Australią jestem zafascynowana. Oczywiście to było do przewidzenia. Mówi się o niej same dobrze rzeczy, otacza ją atmosfera cudowności i szczęśliwości. Prawdziwy raj na ziemi. Bliżej nieba jest już chyba tylko Nowa Zelandia :)
Pewnie dlatego byłam bardzo nieufna, kiedy tu dotarłam. Brzmiało to wszystko zbyt nierealnie, żeby było prawdziwe. Z dnia na dzień jednak, z każdym zobaczonym miejscem i nowym doświadczeniem przekonuję się, że faktycznie tak jest. Z pewną taką nieśmiałością i niedowierzaniem, ale teraz, kiedy mija półtora miesiąca mojego pobytu (drugie tyle przede mną), czuję się już tu tak dobrze jak w domu. Nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć porównanie: dokładnie tak samo czułam się na początku pobytu w Turcji (choć oczywiście byłam wtedy inną osobą). Teraz też martwi mnie sama myśl, że będę musiała stąd wyjechać, skoro jest mi tak dobrze.
Przy wszystkich zaletach Australia ma jedną podstawową wadę, z której wagi nie zdawałam sobie sprawy: jest droga. Oczywiście droga dla turysty. Bo jeśli mieszka się tu i pracuje na co dzień, godzina pracy w przeciętnym miejscu (!) wystarczy na porządny lunch z lampką wina w fajnym, klimatycznym miejscu. A półtora godziny pracy starczy na tygodniowy bilet na tramwaj. Rachunek jest prosty.
Tymczasem kiedy jest się turystą, a posiadana wiza nie pozwala na podjęcie pracy w Australii, pieniądze płyną jak woda. Jest to zdecydowany minus, ale ja też traktuję to jako plus. Kiedy bowiem przyjdzie pora powrotu do Turcji, będzie mi łatwiej pożegnać się z tym krajem :) Dłuższy pobyt mógłby się skończyć bankructwem.
Tym bardziej, że miłośnikom podróżowania Australia może nigdy się nie znudzić! Począwszy od tego, że można wreszcie „odpocząć” od starożytności, której w Turcji mam pod dostatkiem – tutaj obiekty historyczne mają 100, może 200 lat, i jest to zdecydowanie odświeżająca perspektywa ;)  Druga sprawa to natura. W Australii człowiek żyje w harmonii z naturą, dostosowując się do niej (a nie dostosowując naturę do siebie) jest tu więc ogromna ilość parków narodowych i rezerwatów przyrody, a obecność zieleni w mieście jest czymś oczywistym. Żyjąc w Europie czy Turcji w otoczeniu betonowych konstrukcji, wieżowców i asfaltu, tutaj można złapać ten potrzebny oddech. Oddech – to jest chyba to słowo, którego mi brakowało!
Wręcz namacalnie czuje się ten dystans, tę odległość od „reszty świata”, różnica czasu też w tym pomaga. Jakby automatycznie zwalniam tempo, odpowiadam uśmiechem przyjaznym ludziom, jestem zrelaksowana i optymistycznie nastawiona do świata. Oczywiście nie było tak od razu; na początku ta kulturowa odmienność raczej denerwowała [inność zazwyczaj denerwuje], zastanawiałam się z czego oni wszyscy się tak cieszą? – ale teraz rozumiem, że nie ma jednego, oczywistego powodu. Możliwe (aż ciężko uwierzyć), że po prostu cieszą się życiem.

Uderzający jest ten szacunek: do siebie nawzajem, do bezdomnego na ulicy (a jakże, i oni tu są!), do ulicznego grajka albo akrobaty, do sprzedawcy, sprzątaczki i kasjerki w markecie, i klienta w sklepie, który 5 minut przed zamknięciem przyszedł coś kupić. Do kobiety w chuście, babcinki w sari, do faceta w afrykańskim stroju, i – last but not least – do dziewczyny w kusej mini. Nie wiem kto ich wszystkich tego nauczył i skąd się to wzięło; do tego jeszcze nie doszłam. Natomiast jest to coś, co mam ochotę wszystkim pokazać i zainspirować do wzięcia przykładu nam, ludziom w tej zatłoczonej, zabieganej, zmęczonej, pełnej agresji i podejrzliwości wobec obcych Europie. Australia czerpie swoje bogactwo z obcych (dosłownie i w przenośni); co czwarty obywatel tego kraju urodził się za granicą – byłoby głupotą mieć z tym problem…
Rozczula mnie tutejsza telewizja: prowadzący wraz z gośćmi zachowują się tak naturalnie, że jest to aż podejrzane (zastanawiam się, na ile takie zachowanie da się wyreżyserować). Wygłupiają się, spontanicznie śmieją, docinają. A reklamy? Kolejny temat rzeka, godny osobnego wpisu na blogu: tak obezwładniająco dowcipnych i jednocześnie pełnych luzu reklam w życiu nie widziałam. Australijczycy muszą mieć doprawdy niezwykłe i nieszablonowe poczucie humoru. Cóż – wyspiarze.

