Jest taka anegdotka, którą opowiadają sobie Turcy:

– W Japonii było trzęsienie ziemi. 8 stopni w skali Richtera.
– Ktoś zginął?
– Tak, jedna osoba: Turek, który w panice wyskoczył z okna.

Dwa dni temu (we wtorek po północy) w południowo-zachodniej Turcji zatrzęsła się ziemia. Ot, takie tam 5.2 stopnie, wstrząsy były na tyle krótkie, że wiele osób w ogóle ich nie odczuło (na przykład ci, którzy spali). Ja akurat wylegiwałam się na kanapie w salonie, podczas gdy Król Pomarańczy w pokoju obok prasował swoje koszule (i pewnie byłby niezadowolony, gdyby wiedział, że całemu światu ukazuję tę oto prawdziwą twarz naszego związku) :)
Nagle zobaczyłam ruszające się firanki i zasłony w oknach, co mogłoby być normalne, gdyby nie to, że okna były zamknięte. To nie wiatr. Zamarłam. I zauważyłam poruszającą się lampę podłogową. Oho! Mamy deprem (trzęsienie)! Po kilku sekundach ustało. Zerwałam się na nogi i ruszyłam do K.P. który myślał, że się wygłupiam. Nic nie poczuł!
Chyba domyślacie się, co zrobiłam zaraz potem: włączyłam Facebooka, żeby sprawdzić, czy wydawało mi się, czy miałam rację? Oczywiście wpisy znajomych potwierdziły tylko to, że mój wewnętrzny sejsmograf się nie mylił.

To dopiero moje trzecie „zaliczone” trzęsienie tutaj. Jak na ilość czasu spędzonego w Turcji jest to całkiem mało. Turcja położona jest na styku czterech płyt tektonicznych: anatolijskiej, euroazjatyckiej, napierających od południa afrykańskiej i arabskiej, co powoduje, że aktywność sejsmiczna jest tutaj wysoka, a trzęsienia ziemi są jak najzupełniej normalne, lista największych trzęsień (powyżej 5 stopni) jest dostępna na tureckiej Wikipedii i pokazuje je aż od II wieku n.e. (tutaj). Aby zobaczyć jak często mają miejsce dzisiaj, wystarczy wejść na stronkę Uniwersytetu Bosforskiego (a dokładniej instytutu, który zajmuje się analizą trzęsień, tutaj po angielsku) by zobaczyć listę wszystkich „drgnięć” w ostatnim czasie w Turcji, można też śledzić informacje na smartfonie (aplikacja), czy Twitterze. Oczywiście większość z nich to takie delikatne, w granicach 1-3 stopni, praktycznie nieodczuwalne.

Niestety raz na jakiś czas ziemia trzęsie się bardziej, i wiedzą to szczególnie mieszkańcy Stambułu oraz wschodniej Turcji. Zapewne pamiętacie informacje o dramatycznym trzęsieniu w Van (2011, 7.1 stopnia). Wpadłam zresztą wtedy w panikę: co będzie, jak w Alanyi zatrzęsie się ziemia? Wiedziałam, że wiele budynków powstałych przed 2000 rokiem nie zniesie większych drgań. Dopiero po wielkim trzęsieniu w Izmicie w 1999 r., o sile 7.5 stopnia, kiedy zginęło prawie 19 tys. osób, poważnie zmieniły się przepisy budowlane. Dziś każdy budynek można poddać specjalnemu testowi odporności na wstrząsy. Co do Alanyi; rzut oka na kilka map aktywności sejsmicznej, które co jakiś czas aktualizują specjaliści i ogłaszają w mediach, trochę mnie uspokoił: Alanya i okolice są uznane za jedne z najbezpieczniejszych. Co za ulga! ;)

Nie zmienia to faktu, że w zeszłym roku we wrześniu, kiedy wstrząsy nawiedziły naszą spokojną wioskę (także około 5.2 stopnia), byłam nieźle przestraszona. Był to mój drugi raz, ale pierwszy o takiej sile i długości. Tego wieczora jednak odkryłam drzemiący we mnie wielki potencjał, czyli mój wewnętrzny sejsmograf. Nie żartuję! Jakąś godzinę przed trzęsieniem zaczęłam się bardzo dziwnie czuć: tak jakby ciśnienie spadło mi do najniższych możliwych limitów. Nie byłam w stanie się ruszyć, nie miałam energii, polegiwałam na kanapie (tej samej!), a K.P. brał już pod uwagę wiezienie mnie do szpitala. Po jakimś czasie takiego dziwnego pijanego nastroju i prób jego pokonania postanowiłam pójść do łazienki. I tam właśnie „złapało” mnie trzęsienie, zabujała się pod stopami ziemia, co początkowo wzięłam za ciąg dalszy moich zdrowotnych zaburzeń. W tym jednak momencie usłyszałam wołanie K.P., szybko wybiegłam z łazienki (zdążyłam się ubrać ;)), a on zaprowadził mnie do kuchni, gdzie przytuleni do siebie i lodówki modliliśmy się każde do swojego Boga :) Trwało to całkiem długo, czułam, że cały budynek rusza się i „sprężynuje”, nie mówiąc już o dzwoniących szklankach w szafie. Na szczęście wszystko w końcu się uspokoiło, ale nagromadzony stres jeszcze przez jakiś czas buzował w żyłach, niwelując moje poprzednie złe samopoczucie… ;)

Przy tej okazji przekonałam się, że Turcy faktycznie, zgodnie z anegdotką na początku wpisu, nie mają „wyuczonych” procedur w razie trzęsienia. Japonia i Japończycy są dla nich wciąż niedoścignionym wzorem. Nie dość, że mimo przepisów nadal wiele budynków nie spełnia wymogów, to sami Turcy nie wiedzą za bardzo jak się zachować i co robić, nie uczą tego w zorganizowany sposób swoich pracowników, albo dzieci. Kierują się raczej instynktem i wyczuciem. Przynajmniej tak to wynika z moich obserwacji i rozmów z Turkami. K.P., który miał tę nieprzyjemność przeżyć trzęsienie w Stambule w 1999 roku mówił, że w wynajmowanym mieszkaniu wszyscy z kolegami w panice chcieli już skakać z okien (swoją drogą tych, którzy wtedy wyskoczyli było sporo). Inny znajomy opowiadał, że kiedy mieszkali na wschodzie, gdzie niewielkie trzęsienia są normą, po pierwszym wstrząsie całą rodziną zwykli uciekać do samochodu stojącego pod domem, i spędzali tam całą noc (często w zimie…). Ja również zaobserwowałam ucieczki do samochodów po zeszłorocznym trzęsieniu, wiele osób ma też zwyczaj wybiegać z budynków na ulice (co nie zawsze jest bezpieczne).

Najbezpieczniej byłoby po prostu mieszkać w wiejskim jednopiętrowym domu z kamienia, które są ponoć najbardziej trwałe, albo w jakimś budynku zaprojektowanym w XVI wieku przez genialnego sułtańskiego architekta Sinana… :)

Jeśli ktoś z Was, tak jak niektórzy Turcy nie wie jak się zachować podczas trzęsienia przeczytajcie chociażby informacje udostępnione przez nasz polski Konsulat Generalny w Stambule, a przestraszonym polecam ściągnąć sobie na smartfona aplikację pokazującą najnowsze trzęsienia na całym świecie. Przyznam szczerze że nawet największy panikarz (jakim swego czasu byłam) uspokoi się, widząc jak często trzęsie się ziemia… aby tylko nie trzęsła się za mocno!