Temat długo czekał na omówienie na łamach tego bloga. Przemykał dotychczas w niektórych tekstach, tak ledwo ledwo, niezauważenie, na marginesie. No, nie owijajmy w bawełnę – po prostu obawiałam się pisania o tureckiej hipokryzji. Podejrzewam, że niezależnie od tego, co bym napisała, już za sam tytuł dostałabym od „Prawdziwych Turków” tak zwane… bęcki. Dlatego piszę ten tekst będąc w Polsce, w bezpiecznej odległości :)

Tli się we mnie nadzieja, że oprócz „Prawdziwych” są jeszcze normalni Turcy, nie bojący się przyznać do swoich wad i przywar. Taaak – są na pewno tylko nie mówią tego głośno. W duchu… tureckiej hipokryzji właśnie.

Definicja w Wikipedii zdaje się ujmować istotę rzeczy: link
Jak wszystko, hipokryzja ma wiele odmian. Od najlżejszej, do takiej, z którą pogodzić się ciężko nam, wychowanym nieco inaczej.

Mój pierwszy sezon w Turcji. Turcy z pracy płci obojga – niezwykle ciepli, przyjaźni, sympatyczni. Cieszę się, że mam tylu przyjaciół! Wszyscy niemalże noszą mnie na rękach, obrzucają mnie komplementami! Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Jak tu nie wracać do tak wspaniałych ludzi?

Turcy bez opamiętania szafują słowami „przyjaciel”, „zaufany”, „najważniejszy”. Niekoniecznie musimy kogoś lubić, żeby obsypywać go komplementami, tytułami „kwiateczek”, „piękność”, „serce”. Tak jest milej, weselej, przyjemniej. Poza tym, jeśli będziemy po stokroć powtarzać znajomej, że taka jest wspaniała, że tak ją uwielbiamy, a nuż pomoże nam potem wyśledzić byłego chłopaka?
Po co zdradzać się z tym, że nie możemy na daną osobę patrzeć, po co przyznawać, że ona nas mierzi, działa nam na nerwy, drażni? Nie warto psuć atmosfery… prawda kwiatuszku?

Turcy kłamią na potęgę. Sami te drobne kłamstewka, które „nikomu nie szkodzą”, tylko po prostu czynią rzeczywistośc łatwiej przyswajalną, nazywają pembe yalan (różowe kłamstwa). W rzeczywistości przejawiają się one niemal w każdym aspekcie życia. Począwszy od okresu nastoletniego kłamie się rodzicom na temat przyjaciół, chłopców i tego, co robiło się w szkole i po szkole. Potem kłamie się w dorosłym świecie, unikając stawania twarzą w twarz z wydarzeniami bolesnymi, przykrymi, niewygodnymi. Kłamie się w pracy, w biznesach, interesach. Kłamie się narzeczonym, żonom, mężom. Kłamie się znajomym, że nie ma nas w domu, nie ma nas w mieście, że rozładował nam się telefon… i tak dalej.

Istotą jest zamiana komunikatu negatywnego na pozytywny. Nieważne, że niezgodny z prawdą.

Zamiast:
– Nie mam ochoty się z Tobą spotkać.
Jest:
– Zadzwonię jutro! (a potem nie dzwonienie)

Zamiast:
– Nie mogę ci pożyczyć pieniędzy
Jest:
– W porządku (a potem nie odbieranie telefonu)

Zamiast:
– Nie mamy dla was pokoi w hotelu.
Jest:
– Poczekajcie pół godziny (granie na zwłokę)

Zamiast:
– Zupełnie się z tobą nie zgadzam.
Jest:
– Uhmmm uhmmmm. No ale opowiadaj, co słychać?

Zamiast:
– Jestem zajęty, a w ogóle właśnie oglądam pasjonujący film.
Jest:
– Jasne, wpadnij! Już nastawiam herbatę!

Turcy są do różowych kłamstewek tak przyzwyczajeni, że tworzą je i wypowiadają bezwiednie. W końcu już od dziecka, a bardziej od okresu nastoletniego muszą wciąż udawać kogoś innego tak aby nie narazić się na krytykę. Zresztą często problem zaczyna się od rodziców. Nie wypada im się sprzeciwić, nie wypada podważyć ich autorytetu (mam tu na myśli mniej lub bardziej tradycyjne rodziny, oczywiście). Paradoksalnie miłość i szacunek wyraża się właśnie w ten sposób. Dlatego młodzież przyzwyczaja się, aby rodzicom grzecznie przytakiwać – a na boku robić swoje. Najważniejsze, żeby się nie zorientowali.
Czymś co szczególnie mnie uderzyło jako charakterystyczny przejaw hipokryzji jest zjawisko „chodzenia ze sobą” czy też „mieszkania razem”. Występuje nagminnie – tj. pary zachowują się jak znane nam, europejskie. Z jedną niewielką różnicą… rodzice na ogół niczego nie są świadomi. Dziewczyna oficjalnie mieszka z koleżankami, chłopak z kolegami. Kiedy mamie czy tacie zechce się odwiedzić pociechę, naprędce usuwa się z mieszkania ukochaną/ukochanego wraz z wszelkimi demaskującymi dowodami, jak pianki do golenia, buty i tym podobne. Dotyczy to nawet osób „grubo” po dwudziestce.

