Środa wieczór. Wyskakuję do pobliskiego supermarketu kupić coś na kolację. W markecie pustawo, tylko ja, dwie inne panie, sprzedawcy i turecka rodzinka. Skład rodzinki przedstawia się następująco: mama, tata, dwójka dzieci, z czego jedno właśnie wydostało się z wózka. Dzieci biegają po całym sklepie, wrzeszcząc „Anne, anne!” (mamo, mamo) i wybierając z półek rozmaite przedmioty, a potem rzucając je na ziemię. Mama patrzy na nie z miłością i nie reaguje.
Próbuję się przecisnąć przez alejkę zastawioną dziecięcym wózkiem (wózek zresztą wyładowany po brzegi wielkimi pojemnikami jogurtu i oliwy z oliwek; Turcy bardzo lubią kupować wszystko „na zapas”, jakby nagle miało się skończyć). Matka nie reaguje, ojciec tym bardziej nie reaguje. Potem próbuję przecisnąć się pomiędzy dziećmi (głowa mi puchnie, mam wrażenie że jest ich dziesiątka, a nie dwójka).
Decyduję ukrócić zakupy i uciec ze sklepu, po którym dzieci nadal szaleją, jakby to był conajmniej plac zabaw lub przedszkole.

Tak, zdecydowanie ten drobny epizod przypomniał mi, jak bardzo nie rozumiem tureckiego wychowywania dzieci i samych tureckich dzieci. Co z tego, że są śliczne (trzeba przyznać, że tak). Według mnie rozpuszczone do granic możliwości.

Opisuję powyższą sytuację z marketu zaprzyjaźnionym Polakom:
– Uch, co za rozwydrzone bachory – komentują – matka nie nauczyła, że między ludźmi należy się zachowywać w określony sposób.

Opisuję powyższą sytuację zaprzyjaźnionym Turkom:
– Ojej, nie przesadzaj – patrzą na mnie, jakbym postradała rozum – przecież to dzieci! To normalne, że mają mnóstwo energii.

Ot, kolejna różnica kulturowa…

W rodzinach tureckich „starego typu” zawsze było dużo dzieci. To taki rodzaj zabezpieczenia na przyszłość – wiadomo, że zajmą się rodzicami czy sobą nawzajem, jak zajdzie taka potrzeba. To oczywiste. Ale w czasie, kiedy wszystkie one są jeszcze małe, wychowanie odbywa się poprzez kompletny brak wychowania. Z jednej strony rozumiem, że biednej matce, która ma na głowie cały dom, ciężko upilnować tylu potomków. Z drugiej strony puszcza się je samopas, uważając, że skoro to dzieci, to normalne, że biegają jak oszalałe i wrzeszczą, jakby ktoś robił im krzywdę.
Jest takie tureckie powiedzenie „Dzieci są owocami domu” – piękne, zgadzam się. Ale uprawniające jednocześnie do bezgranicznego zachwytu i braku jakichś sensownych wychowawczych zasad.

Przyjeżdżający do Turcji Polacy często zadają mi pytanie o dzieci. Czują się dziwnie, kiedy ich własne (prywatne!) pociechy chwytane są w ramiona, całowane i obściskiwane przez obcych. I to nie tylko kobiety – ale także przez mężczyzn…
W Europie wszyscy jesteśmy wobec siebie podejrzliwi. Od razu przed naszymi oczami przewijają się historie o zboczeńcach, pedofilach, wykorzystywaniu dzieci. Ciężko przestawić się nagle na tutejszą obyczajowość.

A tutaj się po prostu dzieci ubóstwia. A skoro ubóstwia, to się wyraża. Jak można się nie zachwycić blondwłosym niebieskookim bobaskiem? Tu, na południu, gdzie większość ludzi od niemowlęctwa ma czarne brwi, czarne włosy, brązowe oczy?

