tureeckie slodycze, ramazan, turcja

Święta, święta, i po świętach. W tym roku ten Ramazan jak i jego zakończenie przeleciały niesamowicie szybko. Przyczyn może być kilka. Po pierwsze sam fakt, że ten rok w ogóle jest inny, czas mija w zupełnie innym rytmie, wypełniony przez nieustanne odpowiedzi na pytania „Czy jest bezpiecznie?”, „Jaka sytuacja w Alanyi”? I oczekiwaniem na turystów, którzy pojawiają się w dużo mniejszych ilościach (ale za to jak już się pojawiają, to są tacy fajni, że zapomina się o wszystkim).

Po drugie miesiąc postu minął mi osobiście tak szybko, bo mniej więcej po tygodniu jego trwania doznałam nawiedzenia. Tak, tak! Dobrze czytacie. Nawiedziłam się (trochę przypadkiem, pod wpływem mieszkających w Turcji Polek, które mają tu całkiem sympatyczne forum), na jedzeniowy-zdrowotny detoks zwany postem dr Dąbrowskiej. W ciągu dwóch dni (akurat w tym czasie w biurze hulał tylko wiatr naprzemiennie z klimą, kompletnie nie miałam co robić) przeczytałam wszystko o wspomnianym detoksie, od stron, poprzez blogi, aż po filmiki na youtube, to taki swoisty hit internetu, chociaż nieco poza mainstreamem, no i koniec – przepadłam! Oczyściłam lodówkę i od 10. dnia Ramazanu do końca postu, czyli przez 20 dni, przechodziłam mój „detoks”.  Było mi łatwiej, bo Król Pomarańczy trzymał swój post, wspieraliśmy się nawzajem :) Czuję się znakomicie i wyleczyłam z paru dolegliwości. Nie będę na razie pisać o tym więcej, bo trochę boję się ziewania Czytelników, ale mam pewien pomysł – o tym na końcu wpisu.

***

Rozpoczęcie Ramazan Bayramı, czyli „Święta Cukru”, czyli długie nawoływanie z meczetu wcześnie rano, walenie w bębny i wczesnoporanny ruch na ulicach (jest to jeden z tych niewielu dni w roku, kiedy nawet mniej praktykujący odwiedzają meczety na pierwszą modlitwę) – dla mnie przeszły kompletnie niezauważalne. Będąc na diecie spałam jak dziecko, nie słyszałam kompletnie nic :) Za to uczestniczyłam w późniejszym świętowaniu, zresztą trudno byłoby nie – nasza turecka rodzina, a dokładnie jej alanijska część, przeżyły w tym roku prawdziwą nawałnicę. I tak dobrze, że mogliśmy się przygotować psychicznie – bo mające przyjechać z innych miast rodziny powiadomiły nas odpowiednio wcześniej, można więc było zaplanować, kto u kogo będzie spał, a komu zostaje hotel. Nie było więc tej adrenaliny, która wydziela się w organizmie w momencie typowych tureckich odwiedzin, kiedy dzwoni telefon od dawno niewidzianego wujka: „Wsiadamy właśnie do autobusu. Będziemy u Was na dworcu jutro o 4 rano.”
Spodziewałam się, że nocujący będą koczować i u nas, ale po raz kolejny potwierdziła się moja teoria, że wraz z K.P. mamy w rodzinie dość specyficzny status. Ponieważ oboje pracujemy i to w „bardzo pełnym” wymiarze godzin (zazwyczaj 12-14 godzin dziennie nie ma nas w domu), nie mamy też potomstwa, czyli jesteśmy parą dziwaków, nikt nie chciał się nam zwalać na głowę. Przyznam, że to dość miłe. Inna sprawa, że od dwóch lat, odkąd zmieniliśmy mieszkanie na puste, nieumeblowane, nie zdążyliśmy kupić żadnego łóżka albo i choćby kanapy dla gości. Już nie mówiąc o dodatkowych kompletach pościeli. Tak, słusznie domyślacie się, że jesteśmy egoistami-pracoholikami i niespecjalnie nam się spieszy :)

Ponieważ w okresie świąt ruchu w biurze nie było praktycznie żadnego, udało mi się zaliczyć kilka rodzinnych imprezek. Miały jedną wspólną cechę – było na nich mnóstwo ludzi. Kiedy dotarłam do celu po raz pierwszy, pozostawione pod drzwiami buty mówiły same za siebie: obuwie różnych kształtów, rozmiarów i kolorów zajmowało pół klatki schodowej. Na pierwszym takim zgromadzeniu poprosiłam jedną z kuzynek K.P., żeby przeliczyła z łaski swojej obecne towarzystwo. Wyszło nam 28 osób. Maşallah. A to i tak nie wszyscy przecież, tylko jakiś tam niewielki ułamek. Typowa „niewielka turecka rodzina”.

