Wymyśliłam sobie, że napiszę dzisiaj o pewnym filmie. Obejrzałam go wiele razy, ścieżkę dźwiękową znam niemal na pamięć. Wydaje mi się, że był on bardzo ważnym punktem w rozwoju mojej fascynacji Turcją, na pewno do wzrostu tej fascynacji się przyczynił. Aż dziw, że nigdy wcześniej nie poświęciłam mu osobnego wpisu na blogu.

***

Wymyśliłam sobie, że napiszę dzisiaj o pewnym filmie, a tymczasem w Stambule miał miejsce atak terrorystyczny, którego celem byli turyści. Dobre samopoczucie rozsypało się jak układanka z kart, po raz kolejny przecież; z każdym atakiem od nowa się rozsypuje. Nie za bardzo też wiem jak mam to skomentować, co napisać. Pierwszym odruchem jest oczywiście myśl: turystyka w Turcji dokumentnie siądzie. Odruch warunkowy, w końcu moje życie w Turcji od początku związane jest z turystyką. Ach, co tam moje życie, ja zawsze mam gdzie uciec, dokąd wyjechać, mam zawód: jestem kulturoznawcą (ha, ha), poradzę sobie. Gorzej, że w Turcji z turystyki utrzymują się setki tysięcy Turków, którzy niekoniecznie alternatywę posiadają.
Skoro to był pierwszy odruch, zawodowy, automatyczny, pewnie spytacie jaki był drugi. Pomyślałam najpierw, że my wszyscy tracimy grunt pod nogami. Skończył się podział świata na kraje „bezpieczne” i „niebezpieczne”. Teraz ciężko już powiedzieć, dokąd można bez obaw wyjechać na wakacje, czy w jakąkolwiek podróż. Nikt nie da nam gwarancji, że w uważanym dotąd za oazę spokoju kraju/mieście nic się nie stanie. Jest to jednocześnie przerażające – do czego doszło, co to za chory świat? – ale z drugiej strony… wyzwalające. To znaczy? Myślę że dzisiaj my, ludzie (w odróżnieniu od nich, wynaturzonych terrorystów) mamy dużo większe szanse niż kiedyś, a wręcz obowiązek, aby być bliżej siebie – niezależnie od tego w co wierzymy, skąd pochodzimy, dokąd podróżujemy i dlaczego, czy emigrujemy zarobkowo, czy może uciekamy przez opresją, albo idziemy za sercem. Myślę, że wielu z nas potrzebna jest w tej chwili pewność, że na drugim końcu świata są ludzie tacy jak my – dobrzy, tolerancyjni, zwyczajni, których dotykają te same problemy i radości, niezależnie od detali, które nas różnią. Na pewno nie możemy dać się poddać panice, nienawiści, nieufności – zamachowcom, kimkolwiek są i jak bardzo zryte mają mózgi – przede wszystkim na tym zależy.
Tą myślą się pocieszam i w to wierzę. Nie mam i nie chcę mieć innego wyboru. Moje życie oparte jest na podróżach pomiędzy Polską a Turcją, piszę te słowa w niewygodnym australijskim autobusie gdzieś w stanie Queensland; dla mnie podróżowanie, poznawanie i opisywanie świata to – niech będzie patetycznie – sens życia. Nie da się tego realizować bez zaufania, którym obdarzamy innych, bez głębokiej wiary, że chcą dobrze. Nie da się tego realizować bez aktywnej współpracy z innymi ludźmi, a czasami bez bycia od innych zależnym.
I o ile zamach w Stambule i wszystkie inne zamachy które wydarzyły się, i które – zapewne – jeszcze się wydarzą, są czymś nieopisanie smutnym i przerażającym, o tyle mój (dla niektórych czytelników może nieco pokręcony i nieuleczalnie idealistyczny) tok rozumowania prowadzi mnie ostatecznie na pełną nadziei drogę. Na szczęście na świecie wciąż jest zdecydowanie, nieporównywalnie więcej ludzi dobrych, uczciwych i pozbawionych agresji, niż chorych na umyśle terrorystów – choć media próbują nam wmówić co innego. Pozostaje światu życzyć, żeby ta dysproporcja – na przekór złu – się zwiększała.

***

Filmowy plakat. Oba zdjęcia we wpisie pochodzą z Wikipedii.

No dobrze, a o jakim filmie chciałam Wam dziś napisać? Niektórzy Czytelnicy znają go pewnie tak dobrze jak ja, inni być może nigdy o nim nie słyszeli. Chodzi o muzyczny film dokumentalny „Crossing the Bridges – The Sound of Istanbul” na polski przetłumaczony jako „Życie jest muzyką” a na turecki „Istanbul Hatırası” w reżyserii Fatiha Akina, niemieckiego twórcy tureckiego pochodzenia. W Europie Akin zdobył popularność tworząc filmy obyczajowe o mieszkających w Niemczech Turkach (np. nagradzany wielokrotnie „Głową w mur”), natomiast dla mnie numerem jeden jest wspomniany dokument.

