Dzisiaj zapraszam Was na pełną emocji rozmowę z Kasią Karakayą, która od kilku lat mieszka w Stambule. Kasię znam dzięki jej blogowi „Kuchnia bez granic”, na którym dzieli się z czytelnikami przepisami na tureckie smakołyki, wplatając tam także polskie potrawy. To już drugi w ramach Tur-Tur projektu wywiad na tematy kulinarne (wcześniej rozmawiałam z Emilią z bloga „Turcja od kuchni”), tym razem rozmowa zeszła nam także na kwestie macierzyństwa w Turcji… ale nie uprzedzajmy faktów :)

[uwaga: długie. Wierzę jednak, że z zainteresowaniem przeczytacie do końca]

Kasiu, zacznijmy od tego jak wszystko się zaczęło. Skąd pochodzisz, jak trafiłaś do Turcji?

Pochodzę ze Śląska, w tym roku skończę 35 lat, z wyksztalcenia jestem chemikiem ale szybciej wymienić byłoby rzeczy, których w życiu nie robiłam niż te drugie ;) Ale było minęło, moje życie zmieniło się całkowicie po przyjeździe tutaj. Do Turcji trafiłam pierwszy raz w 2011 roku. Zaczęło się od trzytygodniowego przyjazdu do rodziny wtedy jeszcze nawet nie narzeczonego ani nawet chłopaka ;) Po wyjeździe stąd w Polsce wytrzymałam zaledwie 3 miesiące i musiałam tu wrócić. Ciągnęło mnie z powrotem wszystko, tak jak i teraz ciągnie mnie do Stambułu gdy jestem w Polsce, z jedna różnicą.  Turcja i Stambuł jako miejsce do życia jest bardzo specyficzne jak dla mnie. Wywołuje tez mega sprzeczne emocje, od euforii po furie :) te same rzeczy jednego dnia sprawiają przyjemność, a innego doprowadzają do białej gorączki. Kocham to miejsce tak samo mocno jak nienawidze ale w tej chwili nie wyobrażam sobie mieszkania gdzie indziej. To już jest mój dom i miejsce. W tym roku mijają 4 lata odkąd jestem tutaj na stale.

Czym się zajmujesz na co dzień?

Nie pracuję zawodowo, ale na brak pracy nie narzekam. Nie wychodzę codziennie o świcie do biura czy fabryki ale to nie znaczy, że nie mam zajęć i się nie spełniam ;) Pracuję nad blogiem, szkolę się w kwestii fotografii kulinarnej, czytam, czasami wpadają jakieś zlecenia bardziej lub mniej kulinarne… Poza tym normalne rodzinne życie. Zajmuję się domem sama (nie, nie mieszkamy w komunie z teściami, braćmi i kim tam jeszcze ;), wychowuję synka, który w lutym skończył 3 latka, a na początku marca na świat przyjdzie nasza córeczka.

Opowiedz o swoim blogu kulinarnym. Jak narodził się pomysł jego założenia?

Bloga zaczęłam pisać w 2014 roku. Dokładnie 4 sierpnia, z okazji moich urodzin, pojawił się na blogu pierwszy wpis… A zaczęło się od nauki gotowania po turecku, żeby biedny mąż nie chodził głodny :) i podrzucania przetestowanych przeze mnie pomysłów na tureckie potrawy znajomym na prywatnym profilu na fb. W miedzy czasie poznałam główną  sprawczynię całego „zamieszania”, czyli moją obecnie najukochańszą przyjaciółkę Emilię Temizkan, prowadzącą bloga Turcja od kuchni. To od Emilki poznawałam tajniki tureckiej kultury i tradycji w kuchni, ale nie tylko w kuchni. Za jej namową miedzy innymi postanowiłam zacząć pisać bloga. Kto śledzi moje wpisy wie, że nie ograniczam się tylko do kuchni tureckiej. Już sama nazwa bloga sugeruje, ze nie zamykam się w jednym kręgu smaków i lubię kombinować.