W okresie świątecznym wybraliśmy się w podróż wynajętym autem. Ze stanu Victoria przejechaliśmy do stanu Południowa Australia – to tak, jakbyśmy wyjechali za granicę – zmiana czasu, pogody, inne przepisy, inne znaki drogowe. Przejechaliśmy słynną trasą Great Ocean Road (brzegiem oceanu), dotarliśmy do rajskiej wyspy Kangaroo Island, zwiedziliśmy Adelajdę i trekkingowaliśmy w górach Grampians, mijaliśmy wioski Aborygenów, winiarnie i miasteczka. W 10 dni pokonaliśmy 3,5 tysiąca kilometrów, wrażenia i zdjęcia można liczyć w tysiącach; żałujemy tylko, że wzorem australijskim nie wypożyczyliśmy campera – ale to może następnym razem ;) Nauczyliśmy się jeździć lewą stroną (choć dwa razy wjechaliśmy na niewłaściwy pas; nie dziwią więc nas już wielkie znaki „Wrong way – go back” umieszczone po prawej stronie ulicy). Przyjemnie było jeździć autostradą nie uczestnicząc w znanym z Turcji (czy Polski) wyścigu: kto kogo wyprzedzi. W Australii, jeśli dopuszczona prędkość wynosi 110 km/h, wszyscy tak właśnie jeżdżą. Jeśli zgubisz drogę zaraz znajdzie się ktoś, kto zapyta „Are you ok”? – bo jeśli nie jesteś ok, chętnie Ci pomoże.
Imponuje infrastruktura: toalety, miejsca odpoczynku, znaki i informacje – nawet pośrodku maleńkiej Wyspy Kangurów, gdzie drogi to głównie czerwony pył, zawsze można liczyć na prawidłowe oznakowanie szos i (!) nazwy ulic zgodne z mapą. Ma to swoje złe strony: Australijczycy bardzo lubią swoje przepisy i zasady egzekwować. Doświadczyliśmy tego w Adelajdzie (swoją drogą, pięknym mieście). Wydrukowaliśmy bilet parkingowy na 3 godziny i poszliśmy zwiedzać. Ponieważ było święto założyliśmy, że i tak nikt tego biletu nie skontroluje. Wróciliśmy po 3 godzinach i 15 minutach i okazało się, że wlepiono nam karę w wysokości (bagatela!) 49 dolarów. Nie było już odwrotu (wiem, pytałam parkingowych grając „zbłąkaną turystkę”) – ponieważ kara została wysłana do systemu. Trzeba było zapłacić (na szczęście można to zrobić w ciągu 40 dni, online lub na poczcie). Podobnie z postojem w miejscu do tego niewyznaczonym. Zdziwiło mnie wiele razy, kiedy znajome osoby mają tak wielki problem z „przycupnięciem” (jak mówi moja mama) gdzieś na poboczu by wysadzić pasażera. W Turcji kierowca zatrzymuje się gdzie chce. W Polsce może nie aż tak, ale można zawsze wjechać na chodnik, albo coś w tym rodzaju :) W Australii urasta to do rangi problemu nawet jeśli jest święto i ulice są puste. Przepisy są po prostu przepisami i szacunek do nich nam – przywykłym wciąż „walczyć” z władzą – wydaje się absurdalny!
W Sylwestra poszliśmy do centrum miasta, na główny plac Melbourne zwany Federation Square. Tysiące ludzi spokojnie, pozytywnie i radośnie przewalały się ulicami w jedną i drugą stronę, na scenie grały zespoły, a nad organizacją czuwali wolontariusze w odblaskowych koszulkach (!) i pracownicy miejscy. Główne ulice były zamknięte dla ruchu samochodów, a otwarte dla pieszych, podzielonych na „pasy ruchu” w dwie strony. Od godziny 18.00 aż do rana komunikacja miejska i podmiejska były darmowe. A najważniejsze, to: alkohol w całej strefie centrum był zabroniony, o czym informowały wielkie tablice. Było więc mnóstwo rodzin z dziećmi (wręcz z wózkami), grupy znajomych w różnym wieku, a nie było – agresji, zaczepianek, popychania. Oczywiście w pobliskim parku posiadywały sobie grupki młodzieży w różnym wieku ;) popijające zakamuflowane piwko, ale raczej na zasadzie wyjątku. Kiedy zapytałam o ten zakaz policjanta stojącego w kordonie na moście przy placu, bardzo uprzejmie i z uśmiechem odpowiedział: „Wszystko, co najgorsze, zaczyna się od jednego drinka” – nie sposób było odmówić mu racji. A potem życzył mi miłego wieczoru.

