Nie wiadomo jak i kiedy skończył się kwiecień… oficjalnie zaczął się sezon letni. Jakoś w tym roku dużo wcześniej, choć pogoda nam nie sprzyjała. Ostatnich kilka tygodni to taka… polska pogoda. Czasem słońce, czasem deszcz. I pierwsi turyści, trochę zbici z tropu. Pewnie nie tak to sobie wyobrażali.

Na szczęście (odpukać) od wczoraj panuje już prawdziwie alanijskie ciepełko, a ilość plażowiczów gwałtownie wzrosła. Oczywiście ja, jak to ja – nadal chodzę w długich spodniach a na plaży byłam tylko raz (w Wielkanocną Niedzielę). Mam nadzieję i ochotę to zmienić, choć wciąż pamiętam maksymę mojego pierwszego tureckiego szefa: „Dobry rezydent to blady rezydent”. W obecnej sytuacji trzeba by „rezydenta” zamienić na „pracownika lokalnego biura podróży”, ale sens pozostaje bez zmian. Mimo wszystko wypadałoby trochę podkręcić kolorki, co by nie być antyreklamą proponowanych atrakcji :)

Ostatnie dni to także bardzo dużo pracy: wciąż to załatwianie, jeżdżenie, rozmawianie i – jak to w Turcji – kombinowanie. Przy okazji tego ostatniego poznałam ciekawą instytucję którą dotychczas kojarzyłam tylko ze słyszenia. Chodzi o tak zwanego „takipçi”. Dosłownie „takip etmek” znaczy śledzić. Mówiąc po polsku jest to po prostu osoba od „załatwiania”. Pozornie wydaje się to całkowicie absurdalne, ale tutaj można zapłacić komuś, kto pomoże nam wypełnić papiery, formularze, i dzięki swoim znajomościom sfinalizuje sprawę, na której nam zależy.
Jako typowa Polka, a do tego jeszcze oszczędna Poznanianka, początkowo sprzeciwiałam się wydawaniu pieniędzy na tego typu pomoc. Okazało się jednak, że Pan Takipçi posiada coś, czego nie ma w stopniu wystarczajacym nawet najbardziej samodzielna i przedsiębiorcza osoba, a mianowicie WTYKI. I to WTYKI dobrze opłacone i regularnie podlewane jak nowalijki na wiosnę.
Instytucji tego typu pełno jest zazwyczaj w okolicach Wydziałów Policji, Urzędów Skarbowych i Oddziałów ds. Cudzoziemców. Działają w tematach wiz, pozwoleń na pracę, wypełniają niezrozumiałe formularze, i robią sto innych rzeczy, o których nie mam zielonego pojęcia. Mają liche obskurne biura, z koszmarnymi oprawionymi w ramkę podobiznami Ataturka i zaraz obok powieszonymi cytatami z Koranu. Panowie Takipçi to takie ważniaki z brzuchami, przy których nie ma co zgrywać ważniaka – w maleńkim obskurnym biurze zabraknie miejsca dla dwóch. Warto jednak pamiętać, że Panowie Takipçi dużo więcej sobie przypisują niż zazwyczaj robią – kiedy powierzy się im swoje sprawy warto mimo wszystko i tak poczytać przepisy, bo zdarza im się o paru drobiazgach zapomnieć, i potem trzeba znów jechać do domu przywieźć kolejny brakujący papier (przetestowałam).

Kiedy z Panem Takipçim wchodzi się na Policję (Oddział ds. Cudzoziemców) odczuwamy, że nagle zaczęto nas zauważać. Przez tyle lat mało istotna, niewidzialna, popychana w kolejce, kolejna „yabancı” (cudzoziemka) nagle stałam się widoczna! Wchodzę z Takipçim i policjanci z daleka nas pozdrawiają, rzucając jemu komplementy („jaka ładna koszula”). Policjantki także i we mnie coś znalazły; pytają o wiek, o to, czy mam męża, komplementują znajomość języka i zachwycają się mianowicie moim zadartym nosem, pytając typowo po turecku, czy robiłam sobie operację plastyczną. Na marginesie to pytanie zadawano mi już wiele razy; w Turcji zadarty nos jest wielkim marzeniem Turczynek. Po jakimś czasie przestałam się dziwić i oburzać i przyzwyczaiłam się już traktować te słowa jako pochwałę kształtu mojego narządu węchu :)

Takipçi dopilnował wszystkiego, przynajmniej tak obiecuje; sprawy są pod kontrolą. Teraz pozostaje mu tylko zapłacić (ale po załatwieniu sprawy, takipçi jest honorowy i nie będzie kasował wcześniej). Pierwsza podana suma brzmi jak żart, ale okazuje się, że i tu można się targować… A wręcz trzeba. Król Pomarańczy posiadający nieuleczalne handlowe skrzywienie zbił cenę o 50%. Kiedy widzę tłumnie korzystających z usług takipçi innych cudzoziemców aż boję się zgadywać, ile oni płacą…

Na zakończenie notki coś dla rozrywki, żeby było nie tylko pożytecznie, ale i przyjemnie. Reklama. Pisałam kiedyś o śmiesznej i absurdalnej jak dla mnie serii reklam central informacji telefonicznej – w Turcji jest kilka biur numerów o różnych… numerach. Mamy więc na przykład 118 33, 118 80, 118 18, 118 10… wszystkie biura konkurują ze sobą (nie pytajcie dlaczego jest ich tyle, to jeden z absurdów Turcji których nie potrafię zrozumieć). Każde z nich reklamują się gdzie tylko się da, proponując inną melodię z łatwo „wpadającym w ucho” numerem.
Co jakiś czas któraś z reklam staje się moim faworytem, i oto aktualny numer jeden. Korzystny dla osób które uczą się tureckiego, gdyż można nauczyć się wymawiać (jak pokazano na reklamie) liczbę „33”. Po turecku: otuz üç.


Yeni 118 33 Reklamı | video.mynet.com
 

No, to uwaga, wszyscy razem powtarzamy i trzęsiemy ramionkami: Yüz on sekiz otuz üç!
Miłego długiego weekendu!