Fot. Archiwum bohaterki tekstu

Fot. Archiwum bohaterki tekstu

To właśnie w Twoim blogu mnie urzekło. Jest urozmaicony i na pewno nie pasuje tylko do szufladki tureckiego bloga kulinarnego…

Ze względu na dostępność pewnych składników jestem trochę ograniczona i ostatnio rzeczywiście pojawia więcej wpisów z kuchni tureckiej ku uciesze mojego męża :) Jest to też spowodowane moim zeszłorocznym odkryciem w temacie inspiracji kulinarnych: co miesiąc, od pojawienia się na rynku, czyli od grudnia 2014, regularnie kupuję pismo kulinarne LOKMA. Stety i niestety właśnie, jest tam bardzo dużo przepisów na kuchnię turecką jako taką, jak i dużo potraw regionalnych. Pojawiają się również przepisy kuchni zagranicznych przystosowane do składników dostępnych w Turcji. Tutaj jednak nie mam dobrego zdania na ten temat. Zwłaszcza jeśli chodzi o wypieki. Nie jest to mocna strona tureckich kucharzy niestety.

Co cieszy się największym zainteresowaniem Twoich czytelników?

Jeśli chodzi o zainteresowanie konkretnymi przepisami to trudno zamknąć je w jednej grupie. Czasami pieczywo ma mega wzięcie, a czasami zwykle naleśniki z owocami. Dużo zależy chyba od pogody, aktualnego humoru, samopoczucia czytelników jak i zdjęcia, jakie pojawia się we wpisie. Od czasu kiedy mąż postanowił zainwestować w mój rozwój i kupił mi wymarzony profesjonalny aparat, podjęłam naukę i zdjęcia staja się powolutku coraz lepsze, mam nadzieję ;)

Zgadzam się, robisz piękne zdjęcia swoich potraw!

Dziękuję, cieszę  się, że Ci się podobają. Czytelnicy to głównie Polacy ciekawi różnych kuchni jak i Ci skoncentrowani głównie na kuchni tureckiej. Dużą część czytelników stanowią również Polki mieszkające w Turcji, które zaczynają swoja przygodę z tym krajem i tą kuchnią.

Czy od zawsze lubiłaś gotować, czy może ta pasja narodziła się później, w jakimś konkretnym momencie?

Zawsze bawi mnie pytanie. Dlaczego? Dlatego, ze to nie jest takie oczywiste i czarno-białe. Wierz mi, ze nawet Ci najlepsi, a co dopiero ja, blogerzy kulinarni przeżywają „kryzys wiary” :) Często nie mam ochoty nawet wchodzić do kuchni, no chyba, ze po to żeby zrobić sobie kawę :) Po okresach braku pomysłów czy chęci, jak zwał tak zwał, przychodzą dni, kiedy wstępuje w człowieka jakaś moc i nie można przestać przeglądać pisma, książki, planować menu, gotować, fotografować, jeść… :) Najwięcej jednak pracuję, kiedy mam dla kogo. Dla kucharza i blogera kulinarnego najważniejsze jest mieć dla kogo gotować.

Często zastanawiam się jakie są kulisy takiego kulinarnego blogowania. Potrawy na zdjęciu wyglądają kusząco a… co dzieje się poza kadrem? ;)

karakaya (1)

Fot. Archiwum bohaterki tekstu

Poza kadrem bywa bardzo wesoło, zwłaszcza, ze bardzo często moim pomocnikiem jest mój 3 letni syn. Uwielbia bawić się z mamusią w kuchni.  Mieszać składniki na ciasto i próbować czy jest dobre…W trakcie sesji również mi towarzyszy. Bierze swój aparat i sam też robi zdjęcia. Uwielbia też do zdjęć pozować.
Poza tym często zdarza się, ze przepis wyglądający mega smakowicie okazuje się nic niewarty. Albo wygląda okropnie i nie nadaje się do publikacji albo jest po prostu niejadalny ze względu na złe proporcje czy dobór smaków, składników. Takie potrawy się u mnie nie pojawiają. Wszystkie są robione przeze mnie, testowane i modyfikowane w razie potrzeby. To sprawia, ze praca czasami się wydłuża bo „niewypał” psuje nam szyki, zwłaszcza jeśli wcześniej zapowiedziało się publikacje takiej „gwiazdy” :)

Jak sobie radzisz z gotowaniem w Turcji? Gotujesz po turecku, po polsku, jak reagują na polskie potrawy Twoi najbliżsi?

