ekologia, śmieci, recykling, Turcja

Dzisiejszy wpis zainspirowało wirtualne wydarzenie, które moje znajome z Klubu Polek opublikowały w mediach społecznościowych także mnie zapraszając.

Chodzi mianowicie o akcję „Luty bez foliówek”, czyli coś w rodzaju motywującej kampanii promującej ekologię [tu]. Cel: wyrobienie nawyku korzystania z pudełek, materiałowych torebek podczas zakupów, jak i ogólnie w codziennym funkcjonowaniu, aby ograniczyć ilość życiowych śmieci, które rozkładają się potem przez tysiące lat.

Przyznam szczerze, że od paru już lat temat ograniczania śmieci jest mi bliski. Może przyczyną jest fakt, że mieszkam w Turcji, gdzie podejście do ekologii i zarządzania odpadami kompletnie różni się od tego, do czego przyzwyczaiłam się w Polsce a może to kwestia… wieku? ;)

Od razu mówię, że nie byłam nigdy jakimś mistrzem gospodarowania domowymi śmieciami. Raczej generowałam je przez większość mojego życia całkowicie bezrefleksyjnie. Potem zaczęłam się delikatnie poddawać sugestiom mojej Mamy, która już dość dawno temu zaczęła segregować odpadki, albo recyklingować to, co można. W Polsce od dobrych paru lat jest to stosunkowo proste – wystarczy chcieć. I piszę to z pełną odpowiedzialnością. Wiem, że wielu czytających te słowa chętnie zarzuci mnie argumentami, że Polska tonie w śmieciach, że nasza kultura pod tym względem jest niska, i tak dalej.

Zgodziłabym się, gdybym nie miała porównania z Turcją.
Bo Turcja to pod tym względem katastrofa.

Pamiętam pierwsze zetknięcie z katastrofą. Mój pierwszy rok w Turcji, wybrałam się jako pilot wycieczek na tzw. study tour jeepami po górach w okolicy Alanyi. Góry super, dla mnie totalna nowość, podobały mi się krajobrazy i klimat wsi. Zatrzymaliśmy się na tak zwaną „foto pauzę” – ot, zatoczka przy szutrowej drodze, z widokiem na symbol Alanyi – wzgórze Kale, całe miasto, i bajeczne plaże. Tymczasem pod nogami mieliśmy… „nieoficjalne” wysypisko śmieci. Ni mniej, ni więcej. Uderzyło mnie, że Turcy zachowywali się tak, jakby nie przeszkadzało im to w żaden sposób. Dwa, tak jakby nie zdawali sobie sprawy, że może przeszkadzać to turystom!

Kolejne wycieczki i kolejne zetknięcia z górami śmieci. Na przykład podczas rejsu statkiem – w porcie pływały butelki, resztki jedzenia, chusteczki, pety. Ba, ekipa pracująca na statku na oczach turystów wrzuca jakieś odpadki do morza, ot tak, bez krępacji.
Podobne sytuacje zaobserwowałam jeżdżąc jako pilot na lotnisko. Ile to razy kierowca z którym jechałam wyjmował z paczki ostatniego papierosa (tak, ponad 10 lat temu zdarzało się, że kierowcy palili w autobusie!), po czym kartonik rzucał przez okno na drogę. Podobnie z folią po nowo otwartych fajkach, puszkach po napojach, butelce po wodzie.
Moim łamanym wówczas tureckim próbowałam wytłumaczyć, że tak się nie robi. Kończyło się na tym, że prosiłam kierowców by dawali mi śmieci do ręki, a ja chowałam je do swojej torby i wyrzucałam do kosza przy najbliższej okazji…

Na szczęście Turcja przez tych wiele lat bardzo się zmieniła pod tym względem. Pobocza dróg usiane kiedyś śmieciami zrobiły się dużo czystsze, służby porządkowe robią dobrą robotę. Miasta nabierają ładnego, estetycznego wyglądu, chociaż i w tej kwestii można by polemizować (tureckie przywiązanie do betonu i szkła załamuje, podobnie bezrefleksyjne wycinanie drzew, bo np. „zasłaniają szyld sklepu”). No ale widać jakiś progres.

