Z przyjemnością zapraszam Was dzisiaj na rozmowę z Agatą Wielgołaską.

Agatko, cieszę się, że po tylu latach znajomości mogę Cię wreszcie gościć na łamach bloga :) Na pewno pamiętasz jeszcze mailową korespondencję, od której zaczęła się nasza znajomość dobrych 10 lat temu… Nie dość, że imienniczki, to jeszcze spod tego samego znaku zodiaku… obie kombinowałyśmy jak pojechać do Turcji na dłużej :)
Dzisiaj, po całej dekadzie życia w Stambule jesteś chwilowo w Warszawie, promujesz swoją książkę, wydałaś tomik wierszy… Gratuluję!

Dekada… ach, jak to brzmi ;) I kto by wtedy pomyślał, że wydam dwie książki o Turcji, ba, że jedną napiszemy wspólnie!
Zawsze czułam, że chcę (a raczej muszę) pisać, ale zmobilizowała mnie dopiero Turcja. Może dlatego, że nie byłam wcześniej pewna tego swojego pisania, a będąc w Stambule miałam wreszcie „pretekst” w postaci bloga – bo to przecież tylko dla rodziny i znajomych z Polski, żeby byli na bieżąco…

Stambuł Wielgołaska

Agata Wielgołaska. Wszystkie zdjęcia w tekście pochodzą z archiwum mojego gościa.

Powoli zaczęłam się rozkręcać i po publikacji naszego „Półprzewodnika” wiedziałam, że czas na Stambuł… który zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Podobne robi zresztą na znajomych odwiedzających mnie w Turcji. Lubię po tylu latach spojrzeć na moje Miasto (celowo z dużej litery ;) oczami turystów, to bardzo odświeżające, pozwala na przejęcie choć na chwilę innej perspektywy. Te ochy i achy pomagają w momencie, gdy zgiełk miasta przytłacza, biurokracja załamuje, a pogoda nie wynagradza wcale tych przyziemnych irytacji, bo mamy akurat luty i okazuje się, że jest deszcz, a czasem nawet bezczelnie spadnie śnieg… Podczas takich wizyt przypominam sobie, dlaczego Stambuł, i stąd właśnie książka – bo tak to szalone miasto kocham, mimo upadków cały czas skupiam się na wzlotach ;) „Stambuł. W oparach miejskiego absurdu” to – że tak patetycznie powiem – hołd oddany miejscu, które w ciągu ostatnich miesięcy niemało przeszło.

Piękny hołd.

Ostatnie półrocze nie było łatwe, przyznaję. Część z moich znajomych wyjechała, mając Stambułu dość, niektórzy zastanawiają się nad przeprowadzką. Większość zostaje. Ja sama mam dylemat – związany głownie z tym, jak szybko miasto się zmienia, niekoniecznie w kierunku, w jakim bym sobie tego życzyła… Z chaosu w mojej głowie powstał uporządkowany tom wierszy (stąd tytuł: „Zaplanowane nieporozumienie” ;) opublikowany w sierpniu przez Wydawnictwo MaMiKo. Nie pisałam nigdy fikcji, a w tym roku poza wierszami wzięłam się też za opowiadania – to zdecydowanie pozytywne efekty tych ostatnich zawirowań społeczno-polityczno-osobistych…

Kochasz Stambuł i bardzo lubisz tam mieszkać. Co w tym mieście najbardziej Cię fascynuje?

Piękno i brzydota.

Błękit nieba i wody, która otacza miasto. Niesamowite piękno połączone z brzydotą – to wizualnie. O mieszance Wschodu z Zachodem nie będę nawet wspominać, bo to taka klisza… oraz stuprocentowa prawda ;) Każda chwila w Stambule to niespodzianka, czasem dobra (zaproszenie na otwarcie wystawy przyjaciółki i spontaniczna impreza, na którą przychodzi mnóstwo wspaniałych ludzi), czasem taka sobie (samochód wjeżdża na przejście dla pieszych na czerwonym świetle, mało nie tratując przechodniów a potem… bezstresowo tam parkuje ;) Trudno coś zaplanować, ale potem okazuje się, że wszystko się jakoś i tak rozwiązuje i nie warto się martwić, niepotrzebnie spinać. Stambuł to wreszcie zbieranina miast, miasteczek, wsi… Niektóre dzielnice tak bardzo się od siebie różnią – krajobrazowo, pod względem mieszkańców, architektury, historii – że zwiedzanie wydaje się czasem podróżą po całym kraju, a nie mieście.