W Turcji zazwyczaj gotuję po turecku. To znaczy, ze formy posiłków są raczej tureckie, czyli tradycyjnie śniadanie na milionie talerzyków i miseczek, kolacja zazwyczaj na ciepło… :) Są jednak polskie potrawy, które regularnie pojawiają się na naszym stole. Mąż miedzy innymi bardzo lubi pierogi ruskie, a syn jest fanem naleśników :) Polskie zupy nie cieszą się takim powodzeniem jak słodkie wypieki czy drugie dania obiadowe, wiec zupy po naszemu gotuję w sumie tylko dla siebie, jak mam ochotę na polskie smaki.

Jakie są według ciebie najciekawsze składniki w tureckiej kuchni? Chodzi o przyprawy, jakieś konkretne elementy, które warto mieć albo warto ze sobą zabrać jadąc do Polski?

Jeśli chodzi o przyprawy tureckiej kuchni… Wbrew pozorom turecka kuchnia, taka typowa, domowa, nie ma nic wspólnego albo raczej niewiele ma wspólnego, z kuchnią orientalną, jaka wyobrażają sobie często Polacy. Owszem przypraw jest dużo, ale używane są w dość ograniczony sposób moim zdaniem. W mojej kuchni do codziennego użytku nie może zabraknąć soli, pieprzu, pul biber, sumaku, czarnuszki, kminu rzymskiego, mięty, słodkiej papryki i ziół, które suszę sama w czasie letnim czyli oregano i bazylii.  Używam tez tymianku, rozmarynu, czosnku niedźwiedziego, kozieradki i wielu innych jednak już nie do potraw kuchni tureckiej. Obowiązkowo oczywiście nar ekşisi czyli sos z granatu i oliwa.

Co byś poradziła w kwestii zamienników? Pytam o to, bo często wiele pomysłów na ciekawe potrawy polskie w Turcji (i odwrotnie) „rozbija się” o elementy, które ciężko dostać w zwykłym sklepie, począwszy od banalnego sera białego, który w Turcji jest zupełnie inny. Masz jakieś pomysły?

Jeśli chodzi o zamienniki to temat rzeka. Moim czytelnikom zawsze służę rada i pomocą w tym temacie. Nie jest to bowiem takie oczywiste jak się okazuje. Samej zajęło mi sporo czasu zanim „ogarnęłam” temat zamienników i nauczyłam się, jakiego sera użyć do sernika (polecam tuzsuz lor / sepet lor) a jakiego do pierogów (tutaj również super sprawdza się lor lub zwykły, pudełkowy beyaz peynir). Pytania o, zdawałoby się tak oczywistą rzecz jak ocet lub czy skrobia ziemniaczana, która bywa trudno dostępna może być zastąpiona skrobią kukurydzianą lub pszenną, albo gdzie można kupić jakie produkty. Na te i wiele innych pytań już znalazłam odpowiedzi, wciąż jest jednak dużo niewiadomych: czy jest coś, czym można zastąpić maggi, czy jest śmietana typu 18 % , itp.
Z tą śmietaną to ciekawa historia jest. Śmiejemy się już z dziewczynami, czytelniczkami z Polski mieszkającymi w Turcji, ze to śmietana-widmo. Mówi się, ze była widziana tu czy tam, ale namacalnych dowodów brak :)
Tak więc w kwestii zamienników zawsze otwarta jestem na pytania i w miarę możliwości i posiadanej przeze mnie wiedzy odpowiadam na pytania i rozwiewam wątpliwości.