Za to w temacie produkcji śmieci mam wrażenie, że wciąż jest katastroficznie.

Akcja rozdawania materiałowych toreb w nadmorskiej miejscowości Datça

Kultura foliowej reklamówki

Wystarczy tutaj tylko jeden jedyny przykład, od którego zaczęłam dzisiejszy tekst. Reklamówki na zakupy. W Turcji są po prostu wszędzie. Nie widziałam nigdy i nigdzie papierowych torebek. W sklepach (najbardziej lubianych dyskontach, i nie tylko) cienkie torby foliowe dostaniemy oczywiście bezpłatnie, i tyle ile chcemy. Statystyczny Turek używa podobno 6 plastikowych torebek tygodniowo [info za jednym z ekologicznych tureckich blogów]…

Uprzejmi sprzedawcy powkładają nam przy kasie wszystkie zakupy, najchętniej każdy produkt do osobnej torby. Butelkę wina pakują do dwóch, by się „nie zbiła”. Podobnie jest na bazarach. Bazary, owocowo-warzywne targi, wydawałoby się mogą być ostoją racjonalnego podejścia do tematu. Nic bardziej mylnego.
Przy każdym straganie wisi podczepiona pod plandeką solidna garść foliowych torebek. W Turcji na bazarach towar wybieramy sami, a sprzedawcy nie używają żadnych wiaderek do ważenia, tylko… dają nam do ręki foliową torebkę. Wydaje się to najprostsze, bo z racji niskich cen kupuje się tu zazwyczaj minimum 1-2 kilogramy towaru. Nie widziałam nikogo z materiałowymi torbami… nie, przepraszam, widziałam niemieckich ekspatów w wieku bardziej niż średnim, którzy do swoich toreb pakują… oczywiście foliowe torebki.

Co w przypadku, gdy kupujemy coś na sztukę? Już spieszę tłumaczyć na przykładzie stanowiska z zieleniną. Gdy kupuję główkę sałaty, po pęczku mięty, zielonej cebulki i do tego rukolę, każdy produkt sprzedawca wkłada mi do osobnego woreczka. Jeśli będę czujna i poproszę by wszystko włożono mi do jednej torby, faktycznie tak się dzieje, a potem… i tak dostaję jeszcze jedną sztukę, „żeby się nie urwało”!

Aby to choć trochę ograniczyć, ja sama już niemal wszędzie klepię taką oto formułkę: „Lütfen poşete koymaınız. Poşet var bende” – Proszę nie wkładać do torby. Mam swoją. Wiem, że zostaję w tym momencie zaliczona do tych „dziwnych obcokrajowców”, ale w sumie… i tak jestem w tej grupie ;)

Ostatnio odbyłam taki oto dialog w jednym z dyskontów, kiedy pakowałam zakupy do materiałowej torby (wszystkie, o zgrozo, do jednej!)

Sprzedawczyni: – Dlaczego używasz tej torby?
Ja: – Bo foliowe są szkodliwe dla środowiska. Poza tym w domu mam już ich chyba tysiąc ;)
Sprzedawczyni: Aha… pytam, bo zobaczyłam na karcie płatniczej, że jesteś cudzoziemką. Widzę, że tylko cudzoziemcy tak robią.

Dialog toczył się dokładnie pod plakatem markowanym przez sam dyskont, głoszącym „Nie używaj foliowych reklamówek bez powodu”. Ot, taka ironia.