buty_turcja

Trzeci dzień świąt – butów dużo mniej…

To co podoba mi się w takim przesiadywaniu „na kupie” u tureckich gości, to tutaj obowiązująca hierarchia, choć sama nie mogę uwierzyć, że to mówię. Ale ma to dużo sensu. Każdy ma swoją rolę, której nie kwestionuje i nie pyta: „A dlaczego mam to zrobić akurat ja?”. Najmłodsi chłopacy biegają do sklepu, jak zabrakło chleba albo cukru. Nastoletnie dziewczęta nakrywają do stołu, donoszą szklanki i wkładają brudne naczynia do zmywarki. Młodsze „gelin” (dziewczyny, które „wżeniły się w daną rodzinę”, bratowe, itp.) parzą herbatę i ją serwują, robią porządki w kuchni. Starsze matrony odpoczywają i dyskutują z panami ze starszego pokolenia, najwyżej co jakiś czas rzucając podpowiedzi, co podać do stołu (czy już pora na herbatę? czy już pora na deser?). Najstarsi panowie – jako ci, którzy na swoich głowach dźwigają ciężar całej tej rodziny na co dzień, jedzą i komentują podawane przysmaki (w ten sposób zapunktowało moje czekoladowe brownie podane z lodami maraş, a wiadomo – komplement z ust starszyzny to jak komplement razy dwa), a po imprezie dają sygnał do odwrotu.
I nad tym wszystkim jest „Sultan”, czyli królowa matka, gospodyni tego domu, czyli moja przyszywana teściowa, która wreszcie może sobie odpocząć, a przygotowywanemu jedzeniu nadaje jedynie swój autorski sznyt, podczas gdy pomocniczki krzątają się po kuchni załatwiając całą „brudną robotę”.
Aha – co byście sobie nie myśleli – telewizor był wyłączony, co jak od jakiegoś czasu zauważam jest jakąś nową tendencją. Prawdopodobnie nie tylko ja, ale już i sami Turcy znudzili się tutejszą telewizją, głupimi wiadomościami, idiotycznymi serialami, i gadającymi głowami. Poza tym nawet jeśli nie, to przy gościach, którzy przejechali pół Turcji, by nas zobaczyć – raczej nie wypada.

Jeśli zapytacie na koniec: a jak się czuła Skylar jako jedyna yabancı w tym całym tłumie?
Odpowiem: zaskakująco nieźle! Nikt nie pozwolił mi pocałować się w rękę, „bo przecież nie muszę” :) Nie dotknęły mnie jak dotąd w Turcji żadne oględziny i nadmierna uwaga czy jakieś dziwne komentarze. Pewnie dlatego, że znam turecki, więc zamiast mówić o mnie – przy mnie – rozmawiano ze mną. W takich sytuacjach naprawdę cieszę się, że nauczyłam się tego języka i mogę uczestniczyć w rozmowach jak każdy. Zresztą część rodziny ma już, jak się okazuje…. Polkę w rodzinie! Nie poznałam jej osobiście ale wiem, że istnieje :) co skłania mnie do zadumy nad faktem, jaki świat jest mały i jaki ciekawy.

Rodzina przyjechała w ciągu jednej doby, ale wyjeżdżała osobno. I styl wyjeżdżania był już bardzo turecki, tu obyło się bez zaskoczeń, czyli: zero planowania. Godzinę temu jeszcze siedziało się na plaży albo zjeżdżało na zjeżdżalniach, a teraz jest się po prysznicu, wrzuca wszystkie ciuchy do walizek i leci na dworzec, żeby zdążyć na autobus o 20.00. Dowiedziawszy się o tym pojechałam rowerem prosto z pracy na dworzec. Biorąc poprawkę na tureckie wyczucie czasu, o 19.45 przypięłam rower przed dworcem, i zrozumiałam, że jeszcze nie dojechali. Spoko. Zrobiłam sobie rundkę wzdłuż zatłoczonych autobusów przypominając sobie czasy, kiedy było to moje naturalne środowisko. 19:53, dzwonię do K.P., który miał ich przywieźć samochodem.
– Dopiero wychodzimy z domu.
– Przecież nie zdążycie!
– Zdążymy.

