Ponieważ oficjalnie lato minęło, pora na jakieś pierwsze, nieśmiałe, delikatne podsumowania sezonu. Pogodowe na razie sobie odłóżmy – wszystko jeszcze przed nami, słońce dopisuje – ba, jest nareszcie dużo, dużo przyjemniej niż przez wcześniejszych kilka miesięcy. Oddychać się da, panicku. Gdyby nie to, że zawsze we wrześniu odzywa się u mnie jakaś tajemnicza alergia objawiająca się uporczywym katarem (czyżby atakowały mnie jakieś tureckie pyłki?), to pod względem warunków atmosferycznych byłoby idealnie. A tak – cholera, znów jest na co narzekać ;)
Na podsumowania i wnioski turystyczne też jeszcze przyjdzie pora.
Po powrocie z Polski wciąż nie mogę też wskoczyć na stare tory, mam więc zaległości zarówno w blogowaniu, jak i dbaniu o siebie, już nie mówiąc o sprzątaniu. Czyli krótko: znów mi się nie chce. Zaczynam się nawet zastanawiać, czy kiedykolwiek mi się chciało, albo raczej: czy te okresy, kiedy wszystko mi się chce nie są przypadkiem odstępstwem od normy, i czy przypadkiem nie jestem jednym wielkim leniem?
Ale odłóżmy ten wątek na kiedy indziej (czyli na wielkie nigdy).

Aby powrót do starego trybu blogowania przebiegł w miarę bezboleśnie, postanowiłam dziś, że uraczę Was tureckim popem. Wróć: dla kogo bezboleśnie, ręka do góry (wpis w komentarzu poproszę) – w końcu większość tak zwanych normalnych ludzi nie jest w stanie znieść więcej niż 5 utworów tureckiego popu za jednym zamachem. Ja jestem już po prostu przyzwyczajona, przecież na początku tureckich pobytów niemal zawsze w moich pracowniczych norach, incydentalnie hotelach i innych pensjonatach towarzyszyła mi telewizja muzyczna KRAL. Do dziś K.P. tego nie rozumie i podziwia mnie, że jestem w stanie tego słuchać (robię sobie czasem takie disko wieczorki w domu). K.P. jest, jak przypominam nieśmiało, Turkiem.

Poniższych kilka numerów wybrałam kierując się moim, indywidualnym kluczem. Nie wiem, czy są to najbardziej popularne numery tureckie tego lata, ale na pewno grane były w wielu miejscach (to znaczy w tych, gdzie gra się po turecku – są knajpki, kawiarenki czy sklepy, gdzie z zasady nie gra się tureckiej muzyki; ostatnio dwa razy w różnych lokalizacjach załapałam się na Basię Trzetrzelewską! :)
Dodatkowo przeryłam listy przebojów lata 2016 i wiele utworów znajdujących się na szczycie niestety musiałam skreślić – nawet ja, z moim tolerancyjnym uchem, nie byłam w stanie wysłuchać kawałka do końca…
Jeśli uznacie, że coś godnego dołączenia do tego zestawu znacie, koniecznie podajcie w komentarzach :)

Zaczynamy od Króla Popu. Tylko do posłuchania, bo nie ma jeszcze klipu. Tarkan jest takim artystą, który wydaje płyty rzadko, ale jak już wyda, to przynajmniej kilka numerów hitem jest i basta. Zresztą trudno się dziwić, pracują z nim najlepsi, on śpiewa świetnie, a poniższy utwór „Cuppa” napisała dla niego, jak wiele innych, diva tureckiej piosenki Sezen Aksu. Piosence zatem nie można nic zarzucić, idealnie napisany turecki hit, pobujamy się przy nim chętnie bioderkami, a i słowa ciekawe, np.:

Televizyonu açma / Nie włączaj telewizji
Telefona da bakma / Nie patrz też na telefon
Ne acıklı ne saçma / Jakie to żałosne i śmieszne
Sanki kıyamet / Jakby koniec świata

Na takie problemy, według Sezen i Tarkana, najlepiej po prostu do rana się bawić ;)

Kolejna piosenka to utwór mojej ulubionej tureckiej wokalistki Sertab Erener. W ciemno „kupuję” większość jej utworów i bardzo podoba mi się jej styl śpiewania, a ten numer przyjemny jest i trochę o miłości, a trochę o życiu. „Kime diyorum” – czyli coś w rodzaju „Co ja mówię” (Do kogo mówię).

Teraz będzie pani, która przypomina panią Cansu Dere znaną z serialu Ezel, ale nią nie jest (wiem bo mimo różnych nazwisk i tak musiałam to sprawdzić, tak są podobne :)) Ten popowy kawałek ma ten feler, że niestety wbija się do głowy, i nie może potem wyjść. Będąc ostatnio na EXPO chyba kilkakrotnie przechodziłam w miejscu, gdzie wciąż go grali, i koniec – cały następny dzień wirował mi w głowie, szczególnie dźwięcznie wyśpiewane słówko „nerede”. Wyśpiewane, tak jak powinno być, czyli bez połykania „e”, które nagminnie robi wielu Turków jak i niżej podpisana, mówiąca po turecku z wiejsko-ulicznym akcentem.
Aha, a tytuł „Okyanus” to po prostu ocean.

Niech jeszcze będzie Hande Yener, która nie dość, że ma w podobnych klimatach utrzymany ale dużo bardziej straszliwy klip (ale do tego, że tureccy producenci bezwstydnie kopiują jedni z drugich, a najbardziej z zagranicznych teledysków, to my już się dawno przyzwyczailiśmy), to jeszcze jej utwór przypomina jej wszystkie inne poprzednie utwory Hande Yener. Nigdy, kiedy słyszę jej piosenkę, nie jestem w stanie powiedzieć, czy to utwór stary, czy przeciwnie, słucham go po raz pierwszy :)
A „Mor” – znaczy „fioletowy”.
Też go często grano tego lata.

Teraz mały wyjątek: popularny pan Gökhan Türkmen, za którym kompletnie nie przepadam, ale tę piosenkę bardzo lubię. Wyjątek polega na tym, że utwór jest z roku 2014, nie ma więc do końca wiele związku z tematem niniejszego wpisu, ale postanowiłam go tu umieścić, jako że 1) nagminnie gra go radio u mojego fryzjera 2) wreszcie udało mi się zidentyfikować wykonawcę (przez 2 lata wizyt u fryzjera nie miałam pojęcia kto zacz).
Utwór ładny i wdzięczny, tytuł „Dene” oznacza „Próbę” ale klip fatalny. To znaczy taki mało sensowny. Ale i tak tu umieszczam, żebyście sobie zobaczyli jak się bawi turecka młodzież na wakacjach – jak ma kasę oczywiście.

I na koniec utwór już nie popowy, ale bardziej klubowy, popularnego DJ-a Mahmuta Orhana, z wokalizami w wykonaniu Seny Sener – to taka młodziutka wokalistka stambulska o bardzo specyficznym, bluesowym, gardłowym głosie. Kawałek bardzo zgrabny.
A klip miło się ogląda, bo piękny Stambuł widać, a jak piękny Stambuł widać, to od razu w człowieku się jakaś nostalgia budzi, i ten pamukowy „hüzün” się włącza, i zaczyna od razu kombinować jak by tu jakiś pobyt w najbliższym czasie w Mieście wykombinować… ehh…