Tym sposobem powitaliśmy Nowy Rok w niebanalny sposób: w tłumie tysięcy ludzi pozytywnie roześmianych, podziwiających fajerwerki, a jednak czując się bezpiecznie, nie będąc oblanym szampanem czy piwem (co nagminnie zdarzało mi się na imprezach miejskich w Polsce), nie musząc oglądać pijanych, ledwo trzymających się na nogach osób. Następnie grzecznie wsiedliśmy do jednego z ruszających co kilka minut darmowych tramwajów, i wróciliśmy do domu wciąż nie mogąc wyjść z szoku, że powitanie roku 2016 było tak radosne, a jednocześnie tak banalne w swojej prostocie.

Może mało jeszcze wiem o świecie; może mało jeszcze widziałam. Ale to co widzę tutaj w Australii na co dzień pozwala mi sądzić, że trafiłam do kraju prawdziwie demokratycznego, zamieszkanego przez rozsądnych, pozbawionych kompleksów ludzi. Oczywiście generalizowanie aż tak bardzo na pewno mądre nie jest, ponadto jestem tu za krótko, żeby wydawać tak zdecydowane osądy. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie mylę się zbytnio.
Utwierdza mnie w tym przekonaniu dialog, który wciąż w Australii toczę z różnymi osobami, w różnych miejscach, w różnych językach, a który w wygląda w skrócie tak:

Jak ci się podoba Australia? [pyta Australijczyk rdzenny lub napływowy]
– Bardzo! Jestem zachwycona! Mogłabym tu mieszkać. – odpowiadam z roziskrzonym wzrokiem.
– To prawda. To piękny kraj – odpowiada mój rozmówca – To może tu zamieszkasz?

I tyle w temacie. ;)

Poniżej zdjęcia z podróży. Napiszcie, czy Wam się podobają ;)

Etap 1: Great Ocean Road, czyli brzegiem oceanu z Melbourne w kierunku zachodnim.

Etap 1: Great Ocean Road, czyli brzegiem oceanu z Melbourne w kierunku zachodnim.

Wszystkie zdjęcia z tego etapu KLIKNIJ TU.

Drugi, najpiękniejszy etap podróży: Wyspa Kangurów [Kangaroo Island] bardzo słabo zaludniona, z eukaliptusowymi lasami, plażami jak z bajki, kangurami i koalami. Żałuję, że byłam tam tak krótko...

Drugi, najpiękniejszy etap podróży: Wyspa Kangurów [Kangaroo Island] bardzo słabo zaludniona, z eukaliptusowymi lasami, plażami jak z bajki, kangurami i koalami. Żałuję, że byłam tam tak krótko…


Wszystkie zdjęcia z Wyspy: KLIKNIJ TU

Etap 3: Australia Południowa, Adelaida, Park Narodowy Grampians i Wodospad MacKenzie, miasteczko Ballarat i Souvereign Hill - miasteczko poszukiwaczy złota.

Etap 3: Adelaida, niemieckie miasteczko Hahndorf, Park Narodowy Grampians i Wodospad MacKenzie, miejscowość Ballarat i Souvereign Hill – miasteczko poszukiwaczy złota.

Wszystkie zdjęcia: KLIKNIJ TU.