ciąża i poród w Turcji

Ciąża, poród i połóg są już tylko wspomnieniem. Co prawda jeszcze żywym, ale jednak mam już je za plecami. Pisałam o połogu poprzednim razem w tym wpisie (40 dni).

W międzyczasie dowiedziałam się jeszcze o istnieniu całkiem miłego zwyczaju: dziecko, które ukończy symboliczne 40 dni życia i po raz pierwszy przekroczy drzwi czyjegoś domu (jako gość rzecz jasna), przynosi temu domowi szczęście ;) Wczoraj więc, jako że zaproszeni byliśmy do znajomych na iftar (ramadanową kolację), nasz synek został w nagrodę – za to potencjalne szczęście – obdarowany malutkim złotym medalikiem z czerwoną kokardką i okiem Proroka.

To mi też z kolei przypomniało, o czym nie napisałam poprzednim razem – bardzo podobają mi się sposoby w jaki daje się w Turcji prezenty nowo narodzonym dzieciom. Bo oczywiście, można by po prostu kupić ubranka albo zabawki, co także jest praktykowane, czyż jednak ZŁOTO i PIENIĄDZE nie są lepszym wyborem? ;)

Też myślę, że tak :)

Wygląda to następująco: odwiedzający nowonarodzone dziecko wujek, ciocia czy przyjaciel chętnie biorą małego na ręce, całują go po twarzy i rączkach (pozostawmy ten temat na później ;)) a następnie szybkim ruchem przypinają do ubranka agrafkę ze złotym medalikiem, ozdobioną wspomnianą kokardką i okiem Proroka. Złoty medalik ma po jednej stronie podobiznę Atatürka i można go nabyć u złotnika w różnej wartości – są to tzw. „ćwiartki” (aktualnie 300 lir), „połówki” (657 lir), i „całości” (1315 lir). To dokładnie taki sam prezent który wręcza się parze młodej na ślubie – także przypinając go do ubrań pary młodej (o czym opowiadałam w tym filmie). Jest to świetna inwestycja, bo wartość złota rośnie, zawsze więc można medaliki sprzedać z zyskiem.

Source: http://www.bebekhediyem.com

Jeśli nie zdążyło się kupić medalika nie będzie wstydem odrobina kasy – rzucanej często na dziecko z zamachnięciem się (na zasadzie „a masz!”) niemalże z rękawa, albo odwrotnie, chowanej do kieszonki w ubraniu dziecka, kiedy matka i ojciec akurat nie widzą. „Odrobina” – czyli 50, 100, albo i więcej lir.

Tym sposobem udało mi się w imieniu Księcia Pomarańczy zebrać całkiem niezłą sumkę na początek ;)

Jak urodzić dziecko w Turcji – ciąża i poród

Moi Drodzy. Nie będę tutaj wchodzić w bardzo osobiste szczegóły, bo ten blog nie o tym. Jednak uznałam że chętnie podzielę się z Wami kilkoma (kilkunastoma?) moimi obserwacjami które notowałam przez cały okres ciąży, i które zapamiętałam z porodu :) Myślę że wiele z nich stanowi ciekawostki kulturowe, nawet jeśli niekoniecznie kręcą Was takie tematy. Zresztą tak na marginesie przyznam, że temat posiadania dzieci był mi do niedawna na tyle obcy, że sama wciąż nie do końca wierzę w to, że i ja mam dziecko. I to właśnie ja byłam zawsze jedną z osób, które widząc na jakimś blogu artykuł o dzieciach od razu zamykała stronę. Cóż – zmiany, zmiany, zmiany ;)

Ogólne i szczególne ciążowo-porodowe obserwacje:

  • Aktywność w ciąży

    Ciążę miałam bardzo przyjemną i lekką, co jak się okazuje, wcale nie jest rzeczą normalną, szczególnie W-Tym-Wieku. Byłam od początku do końca bardzo aktywna, odżywiałam się w miarę zdrowo, chociaż dogadzałam sobie również. Ćwiczyłam jogę, uprawiałam długie spacery, a w trzecim trymestrze 2-3 razy w tygodniu regularnie pływałam po kilka kilometrów na basenie. Ba, właśnie w ciąży zaczęłam ostro nagrywać filmiki na YouTube :)
    Mdłości i inne ciążowe przypadłości ominęły mnie całkowicie (mam ochotę podziękować postowi Dąbrowskiej który robiłam przed ciążą, chociaż nie jestem pewna czy to on za to odpowiada, może to po prostu szczęście :))

