Nadal ganiam. Co przy ciągle rosnącej temperaturze nie jest wcale takie przyjemne, także nie ma co mi zazdrościć „słoneczka”. To nie słoneczko, to żar lejący się z nieba. Wystarczy godzinę spacerować w pełnym słońcu, by dorobić się spieczonej skóry i spocić się jak mysz. Nic przyjemnego, zaręczam. Oczywiście turyści nie mogą się nacieszyć – ale oni mają klimatyzowane pokoje w hotelach, baseny w których mogą się pluskać i plażę parę metrów dalej. No i te chłodne drinki w systemie all inclusive.

Ja w pokoju mam wentylator – nawet się sprawdza. W salonie klimatyzacja, która oczywiście nie daje rady schłodzić całego mieszkania – ale próbujemy, wraz z moją współlokatorką Słowaczką. Zresztą tylko czasem, bo ciągle nie ma nas w domu, a poza tym klima nie jest jednak zbyt zdrowa…
Nie pamiętam kiedy byłam na plaży – ale nie ma co tam iść, piasek parzy w stopy.

Ganiam, ganiam, ganiam. Od upałów ciągle chce się spać. Czy rano, czy południe, czy wieczór – padamy na łóżka i zasypiamy w kilka sekund. Wciąż za mało i nie wystarcza. Brakuje też wolnych dni – ale te, mam nadzieję, odrobimy po sezonie w nadmiarze. No, może też wcześniej niż po sezonie. Insallah.

Obiecuje w weekend coś wreszcie konkretnego napisać. Zbieram siły. Najpierw popracuję, potem będę usiłowała się wyspać. A potem siądę, i napiszę.
Chociaż najchętniej uciekłabym na wakacje do Polski. Z Królem Pomarańczy pod rękę. Do chłodnej Polski, gdzie są najpiękniejsze plaże na świecie, najlepszy chleb i najkochańsi ludzie. No nie?