Jedno z klasycznych pytań turystów, kiedy dowiadują się, że mieszkam w Alanyi na stałe wygląda tak:
– A jak Pani wytrzymuje te upały?

Na co ja odpowiadam:
– Nie wytrzymuję.

Bo tak jest w istocie. Nie lubię gorąca, chociaż kiedyś wydawało mi się, że lubię. Ale łatwo się kocha upał i spiekotę, kiedy ma się je tak jak w Polsce – w dawkach reglamentowanych, ściśle ograniczonych. Wtedy hołubi się każde 30 czy 40 stopni, wdziewa najzwiewniejsze ciuszki, polewa zimną wodą, idzie na piknik, i narzeka – uff, jak gorąco! – kiedy w głębi ducha po prostu się cieszymy bo wiemy, że niedługo będą przymrozki.
Trochę trudniej, kiedy upał jest normą. Czymś, co przychodzi co roku – zawsze. Nie ma, że sprawdzasz prognozę pogody – nawet nie masz takiego nawyku. Po prostu WIESZ, że będzie gorąco, i tyle. I tak codziennie od czerwca do sierpnia, a czasem i września. Dzień po dniu. I noc po nocy, bo w noc temperatura jest może 10 stopni niższa. Nie ma deszczu, nie ma ochłody, nie ma żadnej przerwy.
Trzeba się przyzwyczaić.

Więc się przyzwyczaiłam :)
Przez te 11 lat spędzonych w Alanyi wypracowałam sobie własne sposoby na tureckie upały. Nadal ich nie lubię, i chętnie zamieniłabym pobyt w Alanyi w tym okresie na wakacje w Polsce, no ale cóż, jak to mówią, nikt za nas pracować nie będzie :)

Oto sprawdzone sposoby na tureckie upały. Gwarantują mi w miarę znośne upały, jak i zdrowie:

  1. Dużo piję i jem owoce.

    Niby oczywiste, ale jak się okazuje nie przez każdego wprowadzane w życie. Wiele lat nie stosowałam tej zasady i czułam się o wiele gorzej. Piję też nie byle co: chłodne (ale nie zimne!) napoje bez cukru. Najbardziej lubię wodę z miętą i cytryną (wychodzi taka lemoniada :)) , sok wyciskany z pomarańczy i zieloną herbatę o temperaturze pokojowej. Zdecydowanie ograniczam ilość lodu, który zwykle gwarantuje mi ból gardła następnego dnia.
    Wcinam owoce, te z dużą zawartością wody, np. arbuzy i melony. Albo robię z nich sobie koktajle. Nigdy nie lodowate!

  2. Popijam ciepłą turecką herbatę

    Wbrew pozorom ciepła herbatka (nie gorąca!) to świetna sprawa na lato. Arabowie, którzy piją herbatę z miętą, albo Turcy z ich çayem nie mogli się mylić. Warto spróbować.

  3. Hartuję się.

    Pomaga nie tylko w zimie, ale i latem. Stosuję naprzemienne ciepłe i zimne prysznice, jeśli tylko mam możliwość – idę do łaźni tureckiej trochę się wygrzać. Tak – podczas upałów! Gorąca wilgoć oczyszcza skórę, odblokowuje pory, i gwarantuję, że łatwiej znosi się temperatury na zewnątrz :)

  4. Ograniczam klimatyzację.

    Brzmi to jak szaleństwo, ale używam klimatyzacji najmniej jak się da, a już nigdy, przenigdy, nie śpię w nocy pod włączoną klimą. Tak, w Alanyi! Powody są dwa. Klimatyzacja to samo zło – bakterie, zużycie prądu, i tak dalej. Ale drugi powód ma związek ze znoszeniem wysokich temperatur. Im więcej klimy używasz, tym mniej odporny jesteś na gorączkę za oknem. A przecież z domu trzeba kiedyś wyjść :) Moje pierwsze eksperymenty z brakiem klimy datują się na rok 2010, kiedy zamiast tego otwierałam po prostu okna i drzwi balkonu, pozwalając na swobodny przewiew. To było pierwsze lato, które przeżyłam z przyjemnością. Tak – było gorąco. Tak – bywało, że pociłam się w domu. I co z tego? Pocenie się jest czymś normalnym i ludzkim. Zawsze przecież można wziąć szybki chłodny prysznic by się odświeżyć.
    Za to wyjście na zewnątrz nie gwarantuje szoku termicznego i osłabienia, ponieważ nie przeżywamy aż tak dużej różnicy temperatury. Ponadto nie pocimy się wtedy jak myszy, bo organizm jest już przyzwyczajony :)
    Jeśli już używam klimy np. w moim biurze, to raczej ustawiam ją na wysoką temperaturę – np. 23 stopnie. Piszę o tym, bo znam takich (szczególnie w Alanyi), którzy mają włączone 18! Zastanawiam się – po co?

  5. Jeżdżę na rowerze.

    Niektórzy moi znajomi na czas tureckiego lata odstawiają rowery do składziku i uważają, że jest zbyt gorąco na takie rozrywki. Zamiast tego… jeżdżą autem – najpierw siedzą w nagrzanej puszce i próbują ją schłodzić klimą, a potem wdychają te wszystkie bakterie :) Albo jeżdżą dolmuszem. Jak dla mnie – zbyt duży hardcore. Rower latem to największa przyjemność – wiatr miło owiewa twarz, szybko pokonujesz dystans, i prawie w ogóle się nie pocisz! Dodatkowo przyzwyczajasz się do gorącego powietrza, i żadne upały ci niestraszne. Myślę też, ale nie mam na poparcie tej tezy żadnych dowodów naukowych :) że jakakolwiek aktywność fizyczna podczas upałów na świeżym powietrzu wzmacnia organizm, który lepiej radzi sobie z gorącem i klimatyzacją w pomieszczeniach. Od wielu lat nie byłam latem chora, choć wcześniej wciąż łapałam przeziębienia – może to dlatego?

  6. Odpowiednio się ubieram.

    Odpowiednio, czyli jak? Nie dla mnie dżinsowe szorty, albo przylegające bawełniane bluzki. Przez lata pocenia się pod „sexy” obcisłymi dżinsami nauczyłam się, że najlepsze są ubrania raczej dłuższe, ale luźne i zwiewne. Noszę więc spódnice, ale częściej spodnie (z powodu roweru!), najprostsze jak to możliwe, bez żadnych zamków, gumek i zwężeń. Do tego lekkie i przewiewne bluzki (nawet ze sztucznych tkanin typu poliester, czy też wiskoza – jeśli są luźne, to nie ma mowy o uczuciu gorąca). Zapomniałam już o czymś takim jak plamy potu na koszulkach i czuję się zdecydowanie lepiej :)

I to tyle! Sześć banalnych sposobów. Oczywiście, mogłabym tu dopisać jeszcze:

  • Siedzę cały dzień po szyję w basenie
  • W ogóle nie wychodzę z domu

ale wtedy wyszłoby może i mniej nudno, za to nieprawdziwie. Nie posiadam aktualnie ani basenu, ani czasu na to, żeby w nim siedzieć. A szkoda :)

Macie jakieś swoje sposoby? Bo w Polsce chyba teraz ciepło? Przypomnijcie też sobie mój tekst o tym jak dbać o zdrowie na Riwierze!