Z punktu widzenia turysty wszystko wydaje się fajne. Jest ta egzotyka, jest mit filmu „Casablanka”, jest piękny ocean i szeroka piaszczysta plaża. Jest takie poczucie, że dotknęliśmy kawałka Afryki, kawałka czegoś tajemniczego, że dojechaliśmy do miejsca, w które nie każdy się wybierze i które nie każdy doceni czy zrozumie. Są gościnni ludzie mówiący w różnych językach, pomocni, życzliwi. Są marokańscy chłopcy, którzy zachwyconym głosem mówią kobietom, jakie są piękne. No i są obrazy, które na każdym aparacie wyglądają fantastycznie i robią wrażenie na znajomych w Polsce…

Podczas moich poprzednich pobytów patrzyłam na Maroko oczami turysty. Nawet, gdy pojawiały się problemy w pracy, coś szło nie tak – byłam nastawiona pozytywnie: taka specyfika, taki urok, taki kraj – co robić – mówiłam z filozoficznym spokojem nauczona pobytami w Turcji.
Miałam rację, ale w tym roku Maroko dało mi popalić…

Po pewnym czasie można odczarować wszystkie mity. „Casablanka” była kręcona w Hollywood, a nie w Maroku (za to powstało tam wiele innych wspaniałych filmów; odsyłam do starych notek pod tagiem „Maroko”). Poza częścią turystyczną ulice są brudne, śmieci walają się wszędzie. Zapędziwszy się chociażby w marokańską część Agadiru dostajemy lekcję „Jak poruszać się po mieście” – najlepiej wcale, ale jeśli już to z oczami dokoła głowy. Nie jest trudno zostać potrąconym czy rozjechanym przez skuterki jadące pod prąd.
Ludzie – to moje wielkie rozczarowanie. Jako rezydentka nie miałam za dużo możliwości poznać prawdziwych Berberów czy Marokańczyków – ciągle obracałam się w kręgu osób pracujących w turystyce czy po prostu mieszkających w turystycznych zagłębiach. Nie zliczę ile razy próbowano mnie oszukać – począwszy od taksówkarza, który zagadywał mnie uroczo, opowiadając „Polska – super fajnie!”, gdy ustawiał taryfikator na kurs nocny (w środku dnia). Albo inny – który udawał, że taryfikator jest zepsuty. Albo jeszcze inny – który jeździł po bocznych uliczkach udając, że nie zna miejsca docelowego. W końcu wysiadłam z auta wściekła płacąc mu połowę zażądanej przez niego sumy.

Ciężko jest poruszać się samotnie po mieście. Wszędzie budzi się sensację. I nie chodzi tu wcale o strój: nawet w spódnicy po kostki i zwykłej koszulce dziewczyna z Europy zawsze będzie dziewczyną z Europy. Nieważne, czy ładną, czy brzydką, grubą, czy chudą. A samotna – to jeszcze gorzej. Samochody zatrzymują się, trąbią ciężarówki. Faceci wychylają się przez okna, by wykrzyczeć swoje nieśmiertelne „Ça va?”, a chłop układający kostkę brukową, woła „Bonjour” (sepleniąc, bo bez zębów).

Jeśli się na zaczepki odpowie – potwierdzi się stereotyp o seks-turystyce i „lekko prowadzących się” Europejkach, bo przecież żadna szanująca się kobieta nie będzie rozmawiać na ulicy z obcym mężczyzną.
Jeśli się nie reaguje, po prostu milcząc – naraża się na agresywne komentarze typu „Rasistka” i „Sp**** z mojego kraju”.

Jedyną radą jest poruszanie się tylko w towarzystwie mężczyzn/y. Zaczepki nadal będą, ale już innego rodzaju.

Jeszcze ten alkohol. Oficjalnie zabroniony, bo to przecież kraj muzułmański. W rzeczywistości pity niemal nałogowo przez większość Marokańczyków, podobno coraz więcej z nich ma problem z uzależnieniem. Byłam świadkiem kilkakrotnie robiąc zakupy w hipermarkecie, jak wielkim trunki cieszą się powodzeniem. Część sklepu z alkoholem jest wydzielona (zawsze ją można zamknąć, np. przy okazji religijnego święta), podlega pod osobną kasę. Przy kasie tłumy mężczyzn kupujący alkohol na zgrzewki: nie tylko piwa, nie tylko wina. Ilości, które u nas kupuje się chyba tylko w hurtowniach albo na Sylwestra :)

Nie wątpię, że to tylko mój skrzywiony turystycznie punkt widzenia. Nie ma co go odnosić do tego, co można spotkać w głębi kraju. W berberyjskich wioskach, wśród ludzi, którzy słyną z prawdziwej otwartości i gościnności. I którzy nie będą przeliczać każdego życzliwego gestu na dodatkowe parę dirhamów. Niestety – większość z nas – czy turystów, czy pracowników branży turystycznej (z tego masowego, czarterowego odłamu) – nigdy prawdziwego Maroka nie pozna. Zresztą co ja piszę, to prawdy oczywiste, które odnieść można do każdego niemal kraju o egzotycznej dla nas kulturze (i może nie tylko).

Wróciłam do Polski z prawdziwą ulgą – przyznaję się bez bicia. Dostałam po głowie nawet w ostatni dzień, stając się ofiarą machlojek finansowych księgowej z marokańskiej firmy. Może stąd ta gorycz :)

Za to – oj, to na pewno – zdjęcia w Maroku po prostu WYCHODZĄ DOBRZE.
Ostatnia porcja w następnej notce.