[Newsy z blogowego konkursu: aby przejść do finału, potrzebuję się dostać do pierwszej 10-tki. Jestem aktualnie na 13., konkurs trwa do czwartku godz.12. Wszelkie głosy mile widziane :)))]

Przygotowując się do wyjazdu do Turcji odkurzam stare notatki i odwiedzam ulubione strony w internecie, żeby trochę rozwinąć mój turecki. Niestety w nauce tego języka osiągnęłam taki etap, że porozumiewanie się idzie mi całkiem nieźle – nawet jeśli z błędami – po prostu się dogaduję (na tematy zarówno ważne jak i całkiem błahe). „Niestety” – bo osłabia to moją motywację do dalszej nauki… do perfekcji opanowałam wszystkie przerywniki i najczęściej używane formy grzecznościowe, co pozwala mi czuć się dobrze, i tak sobie w tym „dobrze” tkwić. Robię wrażenie na polskich koleżankach, dogadując się ze sprzedawcami i współpracownikami (co tym samym generuje wielkie problemy; znajomość tureckiego = próby podrywu, ot, taki wabik). Robię wrażenie na znajomych, rozmawiając z moim chłopakiem tylko i wyłącznie po turecku… Dość tego! Dość pławienia się w samozachwycie. Mnóstwo mi jeszcze brakuje, a kiedy znajdę się w grupie tylko Turków i Turczynek od razu przestaję być wygadana, ba ciężko mi wydusić z siebie choćby zdanie :)

Aby zmobilizować siebie (i innych opornych) – niniejsza notka :)
(Tak, istnieją maniacy, który naprawdę lubią brzmienie tureckiego i uważają go za wspaniały, bogaty i pełen niespodzianek język, do których i ja się zaliczam).

Jak zacząć?

1. Największym problemem jest oczywiście angielski (tudzież inny język obcy). Im lepiej znamy angielski, tym mniejszą mamy motywację. Wiadomo – po angielsku powie się coś bez wysiłku, a po turecku dukamy, dukamy, dukamy, a odbiorca i tak nic nie zrozumie (tak, ten uśmiech i kręcenie głową oznacza brak zrozumienia, o co ci w ogóle człowieku chodzi). Warunkiem jest przezwyciężenie naturalnego lęku i rezygnacja z innych języków obcych. Nie jest to łatwe; w Turcji da się dogadać ZAWSZE I WSZĘDZIE, niezależnie czy jest to rosyjski, duński, francuski czy język ciała – Turcy jako południowcy są po prostu komunikatywni. Trzeba zaznaczyć, że wielu mieszkających w Turcji na stałe obcokrajowców nie zna tureckiego poza pojedynczymi słowami. Siła przyzwyczajenia, no i zrozumiała wygoda. Cóż, trudno, jeśli nam zależy, zignorujmy nasze dyplomy i certyfikaty i przestawmy się na turecki.
Ja sama miałam „szczęście”, że przyjeżdżając do Turcji po raz pierwszy znałam angielski biernie, dość słabo. Po pierwszych oporach zanurzyłam się w lokalnej mowie i to było najlepszym początkiem.

2. Czytałam kiedyś mądrą uwagę, że do tureckiego potrzeba specjalnego podejścia, „ucha”. Można opanować biegle słówka i gramatykę, ale trzeba się wczuć w jego melodię, specyfikę, żeby naprawdę dobrze nim mówić. Dlatego warto mieć radar nastawiony na wszystkie przerywniki, powtarzające się formułki grzecznościowe, tytuły, którymi Turcy szafują bez opamiętania. Dla przykładu przypominam starą (ale nadal aktualną) notkę „Podstawy tureckiego”.
Słowniczek w niej zawarty sprawił się doskonale w przypadku moich znajomych, którzy odwiedzili Turcję. Dzięki umiejętnemu stosowaniu dosłownie kilkunastu słówek zyskali sobie miano „spoko gości” :)