Zawsze podziwiałam Cię za umiejętność życia w tak zatłoczonym i wielkim mieście. Mnie tam przeraża nawet technika przechodzenia przez ulice, którą Ty opanowałaś do perfekcji :) Jak to u Ciebie wyglądało? Przyzwyczajałaś się do tego pędu i stylu życia łatwo, czy jednak miałaś momenty zwątpienia?

Przyznam, że momenty zwątpienia zaczęły się dwa, trzy lata temu… i narastają z wiekiem (śmiech). W ciągu tej dekady zmieniłam się nie tylko ja, ale także Stambuł. Było mi łatwiej dostosować się do tego chaosu świeżo po studiach, chłonęłam miasto 24/7 i cały czas było mi mało ;) Od pięciu lat mieszkam w dzielnicy Cihangir, kilka minut od placu Taksim, czyli samego „jądra ciemności” – zdarzało się, że w Aleję Istiklal trudno byłoby wcisnąć szpilkę, a co dopiero przespacerować się nią spokojnie ;) Chciałam czuć, że jestem w samym centrum wydarzeń, chodzić na otwarcia wystaw (w okolicy mieści się kilkadziesiąt galerii sztuki), koncerty, mieć łatwy dojazd do wielu części miasta, kilkuminutowy spacer do metra, kwadrans piechotą do przystani promów (z której już tylko 20 minut do Azji…).

13738272_275521119477189_6877242826600943030_oPrzyznam jednak, że miasto, które pokochałam dekadę temu zaczyna przytłaczać mnie swoim pędem: rozbudowuje się, a fala migracji nie ustaje… Z Aleji Istiklal w ciągu ostatnich kilku lat znikają małe, klimatyczne kawiarnie, ustępując miejsca sieciówkom, legendarne księgarnie zmieniają się w oddziały międzynarodowych firm odzieżowych. Taksim przechodzi transformację w centrum handlowe, a że ja za galeriami handlowymi nie przepadam… zaczynam narzekać jak starsi mieszkańcy miasta, którzy „pamiętają jeszcze zieloną Aleję Istiklal pełną drzew” ;) Dlatego przyszłość nad Morzem Egejskim albo Śródziemnym nie jawi mi się już jako nudny emerycki plan, a może jednak bliższa niż dalsza przyszłość…

Podejrzewam, że gdy rozmawiamy o Stambule wielu Czytelnikom przypominają się niedawne zamachy terrorystyczne w tym mieście, jak i nieudany przewrót 15 lipca, czy późniejsze demonstracje, które miały tam miejsce. Jak odbierałaś to wszystko mieszkając i pracując w samym „środku”, nieopodal placu Taksim?

Wydaje mi się, że Stambuł żył przez jakiś czas w oczekiwaniu na burzę. Ja sama, obserwując sytuację w kraju i regionie, powiedziałam rok temu, że być może trzeba pomyśleć za jakiś czas o odwrocie, bo kolejne miesiące przyniosą zamieszanie… Mimo to pierwszy zamach terrorystyczny, w styczniu tego roku, był szokiem. Rzadko bywam w okolicy Błękitnego Meczetu, jednak dzień wcześniej odwiedziła mnie przyjaciółka, która chciała tego dnia wybrać się na Wielki Bazar na zakupy… Na szczęście jetlag sprawił, że zaspała (ja również ;) – obudził nas telefon z pytaniem, gdzie jesteśmy, czy wszystko w porządku. Wybuch na Taksimie miał z kolei miejsce kilkaset metrów od mojej ówczesnej firmy – nie poszłam tego dnia do pracy, bo Konsulat Niemiecki ostrzegał przed zamachami w tych dniach, zamknął swój budynek, szkołę… Zostałam w domu.

Pamiętam, kiedy mi o tym pisałaś. Nie brzmiało to dobrze.