    Byłam także w Stambule, gdzie spędziłam kilka dni, sporo spacerując i korzystając z samotności. Jeśli miałabym to jakoś podsumować, to mogę śmiało powiedzieć, że ciąża była jednym z lepszych okresów w moim dotychczasowym życiu – i piszę o tym specjalnie, żeby przełamać trochę taki stereotyp, że ciąża oznacza przymusowy urlop, leżenie w domu i poranne mdłości. Jak widać – nie musi. I tego życzę wszystkim przyszłym mamom :)

    Lekarze komplementowali mnie za świadomość, zdrowe odżywianie i ruch – widocznie u Turczynek takie podejście nie zdarza się często. Zdążyłam się zorientować, że wiele Turczynek kiedy dowiaduje się o ciąży po prostu siada przed telewizorem i … tyje. Oczywiście to tylko jedna strona medalu, bo widziałam też dziewczyny aktywne… niestety tylko w internecie, na żywo niewiele takich poznałam. Reakcja na moją aktywność była zazwyczaj dość podejrzana – szczególnie na pływanie. Tymczasem moja turecka lekarka tylko zachęcała. A propos, wcale nie trzęsła się nade mną z powodu „zaawansowanego” wieku. Powiedziała mi jedynie: „Żebyś tylko wiedziała ile Turczynek po 35 roku życia rodzi zdrowe dzieci!” – i takie podejście chciałam usłyszeć. Zresztą mój lekarz rodzinny także był pełen optymizmu.

    Dwa tygodnie przed porodem, Wielkanoc ;)

  • Poprawność czyli ustępowanie miejsca

    Między 6 i 7 miesiącem ciąży byłam przez w sumie 7 tygodni w Polsce. Bardzo często ustępowano mi miejsca w kolejkach sklepowych i tramwajach bo brzuszek, mimo zimy, zaczynał być już widoczny. Dziwiły mnie narzekania polskich koleżanek, że rzadko im się to zdarzało. Nie wiem dlaczego ;) Mi nieustannie, aż mnie to peszyło, bo nie odczuwałam potrzeby posiadania jakichś „forów” ze względu na bycie w ciąży. Za to kiedy wróciłam do Turcji i brzuch był już coraz większy, ba – do ostatnich dni przed porodem – nikt nie ustąpił mi tutaj miejsca. Zastanawiam się dlaczego. Może po prostu nikt nie traktuje tutaj ciąży jako czegoś wyjątkowego, a kobiety w ciąży pod specjalną ochroną? Podobnie – nikt nie krępował się palić przy mnie papierosów. Nie z powodu mnie – po prostu Turcy, o czym pisałam już kiedyś, mają niski poziom empatii. Jeśli chcą zapalić papierosa, to robią to – nie przejmując się otoczeniem. Niestety.

  • Podejście ludzi do kobiet w ciąży

    Wspaniale wspominam drobne codzienne sytuacje podczas ciąży. Mam wrażenie, że o ile – jak pisałam wyżej – Turcy nie traktują stanu błogosławionego jako powodu do specjalnego traktowania, o tyle bardzo pozytywnie reagują tak zwyczajnie, na ulicy, nawet do obcej osoby. Nie zliczę ile razy zaczepiał mnie sprzedawca czy taksówkarz pytając o to jak się czuję, kiedy poród, i czy mamy już wybrane imię. Były to zwykłe, krótkie rozmowy, które po prostu miło się pamięta.
    Rozśmieszała mnie pielęgniarka w przychodni, do której regularnie chodziłam po zastrzyki witaminy B12. Najpierw nieustannie wypytywała o to, czy znamy już płeć. Kiedy wreszcie ją poznaliśmy przy każdej wizycie pytała o to od nowa, jakby zapominając, że poprzednio już jej powiedziałam. Apogeum nastąpiło po porodzie, kiedy przyszłam z dzieckiem do kontroli – pierwsze o co zapytała… zgadnijcie:
    – „Co to było, dziewczynka czy chłopiec?” :)