Film ma już prawie dekadę, jego premiera w Polsce odbyła się jesienią 2006 roku. Pamiętam że będąc wtedy po drugim sezonie pracy w Turcji jak gąbka chłonęłam wszystkie kulturalne nowinki dotyczące tego kraju. Mówiąc krótko, przeczytawszy gdzieś o tym filmie jak na skrzydłach poleciałam do kina. Dotarłam kilka minut po rozpoczęciu projekcji (był to początek tureckiej choroby spóźniania, z którą od niedawna dopiero pracowicie walczę), przemykając między fotelami spojrzałam na ekran, i już wiedziałam, że jestem stracona.

Pomysł filmu jest genialny w swojej prostocie. Oto do Stambułu przyjeżdża niemiecki muzyk Alexander Hacke wraz z zespołem, poszukując inspiracji do tworzenia własnych dźwięków. W tym celu spotyka się z rozmaitymi muzykami tworzącymi artystyczny klimat tego miasta. Zaczepia ulicznych grajków, rozmawia z kurdyjską pieśniarką, gra próbę wraz z rockowymi zespołami, wybiera się do romskiej dzielnicy. Występuje tu cała plejada ówczesnych tureckich gwiazd, m.in. raper Ceza, zespoły Republikas czy Duman, Baba Zula, Selim Sesler. Jest jeszcze dziewczyna-sufi, tańcząca taniec derwiszy, DJ Mercan Dede miksujący klubowe bity z mistyczną muzyką, albo Kanadyjka, która śpiewa po turecku. Są też najwięksi: diva tureckiego popu Sezen Aksu, nieżyjąca już Muzeyyen Senar czy turecki mistrz arabeskowego popu: Orhan Gencebay.

Muzyczna różnorodność i bezpretensjonalność, to największa siła filmu. Ileż tu inspiracji, ile kontrastów! To właśnie dusza Stambułu, miasta jedynego w swoim rodzaju, które łączy w sobie pozornie sprzeczne elementy. Oglądając film po raz pierwszy chłonęłam widoki, dźwięki (poza muzyką także krzyk mew, buczenie promów) i mini-wywiady z artystami – stambulska podróż była wtedy jeszcze przede mną. Na rękach miałam gęsią skórkę; wiedziałam, że muszę tam pojechać, zobaczyć, doświadczyć.
Kiedy pół roku później lądowałam nad Bosforem, w słuchawkach towarzyszyły mi dwie filmowe składanki: „Lost in translation” (ze słynnego filmu Sofii Coppoli) – mój absolutny numer jeden jeśli chodzi o muzykę w podróży, i ścieżka dźwiękowa z „Życie jest muzyką”. Nie mogło być lepiej. Przez tych pięć dni samotnego zwiedzania Stambuł pochłonął mnie, obezwładnił, rozkochał w sobie. A muzyka spięła te wrażenia w piękną klamrę.

Jeśli nie oglądaliście jeszcze tego filmu, zróbcie to koniecznie. Jeśli kochacie muzykę, obejrzyjcie film nawet dwa razy :) Jeśli widzieliście go kiedyś, parę lat temu – zróbcie to raz jeszcze. Jest piękny, poetycki, pozytywny, często zabawny. Ponadto ciekawie jest porównać sobie Stambuł i Turcję z roku 2006 i obecnie (np. w temacie Kurdów. W tamtym czasie śpiewana przez pieśniarkę Aynur w filmie piosenka po kurdyjsku była swoistą sensacją. Dziś – to codzienność).
Także w kontekście tego, co obecnie dzieje się w Turcji i na świecie film ten jest dla nas swoistym memento: jak dobrze, że mamy sztukę, która jest uniwersalnym międzyludzkim językiem. Może jest na sali więcej idealistów, którzy zgodzą się ze mną, że sztuka (np. muzyka) pozwalają chronić nasz świat od zagłady i choroby nienawiści?

Poniżej zwiastun filmu ze świetnym coverem „Music” Madonny wykonanym przez znaną nam wtedy tylko z konkursu Eurowizji, ale bardzo utalentowaną piosenkarkę Sertab Erener… a jeszcze niżej fragmencik filmu, jeden z wielu moich ulubionych: występuje Kanadyjka Brenna McCrimmon i nieżyjący już klarnecista Selim Sesler.

 

Przydatny tekst? Kliknij w poniższy obrazek by postawić mi kawę ;)

paypal