Ataki były jeszcze dwa, a z każdym z nich w ludziach wzrastała wściekłość, z tej bezradności wobec terroru. Turcy, przyzwyczajeni do różnego rodzaju politycznych zawirowań, potrafią z drugiej strony zakasać rękawy i następnego dnia udać się do pracy, a nawet czasem pozwolić sobie na odrobinę czarnego humoru. Aleja Istiklal świeciła pustkami dzień po zamachu, ale z każdym kolejnym dniem zapełniała się coraz bardziej – by latem w sobotni wieczór znów nieść falę ludzi, wielką jak tsunami ;)Stambuł Istanbul

15 lipca to był zdecydowanie crème de la crème – teraz ja pozwolę sobie na czarny humor ;) Byłam tego wieczoru na Taksimie (wyciągnięta z domu przez znajomego, choć miałam złe przeczucia i nie planowałam nigdzie wychodzić – Instytut Francuski został tego dnia zamknięty w związku z wydarzeniami w Nicei i obawami związanymi z potencjalnym atakiem; Aleję patrolowały specjalne oddziały policji). Całe szczęście w nieszczęściu, że nie zostałam tamtej nocy sama w domu – myślę, że nawet moje w miarę stalowe nerwy mogłyby na tym poważnie ucierpieć ;) Sąsiadkę, która dobijała się do moich drzwi, ucieszyło, że nie ma mnie w mieszkaniu – podobno było aż 10 bomb dźwiękowych, całą noc drżały okna, słychać było strzały i samoloty… Potem opowiedziała jeszcze jak to jej leciwa ciotka udała się na lotnisko, na żołnierzy i czołgi, z wałkiem w ręku… Wiem, brzmi niewiarygodnie, ale taka to była noc… Sama nie spałam do piątej nad ranem, kiedy to zamach został udaremniony, nie tylko z emocji – nawet gdybym chciała, nie zmrużyłabym oka: samoloty, nawoływania z meczetów do tego, żeby wyjść na ulice i stawić czoła puczowi, bomby dźwiękowe (doliczyłam się czterech). Podsumowując: na pewno nigdy tej nocy nie zapomnę ;)

Dużo emocji. Ja sama, choć w Alanyi było oczywiście spokojniej, też czuwałam przed telewizorem do piątej rano, z telefonem w ręku. Czegoś takiego nikt z nas nie przeżył wcześniej…

Demonstracje na placu Taksim po zamachu obserwowałam na początku z nieukrywaną fascynacją pomieszaną z niedowierzaniem (czego tam nie było… flagi, śpiewy, rodziny dziećmi, kolejki po darmowe kanapki i herbatę ;) ) i – oczywiście – aparatem fotograficznym w dłoni, ale po tygodniu miałam dość. Tym bardziej, że te rodziny z dziećmi wracały sobie potem do domów, ale chłopcy na motorach (tak ich nazwijmy) potrafili wyrwać ze snu o drugiej, trzeciej, nad ranem, prując na złamanie karku ulicami i drąc się na całe gardło… Właśnie, „uroki” mieszkania tak blisko placu i chęć bycia w centrum wydarzeń – oto jej skutki ;)

Powiedz, jacy są Stambulczycy? Wiem, że to pytanie bardzo sztampowe, ale mam wrażenie nawet na podstawie rozmów z Tobą czy moich pobytów w tym mieście, że… zarówno obcokrajowcy, jak i Turcy różnią się mocno od mieszkańców innych miast. Jak uważasz?

Stambuł to Turcja w pigułce, są tu więc rolnicy znad Morza Czarnego, przesiedleńcy z południowego wschodu kraju, nowi migranci, uchodźcy, studenci z całego kraju, liczni obcokrajowcy, wreszcie „stambulczycy rodowici”, którzy też tu przecież kiedyś imigrowali…

Tak jak diametralnie potrafią różnić się od siebie dzielnice miasta, tak różnorodni są jego mieszkańcy. Ja sama mówię często, że mamy tu całą Turcję, skondensowaną na tak małym obszarze. Jednocześnie na co dzień stykam się z jej bardzo specyficznym segmentem. Owszem, Aleją Istiklal chodzi każdy – stary, młody, hipster z brodą, wyżelowany amant ze spodniami w kant i lakierkami, turyści z Arabii Saudyjskiej obok gromady blondynów z kraju X na lekkim rauszu… ;) Przez specyfikę dzielnicy, w której mieszkam (hipsterski Cihangir, wielu tu artystów, wolnych strzelców, cudzoziemców) oraz specyfikę wykonywanej przez jakiś czas pracy (w większości przypadków studenci i absolwenci uniwersytetów, znający angielski przynajmniej w stopniu podstawowym) na co dzień mam jednak okrojony obraz miasta. Poznałam je lepiej spacerując, zwiedzając. Odkrywając dzielnice, do których nie miałam specjalnie powodów jeździć… poza czystą ciekawością ;)