  • Szkoła rodzenia

    Na zajęcia szkoły rodzenia wybrałam się w Polsce, ponieważ moja wiedza o tym jak należy się przygotować do porodu czy obchodzić z noworodkiem była bliska zeru (jak nie gorzej). Jako że w tym okresie nie byłam ubezpieczona, znalazłam szkołę, w której zajęcia mogłam wybierać samodzielnie – i za każde osobno płaciłam. Bardzo cieszę się że na nie chodziłam, pozwoliło mi to oswoić totalny lęk przed byciem mamą… no powiedzmy trochę oswoić ;)
    Za to w Turcji szkół rodzenia nie ma. A raczej są – ale tylko i wyłącznie płatne i raczej jeszcze mało popularne. W samej Alanyi też nie! Znalazłam jedną w prywatnym szpitalu w Antalyi, oczywiście płatną, i to niemało. Domyślam się, że korzystają z niej dobrze sytuowane nowoczesne pary. Kiedy pytałam tureckich znajomych wszyscy dziwili mi się, po co mi takie zajęcia. Cóż, kolejna różnica kulturowa.

    Tutaj wciąż wiedzę o tym jak wygląda poród czy połóg przekazują sobie kobiety w zaufanym rodzinnym gronie. Otwarte mówienie o pewnych rzeczach jest tabu, o czym z żalem mówiła mi moja lekarka, bo wypytywałam ją o wszystko pod pretekstem blogowania ;) Korzysta się z pomocy mamy, teściowej, siostry, a wiele tematów kompletnie pomija. Dodatkowe doszkalanie się uznaje się póki co raczej za fanaberię, chociaż odkryłam niedawno rozwijającą się po malutku instytucję douli.

  • Invitro (tüp bebek – dosłownie dziecko z probówki)

    W Turcji bardzo popularne jest sztuczne zapłodnienie invitro – Turcja jest jednym z 10 krajów na świecie, gdzie najczęściej stosuje się ten zabieg. Nie ma z tym żadnego moralnego dylematu ani dyskusji. Kto chce i kogo stać (ponoć to kwestia kilkudziesięciu tysięcy lir), może to załatwić. Znam wiele osób w Turcji, które po latach starań w końcu na taką metodę się zdecydowały i obecnie są szczęśliwymi rodzicami… często bliźniaków ;)

  • Cesarskie cięcie (cezaryen doğum)

    To chyba zszokowało mnie ostatnio najbardziej. Wiedziałam że w Turcji poród przez cesarskie cięcie jest bardzo popularny, ale żeby aż tak? Statystyki podają, że obecnie aż 51% kobiet w Turcji rodzi w ten sposób (w Europie to kwestia 10-15%). Przy okazji natknęłam się na jakieś wypowiedzi tureckiego Ministerstwa Zdrowia kilka lat temu, z których wynikało, że intensywnie pracują nad wypromowaniem porodów naturalnych. Strach pomyśleć, co by było, gdyby nad tematem nie pracowali… ;)

    Przyczyny? Cóż, łatwe do odgadnięcia, kiedy wie się, że najwięcej porodów naturalnych jest na wschodzie Turcji, a najwięcej cesarek – na zachodzie. Robią je głównie kobiety aktywne zawodowo (ustalają godzinę operacji i biorą wtedy wolne z pracy), albo takie, które panicznie boją się porodu. Jest takich sporo, bo w Turcji wciąż tabu jest mówienie o porodowych przygotowaniach, np. ćwiczeniach mięśni Kegla. Kobiety prawdopodobnie nie wiedzą nawet na co się nastawić, więc… wolą tego uniknąć. Słyszałam też opinię, jakoby Turczynki nie chciały po porodzie odczuwać jego konsekwencji w życiu intymnym z mężem, i narażać się niejako na ryzyko bycia zdradzoną… (trochę fantazja, chociaż kto ich tam wie).
    Ponadto wiele kobiet jest tak skupionych na własnym wyglądzie, że nie wchodzi dla nich w grę bycie poddaną porodowym skurczom. Chcą mieć nad sobą kontrolę, a nie być rozczochraną, rozmazaną, pocić się i krzyczeć.