Lokalne dzieciaki są przyzwyczajone do tego obściskiwania. Od momentu urodzenia wszyscy wciąż biorą je na ręce, wycałowują (zarośniętymi gębami) po twarzy, nie zwracając uwagi na to, czy ręce są umyte (oh, nasze biedne polskie uczulone na wszystko maleństwa!). Potem dorastając wystarczy wyjść z mamą na ulicę, a co któraś osoba zatrzymuje się, gruchocze słodko, mierzwi rosnące włosy. Nikt się nie boi, nikt nie ucieka – nie ma po co.

Idźmy dalej; dziecko dorasta. Chłopak lubi auta? Sadza się go sobie na kolanach za kierownicą i jedzie samochodem, niech mały zobaczy jak się prowadzi (Europejczyk trzęsie się: a gdzie fotelik? Gdzie pasy?!). Dziecko sadowi się na motorze, niech się uczy! Bardziej nowocześni mama i tata idą do kawiarni czy pubu? Dziecko idzie z nimi, a kiedy się znudzi (bieganiem pomiędzy stolikami) zasypia spokojnie na krzesełku, w hałasie i tłumie. Rodzice pracują? Wynajmuje się opiekunkę, nie ma się co trząść.

Młode ma braci? No to jest komu przynosić, wynosić, zamiatać (wiadomo, że w rodzinie najmłodszy jest od usługiwania starszym, i nikt nie uważa tego za niesprawiedliwe; starszy kiedyś pomoże młodszemu, taka jest naturalna kolej rzeczy). Mieszka na wsi? Wysyła się go w pole ze wszystkimi, przecież nie będzie siedział w domu!

Puszcza się maluchy przed dom – dopóki nie alarmuje nas z okolicy jakiś podejrzany wrzask, niech się bawią (granie w piłkę na ulicy, jeżdżenie rowerem, co tam – dadzą sobie radę). Matki najwyraźniej nauczyły się ignorować rozpaczliwe „Anne! Anne” (wiem co mówię, kiedyś cały sezon słyszałam te krzyki spod domu obok).

Pewnie dlatego z takich wychowywanych bezstresowo, wyściskanych, wycałowanych, zaczepianych, hałaśliwych, pobrudzonych i zakurzonych dzieci wyrastają potem nadmiernie pewni siebie i odporni na wszstko Turcy i Turczynki. Uważający nierzadko, że są po prostu idealni, a jeśli coś im nie wychodzi, to z pewnością wina innych.

Co prawda pomiędzy jednym etapem a drugim mamy jeszcze okres dojrzewania. Który, żeby nie przesadzić, zaczyna się w wieku nastoletnim a kończy gdzieś po trzydziestce. Dlaczego tak długo?

No cóż, wracamy do kwestii szacunku dla starszych. Rodziców się słucha. Robi się tak, jak rodzice każą. Bo starszy ma rację. Wyzwolić z tego stanu może dopiero małżeństwo. A i to nie zawsze…

Szczęściarze, którzy w wieku dojrzewania mieli możliwość wyrwania się na studia (często tylko najstarsi; na ich kształcenie starczyło rodzinie pieniędzy). Jak się tylko ucieknie z rodzinnej wioski/miasteczka na studia, to hulaj dusza!
Ale tutaj wchodzimy już w zupełnie inny temat zatytułowany: Turecka hipokryzja… o którym innym razem :)

Zupełnie inaczej mają tacy, którzy wychowywali się w rodzinach „nowego typu” (powiedzmy, zeuropeizowanych). Rodziny tego typu widać w parkach podczas słonecznych dni: Tata z wózkiem, tata bujający dziecko na huśtawce (mama zajęta ploteczkami albo poszła na manicure), mama i tata z dzieckiem na spacerku, spokój, troska, równa opieka obojga rodziców. Aż się ma ochotę robić seriami zdjęcia i pokazywać w Polsce, jako kolejny temat, w którym Turcy nas przegonili.