Gdybyś mogła wskazać początkującemu nie turyście, ale podróżnikowi – gdzie należy się udać, aby poczuć ten stambulski klimat, jakie dzielnice, miejsca byś poleciła? Co koniecznie powinno się przeżyć, albo czego spróbować – tak z Twojej perspektywy?

Trzeba oczywiście zobaczyć historyczną część miasta, Sultanahmet, od tego nie ma ucieczki. Wypad weekendowy zmieści jeszcze Beyoğlu (plac Taksim, Çukurcuma, Cihangir, Galata, Karaköy) i może jeden rejs po Bosforze. A jeśli czasu mamy więcej… Ponieważ uwielbiam wodę i z nią najbardziej kojarzy mi się Stambuł, nakazuję wszystkim korzystać z wodnego transportu miejskiego! Z Azji do Europy i z powrotem, nad morze Czarne, Złoty Róg. Połączeń jest mnóstwo, a koszt niewielki. Najlepiej zacząć poznawanie miasta właśnie z perspektywy promu, wysiadać na kolejnej przystani, zwiedzać okolicę… i ponownie łódka. No, chyba że ktoś ma chorobę morską albo boi się wody… Wtedy zostają spacery wzdłuż Bosforu, wybrzeża morza Marmara, Morza Czarnego…

Stambuł, IstanbulMożna zaplanować sobie pobyt pod kątem jedzenia: żywić się na ulicy i w małych lokantach (knajpy z domowym jedzeniem) ukrytych w bocznych uliczkach, zrobić listę potraw i iść do restauracji, które się w nich specjalizują, odwiedzić uliczne targi. I koniecznie, bez żadnych wymówek – obowiązkowa uczta, czyli meyhane, restauracja rybna lub ocakbaşı (jedno z tych trzech miejsc, a najlepiej wszystkie, byle nie jednego wieczora) z rozsądną ilością rakı (turecka anyżówka), najlepiej nad Bosforem.

Najlepiej zgubić się w mieście, nie tylko Stambule – nie przepadam za podróżami z mapą, wolę spontanicznie skręcić w uliczkę, która w danym momencie przykuje moją uwagę niż trzymać się sztywno ustalonego planu. Po latach w Turcji coraz mniej się zresztą planuje… Polecam odkrywanie azjatyckiej części miasta, która cały czas jest mało znana turystom – jedne z moich ulubionych okolic to Kuzguncuk, Çengelköy. Myślę, że warto pochodzić po dzielnicy Üsküdar, a potem popłynąć promem do Eminönü i przejść się stamtąd do Eyüp, wpaść na chwilę do legendarnej kawiarni Pierre Loti i popatrzeć na Złoty Róg. A następny dzień spędzić w Kadıköy – można wtedy zobaczyć, jak bardzo zróżnicowany jest Stambuł, jak bardzo odmienni żyją tu ludzie. Lubię Wyspy Książęce, ale moją ulubioną jest druga w kolejności, Burgazada, a nie najchętniej odwiedzana Büyükada. Właściwie o miejscach wartych zobaczenia w Stambule mogłabym mówić bez końca…

… pięknie o tym mieście mówisz :)
Dostaję dużo maili o treści „Kocham Turcję. Chcę rzucić wszystko i przeprowadzić się do Stambułu”. Jak Ty byś odpowiedziała? :) Jakie jest życie i praca w Stambule tak w paru zdaniach? Na co należałoby się nastawić planując przeprowadzkę i poszukiwanie pracy?