3. Notowanie i pisanie jest ważne, jeśli nie chcemy aby nasze zaczątki znajomości języka uleciały w nieokreśloną przestrzeń. Przez pierwsze 2 sezony pracy w Turcji nie rozstawałam się ze specjalnym zeszycikiem, w którym notowałam kolejne nowe słówka, najpierw zapisywane fonetycznie, a potem już prawidłowo. Do dziś mam ten zeszycik, czasem z niego korzystam i dostaję napadu śmiechu, kiedy widzę kulawo pisane zdanka w rodzaju „Bu akşam ne yapıyorsun?” [Co robisz wieczorem] :)

4. Turcy są bardzo życzliwi w stosunku do osób, które usiłują mówić ich językiem. Co zresztą chyba naturalne dla wszystkich narodów świata :) Dlatego nie ma co się obawiać. Nawet jeśli rozmówca nas nie zrozumie, nie będzie to problemem; machnie ręką i wróci do swoich obowiązków. Żartuję; nie będzie tak źle. Gorzej, jeśli to my nie zrozumiemy tego, co powiedział rozmówca – większość komunikując się z obcokrajowcami używa zaawansowanych trybów, czasów i form; jest im ciężko przestawić się na styl: „Kali jeść” – ale próbujmy. Może w końcu się nauczą.

5. Oczywiście nie każdy ma możliwość przebywania wśród Turków więcej niż 2 tygodnie wakacji w roku; chociaż wiadomo, że to najlepsza metoda nauki języka. Nie szkodzi; w zastępstwie mamy dwie wydatne pomoce: muzykę i internet. Muzyka praktycznie w 99% jest wykonywana po turecku, w piosenkach pop występują wciąż te same treści (miłość, tęsknota, odrzucenie, smutek i łzy) – dlatego łatwo rozpracować chociaż pojedyncze słówka i zdanka samą tylko metodą powtórzeń.
W internecie jest pełno Turków, szczególnie w zimie, kiedy cała zgraja pracowników turystycznych ma wolne. Można używać komunikatorów, można czatów, forów – wszędzie jest okazja, by z nimi porozmawiać (a panie przekonają się o tym, że często to Turcy będą je zaczepiali w poszukiwaniu swojej Miłości). W rozmowie wydatnie przydaje się słowniczek on-line, działający bardzo sprawnie, dzięki czemu dyskusja nie straci swojej płynności…

No i są też serwisy do nauki (po angielsku):
Serwis Princeton
Wszystko o tureckich sufiksach
Practical turkish 1
Practical turkish 2
Zbiór linków na Facebooku
Turkish class
Cromwell
Podstawy gramatyki
Totally turkish

Strona z filmikami do nauki rozumienia ze słuchu

Przysłowia tureckie

Można też uczyć się przez Skype’a

A tu pomocne strony po polsku:
Informacje o tureckim
Blog turkolożki

6. Na zakończenie, aby troszkę ostudzić to turkologiczne szaleństwo mała anegdotka wybitnie pokazujące, że tureckiego czasem znać nie warto, szczególnie jeśli się jest niewiastą… Dlaczego?
Zostałam w ubiegłym roku zatrzymana wraz z chłopakiem (coś za często się tu pojawia, dajmy mu od teraz kryptonim Król Pomarańczy) przez policję. Ot, standardowa kontrola dokumentów, wiz i pozwoleń. Kiedy okazało się, że Skylar „świetnie po turecku mówi”, panowie wzmogli czujność i jeszcze dokładniej zaczęli się przypatrywać stempelkom i wizom, a potem puścili obwieszczając, że odwiedzą szefa mojego tureckiego biura sprawdzić, czy aby na pewno tam pracuję. Jakie było moje zdziwienie, kiedy szef po ich wizycie poinformował mnie ze śmiechem, że zostałam wzięta za… tak, dokładnie – panią lekkich obyczajów. „Bo tak dobrze znałaś turecki, no i nie byłaś sama…” – tłumaczył szef. Kto mnie zna, wie, jak bardzo śmiesznie brzmi taki zarzut kierowany do mnie, cóż… prostytucja w wydaniu wschodnioeuropejskim jest w rejonach turystycznych (i nie tylko) dość dobrze znana.

Jak widać czasami warto mówić tylko po angielsku.