Nie muszę mówić, że dojechali o 19:58 i oczywiście zdążyli?
Nie muszę mówić, że to ja byłam zestresowana, a nie oni?
Nie muszę mówić, że powitali mnie tekstem:
– O, zdążyłaś nas pożegnać!

… na co już nie miałam siły odpowiedzieć? ;)
Ponieważ miejsca w tureckich autobusach są zawsze numerowane, ten dylemat odpadł. Rodzinka na spokojnie zapakowała bagaże do luku, pożegnała się z nami i wsiadła do kołującego autobusu zaraz przed równie wyluzowaną obsługą…
Co jak co, ale tego podejścia do życia nie zrozumiem nigdy :) Co prawda nie przyszłabym już na dworzec godzinę przed odjazdem, jak 10 lat temu, ale kurczę, 20 minut wyprzedzenia mogłoby być, no nie?

***

A na koniec mały margines dotyczący samego bloga i mnie osobiście. Otóż. Od jakiegoś czasu dzieją się ze mną rzeczy dziwne, niesłychane i zastanawiające. Kiedy wracam z pracy do domu, największym relaksem jest dla mnie… pobyt w kuchni. Tak, wiem jak to brzmi. I zrobię jeszcze krok dalej: z przerażeniem odkryłam, że ja REALIZUJĘ SIĘ W KUCHNI! Szczególnie przy piekarniku (gotowanie tak mnie nie kręci, wciąż nie umiem zrobić sensownego obiadu). Tłumaczę to sobie tak: prawdopodobnie mój mózg, przeciążony pracą umysłową i turystycznymi stresami, regeneruje się kiedy wykonuję czynności wedle planu. No wiecie: składniki odmierzyć, wymieszać, zostawić do wyrośnięcia, upiec, delektować się rezultatem. Czysta chemia, ciąg przyczynowo-skutkowy, jeśli temperatura będzie nie taka to nie wyjdzie, i koniec! Odkrywanie tych praw chemii i chyba fizyki też (z obu tych przedmiotów miałam dwóje w liceum), jest dla mnie obecnie niezwykle emocjonujące.
Poza tym lubię dobrze zjeść.
I lubię oglądać ładne, estetyczne, kulinarne blogi.
A ponadto – od kilku miesięcy staram się jeść zdrowo, bo po wielu latach rozmaitych dolegliwości zrozumiałam, że to może mieć związek (Eureka!)

I tak dochodzimy do sedna. Zachęcona pozytywnymi komentarzami pod zdjęciami moich, nazwijmy to, „wyrobów”, które prezentuję chociażby na Instagramie, ośmieliłam się stworzyć na blogu nowy dział, nazwany swojsko SKYLAR PRZY GARACH (wolałabym „Skylar je”, ale nie chcę podrabiać tutaj Nigelli).

Bądźcie więc gotowi psychicznie na to, że co jakiś czas, w ramach tej kategorii, publikować będę przepisy i zdjęcia wszelkiego rodzaju jedzenia. Często bez glutenu, często wegetariańskie, często nawet wegańskie – przyczyna jest czysto zdrowotna, ale muszę przyznać że kuchnia „ograniczająca” konkretne składniki jest dla mnie o wiele ciekawsza, zdecydowanie bardziej kreatywna i w dużej mierze dzięki temu pieczenie rozwinęło się u mnie w prawdziwe hobby.
Jeśli będziecie ciekawi, mogę też napisać o mojej diecie, i tym jak wpłynęła na moje zdrowie… obiecuję, że blog nie zmieni swojego profilu i nadal będę pisała w głównej mierze o Turcji i moim życiu tutaj, ale jednak co tu dużo gadać, jedzenie to ważny element życia :)
Zresztą zauważam, że ten – bądź co bądź – zawodowo kiepski sezon ma też paradoksalnie swoje dobre strony. Głowa jest mniej zmęczona, więcej się chce, i pomysłów blogowych jest całkiem sporo. W kolejce czeka jakichś 10 artykułów także w ramach projektu Tur-Tur, jak i innych, w notatniku lista pomysłów na nowe wpisy pęcznieje, a jakby tego było mało wciąż „na bieżąco” tyle się dzieje, że nie wiem o czym pisać najpierw. Myślę więc, że nawet ci, którzy na słowo „wege” albo „gluten” reagują alergicznie (ha, ha), jakoś te gary przeżyją.
Tak czy nie? ;)