[Pisane 13.11, w piątek, około godz. 19.00 czasu polskiego, z gwarnej knajpy na stambulskim lotnisku Sabiha. ]

Wracam z Polski do Turcji, standardowo wybieram wylot z Berlina, bo tanio i wygodnie. I to 13 listopada, to jest w piątek.

Lotnisko w Berlinie, terminal międzynarodowy:

Na wejściu zderzam się z kulturowym miksem w najlepszym niemieckim wydaniu. Zasymilowani cudzoziemcy o najróżniejszych kolorach skóry obsługują różnorakie stanowiska na lotnisku, przecież z natury rzeczy stworzonym dla wszystkich ras, narodów i języków świata. Ale – oczywiście – język niemiecki ma tu pierwszeństwo. Znów mija mnie chyba indyjska wycieczka seniorów z jednym duchowym przywódcą w długiej szacie na czele; widziałam ich już na dworcu kolejowym jakieś 40 minut wcześniej i będę ich widzieć później koło mojego gate’u. Są nieźle zakręceni (wciąż czegoś szukają). Czarnoskóry niemiecki granicznik perfekcyjnym angielskim prosi o położenie na taśmę torebki.
Zaraz potem miła niespodzianka: z głupia frant sprawdziłam wifi w telefonie, jak się okazuje na Schönefeld można korzystać z darmowego internetu przez 60 minut, co wydatnie mi się przydaje w oczekiwaniu na samolot. Obsługa naziemna Pegasusa – same Turczynki lub Turcy, standardowo w Berlinie, w innych liniach tureckich jest to samo. Niemiecka obsługa to niemalże rodzynki w tych liniach – i dobrze. Udaję że nie rozumiem tureckiego, rozmawiam z nimi po angielsku :) Targuję dopłatę za bagaż z 4 do 3 kilogramów – z Turkami czy Turczynkami idzie to dużo zgrabniej niż z Niemcami…
Przy kontroli paszportowej przy wejściu do gate’u cały samolot kontroluje tylko jeden jedyny granicznik – trochę mało przy ponad 150 osobach, więc z tego powodu wylot się opóźnia… ;)
Ale panuje spokój i cisza, w eleganckim, europejskim, niemieckim stylu. Nikt nie protestuje. Grzeczni są również polscy chłopcy o twarzach typowych polskich chłopców, też lekko stremowani, oczywiście do momentu przejścia całkowicie pod wpływ napojów wyskokowych. Wtedy stres puszcza, wreszcie można pożartować, na przykład powydzierać się, wstać podczas lądowania i otworzyć luk, albo klasycznie po polsku bić eleganckie, mocne i zdrowe brawo. Jak zwykle można liczyć na rodaków. Nikt nie komentuje, wszyscy są zapewne przekonani, że to Rosjanie. Znów nam się upiekło ;)

Lotnisko w Stambule, kontrola paszportowa:

Piątek wieczór, kolejka do kontroli dla „nie Turków” szokująco długa – takiej jeszcze nie widziałam! Wije się pomiędzy bramkami i wychodzi poza nie. Czekałam dość długo, jakieś 40 minut! Nie liczyłam, bo czas upłynął mi na posuwaniu się ruchem jednostajnie przyspieszonym do przodu i jednoczesnej obserwacji innych pasażerów. Jak różnorodnymi jesteśmy ludźmi! Jak fascynujące jest oglądanie tej różnorodności. O tej samej godzinie na lotnisku Sabiha wylądowało kilka innych samolotów, więc w kolejce mamy krzykliwych Rosjan, spokojnych Niemców, gadatliwych Włochów w koszulkach drużyny biegowej, są zadbane Francuzki, żartująca grupa Hiszpanów, Czeszka w koszulce z bardzo głębokim dekoltem i wielu wielu innych, których nie potrafiłam zidentyfikować, wliczając w to zawsze trudne do zidentyfikowania samotne podróżniczki z plecakami, nieuczesanymi włosami i luźnymi spodniami z obniżonym krokiem oraz hardymi minami.