Jakie potrawy są najciekawsze/najłatwiejsze do zrobienia w Polsce? Gdyby na przykład ktoś z czytelników urządzał znajomym turecki wieczór w domu w Polsce, co byś polecała przygotować, aby totalnie zakochali się w tureckiej kuchni?

Fot. Archiwum bohaterki tekstu

Fot. Archiwum bohaterki tekstu

Jeśli chodzi o „turecką” imprezę w polskim domu zasugeruję kilka sztandarowych potraw tureckich ze składników, produktów, które można dostać w Polsce bez większego gimnastykowania się.
Koniecznie piyaz z fasoli , lub jakąś sałatkę ze składników typowo polskich, ale z nuta turecką, zupę z soczewicy lub jakąś jogurtową, nadziewane suszone bakłażany, jakąś wersję kebaba (pewnie zdecydowałabym się na tego z bakłażanem), któryś rodzaj pilawu, domowy ayran, a do deseru lemoniadę lub şerbet (sorbet). Na deser domową baklawę (trudniejsza opcja ;)), coś z semoliny w syropie lub bardzo popularne i lubiane słone ciasteczka. Z pieczywa którąś wersję poğaçy lub pide. To oczywiście tylko propozycje potraw, które sama bardzo lubię i które cieszą się dużym uznaniem wśród polskich czytelników zarówno ze względu na smak jak i dostępność składników.
Dużo? Ktoś powie, ze tego nie da się zjeść, ale wiemy jak wyglądają posiłki tutaj. Może nie dużo ilościowo jeśli chodzi o porcje, ale różnorodnie jeśli chodzi o mnogość potraw.

Już pociekła mi ślinka… :) To teraz odwrotnie, czym rozkochać w sobie Turków – jaką polską potrawą? ;)

W temacie polskiej imprezy dla tureckich gości jest zdecydowanie trudniej. Tureckie podniebienia są niestety wybredne, chociaż chciałoby się otwarcie powiedzieć, że to nie podniebienia a psychika tureckiego konsumenta ;) Najmniej ryzykowne są wypieki, byle nie z przewagą maku. Polskie wypieki, zwłaszcza te z dodatkiem owoców czy budyniu są bardzo lubiane. To samo tyczy się polskiego pieczywa. Można pokusić się o jakąś wersję naleśników. Zupę zrobiłabym neutralną czyli cos ze szpinakiem, bo z doświadczenia wiem, że polskie wersje zup, to raczej abstrakcja dla tureckiej gospodyni. Ziemniaki w formie placków ziemniaczanych lub purée co najwyżej i jakieś niewyszukane mięso typu haşlama/gotowane lub kızartma/smażone, bo na wypasione rolady reagują raczej sceptycznie :) sałatki i surówki dowolne, bo to akurat jedyna rzecz niewzbudzająca kontrowersji :)

Jak według Ciebie odżywiają się Turcy? Jedzą zdrowo, czy może niekoniecznie?

Co do odżywiania się Turków to temat rzeka. Wiesz, ze bardzo dużo zależy tu od regionu pochodzenia i tego czy w rodzinnym domu mama gotowała wg tych zwyczajów czy była otwarta na nowości i inności. Są bowiem rejony Turcji gdzie dieta obfituje w mięso, zazwyczaj tłuste i smażone, są takie gdzie podstawą są ryby, w innych króluje wszelkiego rodzaju zielenina, a jeszcze innych kuchnia opiera się na mące. Mieszkasz tutaj od lat, wiec wiesz o co chodzi ;)

O tak, a najbardziej lubię Turków z różnych regionów żartobliwie spierających się, które jedzenie jest lepsze :)

Najlepiej byłoby wszystkie te kuchnie regionalne jakoś mądrze ze sobą połączyć, niestety nie każdej gospodyni domowej się to udaje. Powody zwykle są dość proste niestety. Bardzo często chodzi nie o poczucie smaku – że ktoś czegoś nie lubi więc nie gotuje, czy że nie może dostać jakiegoś produktu… Zwykle problemem jest zamknięty na inność umysł pani/pana domu. To najbardziej mnie denerwuje i boli tutaj. Jeszcze nie spróbowali a już wiedzą, że nie lubią, że niesmaczne, że ich jest lepsze…

O tak, kuchnia typu „fusion” raczej nie pasuje Turkom. Oni nie lubią w tej kwestii kompromisów. Zauważyłam to wprowadzając europejskie elementy do tureckich potraw – nie zostałam nigdy zrozumiana (co innego, gotować od początku do końca po europejsku).