Tak na marginesie ten właśnie dyskont, najpopularniejszy i najtańszy turecki market, przyczynił się do stworzenia czegoś w rodzaju kulturowej ikony. Jest nią foliowa torebka z logo sklepu. Utarło się wszystko, po prostu wszystko do nich pakować. Podobnie więc jak Niemców w podróżach po świecie identyfikuje materiałowa torba ze sklepu Aldi, Turków za granicą można rozpoznać po foliówce z BIM-a. W social mediach niepozorna foliówka robi furorę, a turecka młodzież umieszcza w internecie takie choćby zdjęcia:

Torebka z BIM-u w Pizie, a raczej Piza w BIM-ie :)

Bowiem folia jest tutaj najlepszym przyjacielem człowieka. Owszem, w niektórych sklepach można zakupić materiałowe torby na zakupy z podnoszącymi na duchu ekologicznymi hasłami ale… nie cieszą się zbytnim powodzeniem.
Nawet gdy kilkuletni dzieciak kupuje w sklepie samoobsługowym dwa czekoladowe batoniki które przecież za chwilę zje, i tak pani zapakuje mu je w darmową reklamówkę. Takie dziecko nie nauczone świadomości w temacie (od kogo miałoby się nauczyć?) wyjmuje następnie batoniki a reklamówkę… rzuca na chodnik – przykład drastyczny, niestety widziany przeze mnie wielokrotnie.

Inna sprawa, że na tureckich ulicach dobrych parę lat temu NIE BYŁO KOSZY NA ŚMIECI. Albo raczej… trudno było je znaleźć. Kiedy pytałam znajomych dlaczego, tłumaczyli mi, że niegdyś terroryści bomby wkładali właśnie do nich. Faktycznie przez jakiś czas była moda na obrzydliwe obręcze, na których mocowano same worki na śmieci. Od jakiegoś czasu „wróciły” standardowe kosze – na szczęście bomby w śmieciach nie.

A co ze śmieciami?

Jak widzicie, nawet nie wspomniałam jeszcze o segregacji odpadów. To w ogóle abstrakcja. Owszem, takie wielkie kontenery podzielone według rodzaju śmiecia w moim mieście stoją. Jest ich niewiele na, bagatela, prawie 300-tysięczne miasto, ale służby umieszczają coraz więcej.

Jednak niestety nie wyglądają na nadmiernie używane, bo nie problem w ogólnej polityce rządzących, która jest coraz częściej poprawna i budząca nadzieję, ale podejściu zwykłego, tzw. szarego człowieka.

Kontenery na posegregowane śmieci w Alanyi

Bowiem w ostatnich latach w Turcji od strony formalnej coś się pomalutku, delikatnie zmienia, ale zapewne – jak to przy dużych zmianach – potrzebne będzie dużo czasu na to, by zmiana została przyswojona. Zapewne to czas który upłynie przy wychowywaniu kolejnego pokolenia Turków.

Organizowane są m.in. akcje rozdawania materiałowych toreb, pojawiają się petycje wnoszące o zakaz bezpłatnego rozdawania plastikowych worków (Turcja jako kraj spoza UE wciąż tym zakazem nie jest objęta), coraz więcej Turków mówi o ekologii.
Miasta naprawdę się starają i wydają spore pieniądze z budżetu na promocję środowiska (zapewne jest to budżet wspomagany pieniędzmi z Unii – Turcji jako „kraj trzeci” i oficjalnie kandydujący, takie wsparcie przysługuje).
W Alanyi jest specjalna i całkiem zgrabna strona internetowa: http://geridonusum.alanya.bel.tr/ (geri dönüşüm to odpowiednik słowa „recykling”), gdzie podawane są statystyki, pomysły na gospodarowanie odpadami, terminy szkoleń (głównie w szkołach podstawowych, i słusznie), umieszczane są harmonogramy zbierania śmieci z kontenerów w mieście.

Jednak istotę podejścia przeciętnego Turka do tematu segregacji śmieci podsumowuje dialog, który prowadziłam ze dwa miesiące temu na lotnisku. Były tam małe pojemniki podzielone na „papier”, „plastik” i „inne”. Miałam szklaną butelkę po soku, zapytałam zatem ochroniarza do którego pojemnika wrzucić szkło?

Spojrzał na mnie zaskoczony:
– Do obojętnie którego, to nie ma znaczenia.

Kurtyna.

Promocja recyklingu przez Centrum Kultury w Alanyi