Autorką tekstu jest Agata Wielgołaska z bloga Tureckie kazania. Wszystkie poniższe zdjęcia są jej autorstwa. Koniecznie zajrzyjcie na jej instagram.

Wpadki, przypadki

Za miesiąc minie rok od mojej wyprowadzki ze Stambułu.
Nie była to przeanalizowana punkt po punkcie strategia wyjazdu z Turcji, lista za i przeciw, tak zwany racjonalny wybór. Tym razem zrobiłam to, czego zwykle unikam, a co – jak pokazuje doświadczenie – powinnam robić wyłącznie: zaufałam instynktowi.

W ramach jednego z krótkich, spontanicznych wypadów za miasto, zamiast planowanej Bursy znalazłam się rok temu w okolicy Troi bo… dlaczego nie? Też historia, do tego starożytna! Przewidywane dwa dni rozciągnęły się do czterech, a ja, jedząc rybę w pierwszej lepszej knajpie, jeszcze z bagażem na plecach, powiedziałam do siedzącej obok, zaciągniętej na tę wyprawę koleżanki: – wiesz co? ja bym tu mogła mieszkać.

Pomógł oczywiście przypadek: wynajmowane do października mieszkanie zostało zalane w maju – tak właśnie powitało mnie po powrocie z mini wakacji. Pracujący w firmie
logistycznej znajomy oznajmił z kolei, że zawiezie moje rzeczy w ramach miłego gestu, bo cieśnina Dardanele mu po drodze. Głupio nie pomagać takim przypadkom.

Gadanie a działanie

Za każdym razem, gdy pytano mnie, dlaczego jestem w Stambule, odpowiadałam – bo Stambuł jest we mnie.

Pomogły też godziny rozmów, planów, dywagacji. W ciągu stambulskiej dekady wysłuchałam wielu opowieści o tym kto, gdzie, dlaczego i po co… się ze Stambułu wyprowadzi. Być może dlatego, że brakowało zwykle jak i kiedy, kończyło się na gadaniu zamiast działania. Albo dlatego, że… Stambuł mało komu pozwala na ucieczkę. Nie można się nim znudzić, można za to porządnie wkurzyć, a potem jak zwykle wybaczyć, bo wynagradza traumy podwójnie – cierpienie jest więc jak najbardziej uzasadnione.

Korki, ale widoki.
Podirytowane tłumy, ale wydarzenia kulturalne.
Długa droga do pracy, ale zarobki.
Rozrastające się na obrzeżach miasta osiedla, ale Bosfor.

I mądre argumenty się kończą.

Za każdym razem, gdy pytano mnie, dlaczego jestem w Stambule, odpowiadałam – bo Stambuł jest we mnie. Żartuję, nie zrobiłam tego ani razu, choć to pewnie byłoby najbliższe prawdy. Po co jednak mieszać ludziom w głowach, skoro wolą usłyszeć – bo mam tu męża,
od biedy – pracę, do której wysłała mnie europejska korporacja?
Lubisz Turcję? Kocham Stambuł – jak zdarta płyta.
I gdzieś tam, jak wielu stambulczykom, majaczyła w tyle głowy myśl, że bliżej niesprecyzowana przyszłość będzie nad Morzem Egejskim, bo nad Śródziemnomorskim jest latem za ciepło.

Polka w Canakkale

Tu i teraz – życie w Çanakkale

W dzieciństwie każdego roku jeździłam nad Bałtyk. Mieszkałam nad rzeką, ale dopiero wielka woda zrobiła na mnie adekwatnie wielkie wrażenie. Nie pamiętam, kiedy nauczyłam się pływać, chyba jeszcze zanim zdążyłam przestraszyć się tego żywiołu. A potem zobaczyłam morza inne: południowe, cieplejsze, turkusowe. Wracając z wakacji odczuwałam zawsze niemal fizyczny ból, jakby ktoś brutalnie wyrywał mnie z korzeniami i kazał przymusowo opuszczać dom. Nie chodziło wcale o powrót do codzienności, szkołę czy pracę. W takich momentach chętnie zostałabym choćby kelnerką w pierwszej lepszej kawiarni i harowała w pocie czoła za minimalną pensję, byle tylko na greckiej wyspie lub w bardziej nawet egzotycznych okolicznościach przyrody.
Mówię czasem – pół żartem, pół serio – że prosty ze mnie człowiek, bo do szczęścia potrzeba mi słońca, ciepła, szumu fal i cienia palm. A że dobrze jest dorzucić też paru znajomych, ci starzy, pełni poświęcenia, odwiedzają mnie teraz latem. Płyniemy na drugą stronę cieśniny lub jedną z sąsiednich wysp, gdzie morze wygląda jak z katalogów turystycznych reklamujących na kredowym papierze luksusowe wczasy all inclusive. Te nasze są w cenie biletu na prom. Lokalne wino to przyjemność wieczorna – najlepiej smakują do niego meze przygotowywane w jednej z wielu wyspowych meyhane. Trudno zdecydować, w której zjemy kolację – wszystkie wyglądają jak z greckiej tawernianej bajki, nie różnią się cenami, a kelnerzy zapraszają z takim samym zaangażowaniem. Ja wybieram zwykle te, do odwiedzin których
nikt mnie nie zachęca – jakość nie potrzebuje reklamy.
A może po prostu to, co pokochałam w tej okolicy to właśnie brak typowych wczasowiczów i typowych naganiaczy. Zamiast nachalnych krzyków – subtelna perswazja.

Nadal powtarzam więc, że prosty ze mnie człowiek, bo do szczęścia potrzeba mi tylko słońca, ciepła, szumu fal i cienia palm. Do niedawna byłam przekonana, że także Stambułu – na co dzień, nie tylko od święta. To prawda, że mogłam się zestarzeć, a przeprowadzkowy trening pewnie mnie zahartował, nie ulega jednak wątpliwości, że odwiedzam teraz Stambuł jak starego dobrego przyjaciela – nie widzimy się kawał czasu, a odnoszę wrażenie, że nic się nie zmienia, nadal rozumiemy się bez słów.

Tyle że każde z nas poszło swoją drogą i na razie są to drogi osobne.

 


PS. „Jedyna Polka w Çanakkale” to tytuł z drugim dnem. Kiedy Agata chciała wyprowadzić się do tego miasta, spotkała się z jeszcze inną Polką, która kiedyś tu mieszkała. Można powiedzieć, że jedna Polka zastąpiła drugą. A obie to… blogerki. Niezły zbieg okoliczności, biorąc pod uwagę miasto z 165 tysiącami mieszkańców, w którym cudzoziemiec nie będący turystą stanowi raczej sensację.

PS.2. Çanakkale mieści się w północno-zachodniej Turcji, nad cieśniną Dardanele. To tutaj znajdują się ruiny starożytnej Troi.
Tutaj także ponad 104 lata temu rozpoczęła się wielka bitwa o Gallipoli. Państwa ententy zamierzały dzięki niej zdobyć Stambuł i wyeliminować z I wojny światowej Imperium Osmańskie. To się jednak nie udało, państwa ententy poniosły porażkę a Turcy po tej bitwie, w której stracili ponad 200 tys. żołnierzy, dostali impuls do walki o niepodległość. 18 marca świętują rocznicę „zwycięstwa w Çanakkale”.

Agata Wielgołaska jest autorką książki „Stambuł. W oparach absurdu”. Wspólnie napisałyśmy książkę „Turcja. Półprzewodnik obyczajowy”. Obie książki możecie zakupić w naszym sklepiku.