Masz małego synka. Powiedz mi jak jest w Turcji z Twoich obserwacji z odżywianiem dzieci? Jakieś ciekawostki, przesądy, zwyczaje?

Na temat odżywiania dzieci wolałabym się nie wypowiadać.  Sama jak każda matka, popełniam błędy zarówno wychowawcze jak i żywnościowe (jeśli uraziłam matki perfekcyjne, które nie popełniają takich przestępstw to przepraszam ;) , ale to, jak tutaj żywi się dzieci woła o pomstę do nieba. I nie trzeba być dietetykiem żeby to zauważyć.

Pokusimy się o jakieś przykłady? Wiem że np. słoiczki dla dzieci są mało popularne, raczej karmi się köfte od najmłodszych lat.

Tak, słoiczki to wymysł na który Turczynki reagują hmm „dziwnie”. Moim zdaniem zbyt wcześnie wprowadzane są pewne produkty i w sposób bardzo nielogiczny. Nie dadzą roczniakowi jabłka, bo może się zakrztusić, ale chętnie – pikantne köfte albo skrzydełka z grilla :) Podoba mi się nacisk na picie wody, ale już nie na pojenie dziecka kawą. Tak, dobrze słyszałaś – kawą. Wszechobecne chipsy i czekolada to też zmora. Karmi się nimi dzieci, a później zdziwienie, że nie chcą obiadu czy, że są nadpobudliwe. Dziwne byłoby, gdyby siedząc spokojnie zjadł, jak już „nabity” jest cukrem.

Jesteś w drugiej ciąży, spodziewasz się córeczki. Czy spotkały Cię jakieś przesądy dotyczące błogosławionego stanu w Turcji, związane z żywieniem kobiety ciężarnej i karmiącej? Czy raczej „zakazy” i „nakazy” są podobne do tych w Polsce? Może masz jakieś ciekawostki albo coś cię zdziwiło, zszokowało?

Przesądy i „dobre rady” słyszałam a jakże. Zarówno tutaj jak i w Polsce. Nie wiem już, które bywały bardziej absurdalne i śmieszne. Najczęściej pojawia się: „jedz za dwóch” – ja wolę dla dwojga ;) Mówię, że nie jestem głodna, to wciskają mimo wszystko na silę, nie rozumiejąc prostego nie. To samo z brakiem zrozumienia dla „NIE” pojawia się zresztą nie tylko w kwestii jedzenia. Gdy na siłę proponuje ci się imię dla dziecka, lub wmusza w ciebie prezenty z plastiku jako cudowne ozdoby domu, a w rzeczywistości śmieci zbierające kurz na szkodę dla zdrowia domowników a zwłaszcza dziecka.
Wracając do przesądów, najbardziej popularne i powtarzające się tak w Turcji jak i Polsce to oczywiście farbowanie włosów (nie chodzi o wpływ na zdrowie tylko o teorię, ze dziecko będzie rude), sen o dziecku, w którym pojawi się jego imię, jest jakby nakazem nadania tego imienia (w Turcji), zakaz noszenia paska, sznurowanych butów, czy patrzenia przez dziurkę od klucza… Co ciekawe im bardziej wierząca osoba, tym bardziej absurdalne przesady, zarówno w Polsce jak i tutaj. Więcej nie jestem w stanie wymienić, bo to głupota jak dla mnie wierzyć w takie rzeczy i większości z nich po prostu nie pamiętam, bo jednym uchem wpuszczałam a drugim wypuszczałam :)

Chciałabym jednak, jeśli pozwolisz, powiedzieć kilka słów o rzeczach, które zdecydowanie bardziej mnie, jak i inne polskie mamy, drażnią, denerwują i na które zwracam uwagę.