(śmiech) Dokładanie taka była moja pierwsza myśl na widok Stambułu: „muszę się tu przeprowadzić!”. Nie rzuciłam jednak wszystkiego, tylko znalazłam sobie pretekst do wyjazdu: projekt unijnego Programu Młodzież, a potem staż w Amnesty International. Napisałam pracę magisterską, obroniłam się i pojechałam z biletem powrotnym, choć… bardzo szybko do Stambułu wróciłam ;)

Myślę, że opcja „rzucam wszystko i jadę” sprawdzi się w przypadku kogoś z bardzo dobrym angielskim, najlepiej też doświadczeniem w nauczaniu języka – wtedy ze znalezieniem pracy nie powinno być problemów. Do tej legalnej przyda się oczywiście dyplom nauczania, większość szkół i uniwersytetów życzy sobie certyfikatu CELTA. Co do innej ścieżki kariery… cóż, jest już trochę trudniej. Trzeba działać, i – oczywista oczywistość – im więcej znamy ludzi, tym łatwiej będzie nam się przebić. Nie tylko w Turcji, ale tu chyba nadal ma to większą moc niż na przykład w Polsce ;)

Praca pracą, ale trzeba mieć do niej łatwy dojazd (brzmi jak banał, ale w Stambule to naprawdę MA znaczenie!). Zdeterminowanym sugeruję eksperyment: przejazd metrobusem (specjalne autobusy z wyznaczonymi trasami ruchu – nie stoją w korkach!) w godzinach szczytu. Wytrzymasz całą trasę – od Soğutluçeşme do Beylikduzu – brawo! Znajdziesz miejsce siedzące i nie pozwolisz go sobie odebrać – brawa podwójne. Wyjdziesz z tej przejażdżki bez szwanku i nie zmienisz zdania na temat przeprowadzki do Stambułu – pakuj się natychmiast! Taka „wycieczka” na pewno pozwoli przekonać się na własne oczy, w jakim tempie i w jaki sposób zmienia się miasto. Czy chcemy żyć z tymi wszystkim ludźmi na co dzień, walczyć z nimi o miejsca siedzące i rywalizować o pracę? Jeśli tak, to Stambuł jest dla nas ;)

A poważnie – miasto jest olbrzymie i można oczywiście uciec od tego zgiełku, ale na to właśnie potrzeba master planu. Życie na Wyspie Książęcej i pisanie książek – czemu nie? ;)

Chyba wybrałabym tą wersję z Wyspą Książęcą :) A propos pracy – miałaś różne doświadczenia. Gdzie pracowało Ci się najlepiej, a co najbardziej denerwowało? ;)

Jak już wspomniałam, zaczęłam od półrocznego stażu w Amnesty International i to doświadczenie wspominam zdecydowanie najlepiej – pod względem pracowników, atmosfery w biurze, kultury pracy. Poza tym naprawdę interesowało mnie to, czym zajmuje się ta organizacja, miałam dostęp do ciekawych danych i raportów, robiłam regularny przegląd tureckiej prasy. Razem ze znajomą zrobiłyśmy cykl prezentacji na temat praw człowieka dla stambulskich uniwersytetów – zdążyłyśmy odwiedzić tylko trzy, ale wiem, że pomysł spotkał się z zainteresowaniem i miał swoją kontynuację.

flowers1Niestety, staż stażem, a potem trzeba było wrócić do rzeczywistości… z którą zetknęłam się w tureckiej agencji badań rynku (skończyłam socjologię…). Najbardziej podobały mi się tam chyba tabelki w Excelu… ;) a cała reszta… Cóż, muszę w tym miejscu dodać, że nie jestem stworzona do pracy, która nie ma dla mnie głębszego znaczenia (jak choćby analizy dla koncernów tytoniowych…) niezależnie od tego, jak dobrze by była płatna i niezależnie od tego, z jakim „prestiżem” na wizytówce miała by się rzekomo wiązać. Ale dojście do tej wiedzy zajęło mi chyba dekadę ;) To, że nie lubię tracić czasu wiedziałam natomiast od zawsze, dlatego nie dla mnie firma z wieloma managerami, z których każdy ma inne zdanie, a wszyscy czują ogromną potrzebę dzielenia się nim na licznych spotkaniach, z których niewiele wynika… Co i tak nie ma znaczenia, bo najważniejsze jest to, że siedzimy w biurze 12 godzin, a to oznacza, że wypruwamy sobie żyły dla firmy i dla sprawy ;)