Lotnisko w Stambule, terminal krajowy:

Gwar, tłum, piątek wieczór, cała Turcja ruszyła w podróż. Młodzi, nowocześni, piją w knajpach w terminalu piwo Efes albo Miller, bawią się smartfonami albo piszą w cienkich jak aktówka laptopach. Gdzieś pomiędzy nimi – ale raczej nie w knajpach, gdzie kanapka kosztuje 15 lir – tradycyjne rodziny, kobiety w czarczafach, wrzeszczące dzieci, bo przecież samolot jest już w Turcji tak demokratycznym środkiem transportu jak, nie przymierzając, autobus. Każdy ma prawo kupić sobie lot krajowy za 59,99 tureckich lir – i bardzo dobrze. Tą różnorodnością nie można się nasycić, podobnie jak w Berlinie. Niestety dużo się nie naoglądam, bo wszystkie miejsca w knajpie zajęte, a stolik który zajęłam nie ma zbyt dobrego widoku na przechodzącą ludzką masę. Próbuję połączyć się z internetem, ale o darmowym można pomarzyć, za to w kilka chwil wykupuję sobie dostęp za 10 lir na dwie godziny i próbuję trochę popracować przy laptopie, nad mikroskopijną porcją tagliatelle z warzywami za 25 lira (to bolesne poświęcenie w imię diety, normalnie poszłabym do McDonalds’a).
Słyszę przebijający się głos z telewizora – oho, Turcy oglądają mecz, nagle słychać go ze wszystkich stron (a telewizorów ci u nas dostatek), grupują się przed ekranami popijając to swoje piwo z małych estetycznych butelek. Jeszcze chwila, a pomyślałabym, że to Włosi. Zresztą, co to za różnica?
Zjeżdżam na dół do mojego gate’u. Na marginesie dużo śmiechu i komentarzy wzbudziła zapowiedź na lotnisku, że pasażerowie lotu do „Antalya-Gazipaşa” powinni stawić się do odprawy. Trudno się dziwić że Polacy mylą oba lotniska, skoro mylą je nawet panie zapowiadające na lotnisku w Stambule ;)
Na dole jeszcze gwarniej, jeszcze tłoczniej – o ile to jeszcze możliwe. No tak – przecież stambulskie „słoiki” jadą na weekend do domu! Wszyscy przylepieni do słuchawek smartfonów, hałas nie z tej ziemi. O niemieckiej ciszy nie ma co marzyć, różnica widoczna i słyszalna „gołym uchem”.
W samolocie do Gazipaşy eleganckie Turczynki w wieku średnim, w dobrze dobranych oprawkach okularów, niemieccy Turcy po 30-tce rozmawiający po niemiecku, dużo młodzieży (studenci?) w ciuchach z sieciówek, trochę turystów, którzy zapewne jadą do swoich nieruchomości w Alanyi i okolicach, i o ile dobrze pamiętam, ani jednej kobiety w chuście.
To moje pierwsze lądowanie w Gazipaşy. Docieramy przed czasem, miękko opadamy na puściutkim lotnisku, bez czekania na bagaż i na swoją kolej w łazience, wszystko zajmuje mi jakieś 10 minut. Ciekawy kontrast po tym co dzisiaj przeżyłam w Berlinie czy Stambule.

Właśnie dlatego tak kocham podróżować i nie sądzę, żebym z tego kiedykolwiek zrezygnowała. Nie potrafię się zatrzymać tylko w swoim domu i swoim świecie. Mimo tego, że z domu w Poznaniu wyjechałam o 7.30, a do domu w Alanyi dotarłam o 22.30, nie mam wcale dość. Czerpię z każdej z moich podróży, nawet zwykłego przemieszczania się z punktu A do B, potężną dawkę życiowej inspiracji. Najbardziej cieszy mnie obserwowanie, podglądanie i podsłuchiwanie (o, tak, podsłuchiwanie!) innych ludzi. Myślę, że wszelcy podróżujący czytający tego bloga w pełni mnie zrozumieją – doświadczanie ludzkiej różnorodności ma uzależniającą moc. Uczy tego, czego nigdy nie byłoby się w stanie zrozumieć siedząc we własnych czterech ścianach przed telewizorem, czy ekranem komputera.

Puste lotnisko w Gazipasy

Puste lotnisko w Gazipaşy