O, dawaj. Jestem ciekawa co to :)

Pierwsza rzecz to nachalne dawanie „prezentów” mimo, iż obdarowujący wie, że tego się nie chce (z różnych powodów).
Odwiedziny, wręcz pielgrzymki do szpitala na kilka godzin po porodzie. Wszak wiadomo, ze kobieta po cesarskim cięciu czy nawet po naturalnym porodzie wygląda niczym modelka z czasopisma, jest wypoczęta, radosna i nie marzy o niczym innym jak o masie hałaśliwych odwiedzających na sali poporodowej, udawanym uśmiechu i kłamaniu, bo tak wypada, że czuje się świetnie :) Otóż nie moi drodzy. Po porodzie nawet największa twardzielka nie czuje się jak miss world biegająca boso po zroszonej trawie. Nawet jeżeli nie czuje się zmęczona, to jest to czas tylko dla niej i dla dziecka i dla partnera, nie dla teyze, yenge czy innych siódmych „wód po kisielu”.

Słyszałam o tych rodzinnych pielgrzymkach od wielu moich koleżanek. Faktycznie nieco przerażająca perspektywa dla przyszłej mamy :)

Ciąg dalszy odwiedzin i kolejny problem, to naloty w domu zaraz po tym jak wróci się ze szpitala (dla osób nie w temacie należy dodać, ze w Turcji już dobę po porodzie wraca się do domu). Ten problem to chęć dotykania, brania na ręce, całowania i szarpania policzków noworodka, uwaga – nieumytymi rękami. Spotykałam się z tym wielokrotnie niestety i po zwróceniu uwagi, ze należy najpierw umyć ręce, to tak jakby kogoś spoliczkować :)
To samo z wychodzeniem na dwór. Według przesądów przez pierwsze 40 dni nie można! Później ciągle jest wielką nieodpowiedzialnością wyjście, jeśli temperatura nie przekracza 23 stopni :) Pamiętam, jak tydzień czy dwa po urodzeniu syna, czyli w połowie lutego wyszłam z nim na spacer…. Mało brakowało, a „zlinczowanoby” mnie za brak odpowiedzialności.
Następne w kolejności jest karmienie. Pomijam już naciski na karmienie piersią, bo jeśli ma się pokarm to czemu nie. Jestem na tak. Ale są sytuacje kiedy nie można, nie powinno się lub kobieta z jej znanych przyczyn po prostu nie chce i nie ma ochoty każdej z 50 ciotek czy sąsiadek spotkanych na spacerze tłumaczyć czy karmi, jak karmi i dlaczego tak a nie inaczej.  Ponadto, o ile w momencie karmienia mężczyźni opuszczają pomieszczenie, to kobiety wręcz nawołują się i zbiegają do pokoju. Ty chcesz spokojnie nakarmić dziecko, a one siedzą dookoła, patrząc na ciebie jak na małpkę w zoo, dając do tego rady jak to robić dobrze. Nie uwierzysz, ale zdarzają się takie, które potrafią w tym czasie zawisnąć nad Toba i dzieckiem by obserwować z bliska i w razie potrzeby łapać pierś, by wcisnąć ja z powrotem w buzię dziecka :) Grrrrrr. W takich okolicznościach przyrody nie może być dobrze. Na karmienie nie wpływa dobrze stres. Zarówno dla matki jak i dziecka.

No i perełka na koniec. Najmniej groźna i najbardziej zabawna. Ubieranie dziecka.