Jestem po prostu wolnym strzelcem, lubię mieć wyznaczone zadania, z których rzetelnie się mnie rozlicza (a jeszcze lepiej – rozliczam z nich samą siebie ;) Mam wrażenie, że w tureckiej kulturze pracy istnieje coś w rodzaju „odpowiedzialności zbiorowej” – tak chyba rozumiana jest „praca w zespole” – trudno odpracować swoje i z czystym sumieniem udać się do domu, bo są przecież „nasi” którym się to nie udało, kolektywnie zostajemy, kolektywnie pomagamy… Potem słynne stambulskie korki i jesteśmy w domu po 21, a rano trzeba wstać przed 7 i mamy dzień świstaka… Ku zgorszeniu niektórych współpracowników nigdy nie byłam w pracy w (wolną!) sobotę ;)

To faktycznie skandal :) Mieszkałaś i pracowałaś również w Londynie. Stambuł – Londyn – Warszawa… czym się różnią z Twojej perspektywy?

To temat na osobną książkę (dzięki za pomysł! ;)

A w trzech zdaniach: Stambuł i Londyn to wielkie miasta, Warszawa jest ich śliczną, małą, zieloną siostrą ;)

Londyn i Warszawa mają w sobie ład i przewidywalność – pod względem architektury, komunikacji miejskiej, międzyludzkich interakcji… a Stambuł to jazda bez trzymanki.

W Warszawie i Stambule czuję się jak w domu, w Londynie – jak turystka.

Jeśli mogę, zapytam o Twoje plany. Przebywasz w Warszawie, szykujesz się do ponownego podboju Londynu. Tęsknisz za Turcją? Planujesz wracać do Stambułu?

Jestem w Warszawie niecały miesiąc, więc nie zdążyłam stęsknić się za Stambułem :) Tęsknię za Londynem, który planowałam odwiedzić na początku roku, ale wydarzenia w Stambule pokrzyżowały mi plany. Myślę, że ta tęsknota może przejść szybko, wraz z pierwszym okresem mżawkowo-deszczowym (który już się zaczął i krótko nie potrwa… ;) W Stambule zostawiłam trzy pudła i kilka walizek – zagraciłam przyjaciółce mieszkanie, mam nadzieję, że prędko ich nie wyrzuci. Moim ideałem jest praca zdalna, z komputerem, z jakiegokolwiek miejsca na świecie – na pewno jednym z nich będzie zawsze Stambuł, bo nie czuję się na siłach, żeby stuprocentowo go opuścić. Raczej będę nam dawkować okresy separacji ;)

Życzę więc spełnienia marzenia o wymarzonej pracy i… powodzenia w dalszych pisarskich projektach :)

Jeśli zainteresowała Was twórczość i osoba mojej dzisiejszej bohaterki, a jesteście w Warszawie, wpadnijcie koniecznie 12 października (środa) do klubu Południk Zero na pierwsze spotkanie autorskie prezentujące nową książkę „Stambuł. W oparach miejskiego absurdu”. Informacje tutaj.

Agata będzie także na warszawskich targach podróżniczych World Travel Expo w dniach 14-16 października na stanowisku E153. Szczegóły – u autorki.

Blog Agaty: (agaty) Tureckie Kazania
Instagram: @agata_wielgolaska

Książka „Stambuł. W oparach miejskiego absurdu” do kupienia TUTAJ.  Facebook: tutaj.
Wiersze „Zaplanowane nieporozumienie” do kupienia bezpośrednio od autorki lub przez wydawnictwo Mamiko. Facebook: tutaj.

Na koniec wspomnę, że okładki zarówno naszego wspólnego „Półprzewodnika obyczajowego”, jak i obu książek Agaty wykonała jej siostra, Kachna Wielgołaska [portfolio] Kliknij w zdjęcie, aby przejść do sklepiku online:
okladki

Więcej moich tureckich rozmów możecie znaleźć w cyklu „Tur-Tur Projekt”.

Spodobało Ci się tutaj? Zostań moim Patronem!

Już za 10 zł miesięcznie, lub za dowolną jednorazową kwotę możesz zostać moim Patronem i mieć wpływ na to, co pojawia się na blogu i Kanale YouTube. Kliknij w obrazek poniżej i dowiedz się o co chodzi ;)