    Dopiero będąc w ciąży zrozumiałam jak silne jest w Turcji przekonanie, że jeśli ktoś jest „zeuropeizowany”, to na pewno chce rodzić poprzez cesarskie cięcie. Z kimkolwiek nie rozmawiałam, wszyscy byli zdziwieni, że świadomie decyduję o porodzie naturalnym, i że naprawdę tego chcę. Ale jak to? Dlaczego? – I kiedy odpowiadałam, że w końcu jak sama nazwa wskazuje jest to wybór „naturalny”, od razu przytakiwano gorliwie głową, ależ tak tak, oczywiście, no to aby inşallah poród poszedł gładko. W oczach moich rozmówczyń widziałam jednak, że po prostu mnie nie rozumieją mojego wyboru i szczerze mi współczują… Rodzą przecież w ten sposób wieśniaczki ze wschodu, a nie światłe kobiety po studiach :)
    W oczach innych osób stałam się niemal bohaterką. Niedawno z zaskoczeniem odkryłam, że rodzina K.P. chwali się mną przed dalszą rodziną :)

    Udało mi się znaleźć lekarkę, która – co dość nietypowe jak na tureckiego ginekologa z prywatną praktyką – faktycznie popiera całym sercem porody naturalne. Zresztą dzięki jej i pracującej z nią położnej bardzo dobrze wspominam poród (chociaż oczywiście nie była to bułka z masłem). Wciąż przypominano mi o konieczności ćwiczeń, a wręcz położne prowadzą zajęcia przygotowujące do porodu. Jednak jak widziałam bardzo niewiele kobiet faktycznie w nich uczestniczyło.
    Myślę że idealnym zobrazowaniem tego podejścia do wykonywania cesarskich cięć jest fakt, że podczas mojego porodu na oddziale w szpitalu tylko ja jedna (tak! nie zmyślam!) rodziłam naturalnie.
    Pozostałe kobiety (a było ich zapewne kilkanaście tego dnia) miały cesarskie cięcie. Był to jednak szpital prywatny, a w nich większość porodów to właśnie cesarki, co chwalą sobie także lekarze (jeden z nich nawet sugerował mi operację kiedy Książę kilka dni spóźniał się z pojawieniem się na świecie). W szpitalach państwowych z kolei większość porodów odbywa się siłami natury. Jednak rozkład sił to 70% cesarek w szpitalach prywatnych i uniwersyteckich, a jedynie 30% cesarek w państwowych (i tu raczej ze wskazań medycznych).

  • Porodowe przygotowania

    W Polsce dużo szumu robi się wokół porodowej wyprawki. Internet aż huczy od wskazówek co kupić, jak przygotować pokój dla dziecka, jakie kosmetyki czy ubranka kupić, jakie łóżeczko wybrać. Przyznam, że czułam się tym mocno „przygnieciona” – za dużo informacji, za dużo rzeczy, za dużo… marketingu i sprzedażowych sztuczek. W Turcji nie było to dla mnie tak widoczne, a przygotowania ograniczyły się za to do nieustannego odpowiadania na jedno pytanie otoczenia: czy mam już gotową szpitalną torbę. Kiedy zapytałam mojej lekarki co powinno się w niej znaleźć powiedziała mi że tylko rzeczy osobiste – i ubranka dla dziecka. Całą resztę zapewnia szpital i faktycznie tak było.

    A propos, słyszałam, że w Polsce szpitale publikują listy potrzebnych rzeczy, że można wybrać się wcześniej na wizytę obejrzeć szpital, w którym chce się rodzić. Z niczym takim tutaj się nie spotkałam, a wręcz dziwiono się, kiedy o to pytałam. Mam wrażenie, że Polki podchodzą do tematu ciąży i porodu bardzo drobiazgowo, wszystko sprawdzając po milion razy, będąc podejrzliwe w odniesieniu do każdego badania, USG, pobrania krwi, i tak dalej. Pewnie wynika to z jakości opieki zdrowotnej w naszym kraju. W Turcji nie miałam z tym do czynienia, co bardzo dobrze na mnie wpłynęło – nie stresowałam się po prostu na zapas i grzecznie słuchałam lekarki. Chociaż… kiedy w ciąży w przychodni zasugerowano mi zrobienie szczepienia na tężec, odmówiłam. Nie potrafiłam sobie wytłumaczyć potrzeby takiego szczepienia znając tureckie szpitalne warunki, to chyba pozostałość dawnych czasów, kiedy rodziło się w polu ;) Na szczęście nie było problemu z uszanowaniem mojej decyzji, jedynie lekarz zapytał niepewnie „Ale dziecko szczepić będziesz, prawda”? ;)