Z hipokryzją turecką mamy też do czynienia, jak wspomniałam, w pracy. Raz miałam z tego powodu wręcz poważne załamanie w mojej niezwykle oszałamiającej „karierze”… a wystarczyłoby powiedzieć wprost, że sytuacja nie jest zadowalająca. Poinformować, że ma się zamiar podjąć odpowiednie działania. O ile życie byłoby prostsze!
Niestety najczęściej dowiadujemy się o tym ostatni. I to od osób trzecich.

Wiąże się to ze skłonnością Turków do odwlekania momentu powiedzenia bolesnej prawdy… tak długo, jak to możliwe. Tak jakby bali się sprawić komuś przykrość, ból – znany jest na przykład organiczny wręcz strach mężczyzn przed łzami kobiet. Czują się bowiem od razu winni, jakby to oni je skrzywdzili (i pewnie nierzadko słusznie :)) !

Dlatego generalnie Turcy czekają do ostatniej sekundy, kiedy już nic nie da się zrobić. Wtedy zmuszeni sytuacją umawiają się z delikwentem na herbatkę, rozmawiają pół godziny o rzeczach niezwykle nieistotnych, a na końcu ociągając się, z wyraźną niechęcią – wyjawiają powód spotkania (np. nie zamierzam już z Panem współpracować, czy zwalniam cię).

Turecka hipokryzja przejawia się też oczywiście w niechęci do bycia innym. Jeśli w rodzinie zdarzyło się coś „nietypowego” (na przykład pozamałżeńskie dziecko), zamiata się sprawę pod dywan, bo przecież „co ludzie powiedzą?”. Oczywiście z czasem otoczenie się domyśli, wysnuje wnioski, będzie wiedzieć. Ale my uparcie udajemy, że wszystko jest w najlepszym porządku. Ba, wręcz sami nabieramy przekonania, że nasza wersja wydarzeń jest jedyną słuszną. Nie naruszamy społecznego tabu.

Wywrotowe poglądy?

Najlepiej nie chwalić się nimi publicznie. Nawet nie w pracy, nie na kawie ze znajomymi. Wszyscy spojrzą na nas dziwnie – z choinki się urwaliśmy?
Powyższe przetestowałam jako cudzoziemka. Mnie, jako cudzoziemce, więcej wypada. Zawsze można powiedzieć, wytłumaczyć, załagodzić, po prostu nie jestem „stąd”, jestem yabancı. Obca.

Ale Turkom?
Wszyscy muszą kochać Ataturka. Więc kochają. Zresztą spróbowaliby nie! – krytykom pierwszego prezydenta Republiki grozi więzienie.
Wszyscy są fanami armii jako strażnika laickości państwa. Spróbowaliby nie – nazwani by zostali zacofanymi islamistami i zwolennikami szariatu :)

Oczywiście powyższe nie tyczy się nowoczesnych środowisk wielkomiejskich, artystycznej bohemy, ludzi niezależnych, wykształconych, twórczych albo po prostu popularnych – im więcej wolno, tak jak cudzoziemcom. Takie osoby przecież funkcjonują dzięki różnorodności. Kiedy transwestyta Bulent Ersoy powiedział, że swojego syna nigdy nie posłałby do tureckiej armii, w kraju niemalże zawrzało… a potem wspaniałomyślnie wybaczono. Bo komuś, kto zmienił płeć, wybaczyć można więcej, niż normalnemu zjadaczowi chleba…

Więc Turcy się boją. Wychylić. Powiedzieć coś niewygodnego, innego, oryginalnego. Owszem, mówią – ale w kuluarach, w czterech ścianach, w pewnym otoczeniu. Zwierzają się z błyskiem w oku, opowiadają, krytykują, denerwują się. To dlatego niektórzy Turcy tak bardzo lubią nas, cudzoziemców. Widzą, że nas nie przerażają tematy „pod prąd”, wręcz sami je prowokujemy. Mogą trochę odpuścić, odłożyć maski, na chwilę pomyśleć o tym, co naprawdę sądzą na dany temat. Mogą być sobą, normalnymi, niedoskonałymi osobami. Przedstawicielami równie niedoskonałego narodu.

Rozmawiamy, dyskutujemy. A potem… dzwoni telefon. Jeden sygnał, drugi, trzeci. Nie odbierają. Albo ściszają dzwonek.
– Kto to? Pytamy zafrapowani.
– A, jeden taki. Obiecałem mu pożyczkę/spotkanie ale nie mam pieniędzy/ochoty.