Ha, ha! Czekałam, kiedy to wymienisz :)

Te wszystkie kobiety krzyczące z przerażenia, widząc dziecko bez skarpetek w środku lata, czy z odpiętą kurtką przy 23 stopniach lub bez czapki z pomponem wiosną… Ileż razy musiałam jak lwica bronić dostępu do syna gdy na spacerze, zupełnie obca osoba, poza zwróceniem mi uwagi na moje zaniedbania, rzucała się do wózka z pomocą mojemu synowi próbując naciągnąć na niego kocyk czy co tam się dało :)
Można by jeszcze kilka punktów dopisać, ale nie chcę zanudzać :) Pozwoliłam sobie nieco odbiec od tematu, być może to wina narastającego przed porodem stresu, ale czułam, ze muszę to powiedzieć. Myślę, ze wiele dziewczyn, matek, które przechodzą lub niedługo będą przechodziły to samo, przestanie wreszcie pytać same siebie, czy to czasami one są nienormalne ;)

Fot. Archiwum bohaterki tekstu

Fot. Archiwum bohaterki tekstu

Dobrze że to mówisz, w końcu tureckie obyczaje w wielu względach są zupełnie odmienne i może nawet dla nas szokujące, a nie mamy obowiązku mówić tylko o samych wspaniałościach i zaletach życia w Turcji, bywa wiele rzeczy, które zaakceptować trudno :) Ale nie byłabym sobą, gdybym na koniec nie zapytała o pozytywy bycia matką w Turcji i wychowywaniu tutaj dziecka. Udogodnienia? Rzeczy, których nie ma w Polsce?

Oczywiście masz rację. Kto mnie zna wie, ze tak samo jak potrafię bronić pewnych tureckich zwyczajów czy zachowań tak samo potrafię wytykać jego wady. Nie jestem bezkrytyczna, nie żyję z klapkami na oczach. Mieszkam w miejscu gdzie w 90% mam kontakt z tubylcami, a nie z innymi obcokrajowcami. Z tego tez powodu jest mi z jednej strony trudniej a czasami łatwiej.
Bardzo podoba mi się to, że tak dużo tu miejsc intymnych, wydzielonych dla matki z dzieckiem, żeby spokojnie przebrać czy nakarmić dziecko. W Europie nie jest to takie oczywiste, takich miejsc w przychodniach, restauracjach czy na stacjach benzynowych ciągle jest jak na lekarstwo, a tutaj niemal na każdym kroku.… Kolejna rzecz pozytywna, to to, że dziecko w restauracji nie jest traktowane jako zło konieczne. Wręcz przeciwnie. Wiele razy spotkałam się z sytuacją, gdy kelner czy ktoś z obsługi zajmował się rozbrykanym czy znudzonym maluchem żeby rodzice mogli spokojnie zjeść. To bardzo mile i odstresowujące. W Polsce często spotyka się z karcącymi spojrzeniami i przykrymi komentarzami w stosunku do rodziców. Nie twierdzę, że to takie super, jak dzieci biegają rozwrzeszczane po knajpie, ale fakt, że kelner zamiast wyrzucić cię z lokalu zaczyna bawić się z tym dzieckiem jest już super :) Inną rzeczą jest, że dzieci są tutaj często rozpieszczane, niezdyscyplinowane, to doprowadza mnie do furii. Późne chodzenie spać i pozwalanie na wszystko tylko po to by przestało płakać to grzech główny Turków, którego ze wszech sił staram się wystrzegać.
Inne plusy? Pewnie jest ich sporo. Wiele zależy od oczekiwań rodziców. Niestety różnic w wychowaniu po polsku i po turecku jest tak dużo, ze często matki Polki bywają na straconej pozycji. Są same, otoczone turecką rodziną, sąsiadkami itd… Najważniejsze to nie poddać się i będąc przekonanym o słuszności swoich metod wychowawczych trzymać się tego i nie dać się „zagadać”.

Dziękuję za odpowiedzi i za rozmowę. Życzę pomyślnego rozwiązania i dużo zdrowia dla Ciebie, Twojej córeczki i reszty rodziny! :)

Dziękuję za miłą rozmowę i życzenia.

Pozostałe rozmowy z cyklu „Projekt Tur-Tur” znajdziecie tutaj. Nowe ekscytujące odcinki już wkrótce! ;)

Fot. Archiwum bohaterki tekstu

Fot. Archiwum bohaterki tekstu