  • Pobyt w szpitalu

    W Turcji w szpitalu po porodzie jest się dużo krócej niż w Polsce. Podam na moim przykładzie: porządne skurcze zaczęły mi się wieczorem około 20.00, w szpitalu byłam pół godziny później, urodziłam o godzinie 2.00 w nocy, o godzinie 13.00 tego samego dnia byłam już wypisana do domu. Pobyt przy cesarskim cięciu trwa może 1-2 doby dłużej… Krótko, prawda? Trudno się więc dziwić, że niewiele rzeczy jest potrzebnych. Nawet troszkę żałowałam, że tak szybko znalazłam się w domu, bo szpital to jednak spora wygoda, szczególnie ten turecki. Pokoje są jednoosobowe, z łazienkami z prysznicem. Mój szpital zapewnił także piłki do ćwiczeń podczas akcji porodowej, które przyniosła mi moja położna.

    Oprócz łóżka pacjentki znajduje się tutaj rozkładana kanapa dla osoby towarzyszącej. Jest mała lodóweczka, płaski telewizor, czysto i schludnie. Posiłki podawane są zawsze nie tylko pacjentce, ale także osobie towarzyszącej. Pielęgniarki doglądają co chwila, pomagają i cierpliwie tłumaczą jak należy karmić piersią (szczególnie kiedy poczęstuje się je wcześniej baklawą ;))
    To co mi z kolei przeszkadzało to kompletny brak systemu wizyt – do szpitala może wpaść każdy i kiedy chce. Nie ma wyznaczonego „czasu na odwiedziny”, nie sprawdza się tożsamości gości i nie pyta, czy sobie wizyt życzymy. Cóż, kolejna kulturowa różnica, i jedyna rzecz, którą natychmiast bym zmieniła.

  • A propos karmienia piersią

    W Turcji oczywiście promuje się bardzo karmienie piersią, ale dokarmianie dziecka mlekiem modyfikowanym albo całkowite odstawianie od piersi nawet od razu po porodzie zdarza się bardzo często. Pewnie ma to związek z ilością porodów przez cesarskie cięcie. Wszyscy pytają tylko „masz mleko”? A kiedy odpowiemy, że tak, cmokają z aprobatą, dodając nieodzowne „maşallah”, żeby przypadkiem nie rzucony został na nas jakiś urok. Doradztwo laktacyjne raczej nie istnieje, więc świadomość kobiet na ten temat jest bardzo niska – łatwo dać sobie wmówić, że chwilowy kryzys oznacza brak pokarmu, i że biedne dziecko jest głodne. Podobnie jak w przypadku podejścia do kwestii porodu, także tej w kwestii dziwiono się, że uparcie nie chcę dziecka dokarmiać i że chcę karmić tylko piersią. Niby rozumiano, ale jednak w oczach czaił się komentarz: „po co kobieto chcesz się tak męczyć?”

  • Poród rodzinny

    Wiele osób z Polski pytało mnie czy w Turcji istnieje zjawisko porodów rodzinnych. Cóż, to nie na nerwy tutejszych macho, więc zdarza się, ale zdecydowanie rzadziej. Sam Król Pomarańczy uprzedzał, że raczej będzie uciekał jak najdalej, kiedy tylko zacznie się „ostra akcja”, bo nie będzie mógł znieść mojego cierpienia. Rzeczywistość okazała się bardzo prozaiczna; także dzięki inteligentnej pomocy położnej; K.P. był ze mną prawie cały czas i bardzo mnie wspierał. Dopiero na salę porodową (czyli ostatnie 40 minut największego hard core’u) zakazałam mu wchodzić, chociaż, jak się okazuje, było to możliwe. Kiedy Książę znalazł się już na mojej piersi, blady z emocji Król został poproszony do środka, a moja położna zabrała mu telefon by dokumentować nasze pierwsze chwile we trójkę… A propos, słyszałam że można zamówić sobie relację video z porodu w szpitalach prywatnych, zastanawiam się kto to potem ogląda ;)

  • Wizyty położnej w domu

    W Polsce coś takiego faktycznie ma miejsce. Położna podobno sprawdza czy wszystko OK u mamy i u dziecka. Piszę „podobno”, bo w Turcji takich wizyt nie ma, więc nie mam doświadczeń. Za to tydzień po porodzie polecono mi odwiedzić przychodnię na pierwszą wizytę z dzieckiem, a jeszcze wcześniej, 3 dni po porodzie byliśmy na kontroli u pediatry w szpitalu w którym rodziłam. Jak widać obie wizyty dotyczą dziecka, a nie matki… o to trzeba zatroszczyć się samemu.

