kończąca na n :) Właśnie odkryli oni Amerykę i rozpoczęli wielkie paniczne relacjonowanie, jak to w Turcji jest niebezpiecznie.

7. Według mnie i wielu mieszkających tutaj osób, relacje mediów należy jak zwykle traktować z dystansem. Niebezpieczeństwo nie grozi turystom. Jakkolwiek spalone sklepy i wybite szyby nie wyglądają fajnie i nie nastrajają pozytywnie, nie raz takie widoki oglądaliśmy w Polsce czy krajach Europy, i nigdy nie było to powodem aby anulować wizytę w danym kraju. Takie wybuchy mają to do siebie, że mijają. I tu miną.
Jeśli demonstracje się odbywają, to zazwyczaj wieczorem (względy praktyczne – nie jest już tak gorąco i demonstranci kończą pracę). Zazwyczaj na głównym miejskim placu czy skwerze, albo przechodzą przez główną ulicę miasta aż do tegoż skweru. Turyści powinni wtedy po prostu pozostać w bezpiecznej odległości, i nic nie powinno im grozić. Zakazu wychodzenia z hoteli nie ma i nie będzie, to też kolejna bujda na resorach. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to co się dzieje nie należy do jakiejś normy, ale z drugiej strony nie przekracza ono tej delikatnej granicy, kiedy możemy już mówić, że należy omijać Turcję albo do Alanyi w ogóle nie przyjeżdżać (albo nie ruszać się z hotelu).

8. Teorie o tym, że wszystkiemu jest winien prezydent Erdoğan to też troszkę przesadzone. Człowiek ten owszem nie jest na pewno bez wad, ale przypisywanie mu odpowiedzialności za przysłowiowe „wszystko” co dzieje się w Turcji, to też gruba przesada. Po internecie krąży całkiem śmieszny „mem”, który ten absurd właśnie pokazuje: czy Turcja zaatakuje IS, czy nie zaatakuje, czy będzie walczyć z PKK czy nie, każde rozwiązanie jest złe i jest przedmiotem krytyki w kierunku urzędującej partii i prezydenta. Przypominam, że w Turcji panuje demokracja – owszem, kulawa, i jeszcze o młodych korzeniach, ale demokracja. I nic nie jest winą tylko jednej osoby lub partii, podobnie jak zasługą.

9. Na koniec jeszcze jedna prośba. Czytając prasę, oglądając tv, bądźcie sceptyczni. Sytuacja jest bardzo złożona, i ciężko o obiektywną relację. W wielu mediach mamy do czynienia z propagandą, już nie mówiąc o teoriach spiskowych. Nawet nasi znajomi Turcy znajdują się po jednej, albo po drugiej stronie i przekazują to, co chcą byśmy wiedzieli. Acha – wojny ani stanu wojennego w Turcji nie ma, więc to też nieprawda, i miejmy nadzieje że sytuacja się uspokoi. Oby jak najszybciej.

Dopisek z 11.09 Właśnie wyczytałam w gazetach alanijskich, że starosta i władze miasta zabroniły urządzania kolejnych protestów ze względu na dobro i spokój turystów. Tym bardziej więc można odetchnąć ;)

 

A na koniec trochę humoru, zdjęcie ze sklepu pod moim domem:


 A jakbyście pytali co u mnie, to przede wszystkim jest strasznie gorąco. Kilka dni temu mieliśmy burzę piaskową, która przyfrunęła do nas z Afryki. Widoczność była ograniczona do jakichś 3 kilometrów, a powietrze było nienormalnie suche, jak na Alanyę. Potem minęło, i znów zrobiło się okropnie upalnie, tak jakby trwał nadal sierpień. Lato w tym roku zaczęło się nieco później, i najwyraźniej limit upalnych dni co roku musi się zgadzać.
Teraz już przepraszam zmykam, bo z tego wszystkiego zapomniałam ZUS zapłacić. A to się nie godzi!

Spodobało Ci się tutaj? Zostań moim Patronem!

Już za 10 zł miesięcznie, lub za dowolną jednorazową kwotę możesz zostać moim Patronem i mieć wpływ na to, co pojawia się na blogu i Kanale YouTube. Kliknij w obrazek poniżej i dowiedz się o co chodzi ;)