O czym innym pisać, jak temat pilkarskich Mistrzostw Europy ciągle wydaje się być najważniejszy? I to nie z powodu samego futbolu, ale raczej atmosfery i emocji, jakie wzbudza. Jak wspominałam wcześniej w Turcji piłka nożna jest sprawą wagi najwyższej. Wystarczy nadmienić, że kiedy spotyka się dwóch tureckich facetów (a tym bardziej, jeśli spotka się ich więcej), aby się poznać pytają się o 2 sprawy:
1. Skąd się pochodzi (Turcja jest ogromna, więc bycie czyimś ziomkiem bardzo dużo znaczy), oraz:
2. Jakiemu klubowi się kibicuje (czy Galatasaray, czy Fenerbahce, czy może Besiktas).
Czasami w takich pierwszych rozmowach zapoznawczych pojawia się też pytanie gdzie kolega odbywał służbę wojskową, ale to już temat na inną notkę ;)

Ostatni mecz Turcja-Chorwacja oglądaliśmy w dyskotece wyposażonej w duży telebim. Wcześniej, od godzin popołudniowych po mieście jeździły trąbiące (oczywiście) i obwieszone (oczywiście) flagami samochody/motory. W każdym oknie flaga, na ulicach nieograniczone ilości czerwono-białych balonów. Przed samym meczem w porcie rozbrzmiewała kakofonia piłkarskich piosenek włączonych na cały regulator w każdej dyskotece czy restauracji. Trzeba przyznać, że atmosfera była świąteczna – Turcy umieją się bawić takimi wydarzeniami. A sam mecz? Szczerze przyznam, że w porównaniu do poprzednich trochę się nudziłam (a nawet – uwaga – przysypiałam). Za to końcówka meczu wynagrodziła wszystko… kto oglądał, ten wie. Warto dodać, że kiedy Chorwaci strzelili Turkom bramkę w ostatnich minutach, większość po prostu OPUŚCIŁA LOKAL – wyszli natychmiast, bez oglądania się, najwyraźniej uznając mecz za zakończony. Uważam takie zachowanie za skandaliczne :) a na pewno w kontekście mocno zaznaczanego na co dzień patriotyzmu/nacjonalizmu… tym śmieszniej było, kiedy po 2 minutach wszyscy ci uciekinierzy powrócili w tempie ekspresowym bo Turcja, w którą tak zwątpili, strzeliła bramkę Chorwatom :) Nie muszę dodawać, jak komicznie to wyglądało…
A potem była dogrywka, i rzuty karne, przerywane trąbieniem, piszczeniem, gwizdaniem, wskakiwaniem na stoły, paleniem rac, powiewaniem flagami, tańczeniem, skandowaniem i śpiewaniem. Nigdy w życiu nie uczestniczyłam w tak radosnym zamieszaniu, jakie miało miejsce po meczu – cała Alanya (i cała Turcja) zrobiła się karnawałowa i czerwono-biała. Świętowanie zwycięstwa trwało do rana, w telewizorach powtarzano najważniejsze momenty meczu, a ulicami przetaczały się procesje oszalałych z radości Turków. Oj, było co oglądać – z wrażenia wyczerpała mi się bateria w aparacie…
Nadrobię dzisiaj, podczas historycznego i niezwykle doniosłego (w każdym sensie) pojedynku z Niemcami. Od rana czuć już takie mrowienie w mieście. Flagi, plakaty: „U nas możesz obejrzeć mecz”. Uliczni sprzedawcy flag robią niezły interes. Każdy najmniejszy skuterek czy rower odpowiednio przyozdobiony. W każdym sklepie do kupienia koszulki z napisem „Turcja” w rozmaitych wersjach. Wszyscy mówią o meczu. I to nie tylko panowie, ale też dziewczyny. Moje tureckie koleżanki dopinają najdrobniejsze szczegóły stroju („Jak myślisz, powinnam kupić białą koszulkę z czerwonym napisem czy czerwoną z białym?”) i makijażu (malowane księżyce i gwiazdy na policzkach). Ja sama od rana nie myślę o niczym innym jak tylko MECZ…

Idę znów do dyskoteki z tym wielkim ekranem i całą bandą tureckich znajomych. Obiecuję Szanownym Czytelnikom po meczu rzetelną foto-relację z jeszcze większego niż poprzednio karnawału; bo w to, że wygra Turcja, nie wątpię ani przez chwilę (cóż, sturczyłam się do cna) ;)

ps. Na marginesie dodam, że dzięki niniejszemu blogowi coraz rzadziej jestem anonimowa, przeciwnie; jeszcze trochę i stanę się osobą publiczną :) Do czego to doszło, żeby tyle osób przyjeżdżających do Turcji mówiło „Ja panią znam z bloga” :) I to nie tylko turyści (co i tak jest niezłym szokiem, oczywiście bardzo pozytywnym), ale nawet współpracownicy! Cóż, chyba nadchodzi moje 15 minut sławy… może ktoś chce przeprowadzić ze mną wywiad? :)