  • Koszty całej zabawy

    Rodząc w Turcji jako małżonka obywatela tureckiego mamy kilka możliwości zorganizowania całej, nazwijmy to, zabawy:

    • Szpital publiczny, za darmo – oczywiście jeśli jesteśmy ubezpieczone (dla uspokojenia – szpitale publiczne są także fajne, nowoczesne, z dobrym sprzętem i obsługą, pokoje są maksymalnie 2- 3- osobowe, a często pojedyncze)
    • Szpital prywatny, z lekarzem szpitalnym – tylko pokoje jednoosobowe; mając ubezpieczenie typu ZUS płacimy część stawki tegoż szpitala, druga część jest refundowana z ubezpieczenia przez rząd – zresztą o opiece zdrowotnej i tym systemie mówiłam niedawno na Youtube w filmie Przychodzi Turek do lekarza
    • Szpital prywatny, z lekarzem z zewnątrz – opcja nierefundowana, z której ja skorzystałam mimo ubezpieczenia, ponieważ zależało mi na opiece mojej pani doktor i jej położnej. Oczywiście warunkiem jest korzystanie ze szpitala z którym taki lekarz, prowadzący prywatną praktykę, jest związany umową. W Alanyi koszt porodu i pobytu w takim szpitalu mieści się w granicach 2-3 tysięcy lir, poród naturalny jest, co ciekawe, droższy niż cesarka. W dużych miastach typu Stambuł koszty mogą być dużo wyższe, nawet 10-15 tys. lir.
  • Myć czy nie myć?

    Na koniec jeśli kogoś by to interesowało, bo temat ten swego czasu w Polsce był gorący, w Turcji aktualnie nie myje się już noworodków po porodzie, zostawiając to na później. Podobno takie są obecne światowe wytyczne, służące odporności dziecka. Bardzo to szokowało starsze pokolenie (np. moją teściową), a inna kuma z mojego otoczenia (na szczęście nie rodzina), z dumą opowiedziała historyjkę, jak to umyła dziecko swojego syna po kryjomu, pod nieobecność jego matki, bo przecież „jak to takie nieumyte”… ;)

Opowiadać mogłabym godzinami, bo w końcu poród i ciąża to takie życiowe wydarzenia, które ryją w mózgu zupełnie nowe ścieżki. Pewnie po dodaniu tego wpisu przypomni mi się jeszcze milion spraw, ale cóż – może jeszcze będzie kiedyś okazja o nich napisać.

Na podsumowanie, chociaż pewnie się domyślacie, chciałabym napisać, że chociaż poród to przeżycie ekstremalne, to dzięki wspaniałej opiece jaką miałam wspominam go bardzo dobrze. Wciąż mam przed oczami żartujące położne i moją lekarkę podczas porodu, świetną, luźną atmosferę, która dodawała mi sił. Wiem, że miałam w pewnym sensie szczęście. Zetknięcie z innym lekarzem w tym samym szpitalu uświadomiło mi, że mogłabym trafić gorzej i zostać niepotrzebnie zmuszona do cesarskiego cięcia, bo dziecko „spóźniało się” 2 dni. Życzę wszystkim przyszłym mamom, aby – niezależnie od tego w jakim kraju rodziły swoje dzieci – były traktowane właśnie tak – podmiotowo, a nie przedmiotowo. Z szacunkiem, luzem i kulturą. I gdybym miała rodzić raz jeszcze (ha, ha!) to rodziłabym ponownie w Turcji.

Ostatni dzień ciąży, spędzony niemal w całości w ruchu i na plaży :)

Spodobało Ci się tutaj? Zostań moim Patronem!

Już za 10 zł miesięcznie, lub za dowolną jednorazową kwotę możesz zostać moim Patronem i mieć wpływ na to, co pojawia się na blogu i Kanale YouTube. Kliknij w obrazek poniżej i dowiedz się o co chodzi ;)