Muszę przyznać, że urlop blogowy potrwał nieco dłużej niż zaplanowałam. Ale to pewnie dlatego że naprawdę nie miałam kiedy usiąść i cokolwiek napisać. Co więcej, zdałam sobie sprawę z tego, że trudniej mi zmobilizować się do pisania, bo stawiam sobie wysoko poprzeczkę zgodnie z aktualnymi blogowymi trendami. Kiedy myślę, że mam zgodnie z nimi napisać tekst, to wiem że potrzebuję minimum kilku godzin czasu na wszystko. Minimum. A tego czasu aktualnie nie posiadam. I frustracja gotowa. Jeśli nie jesteście w temacie naświetlę Wam w skrócie jak owe trendy wyglądają: wpis na bloga musi być o tak zwanym czymś, musi zawierać dużo „wartościowej” treści dla czytelnika, najlepiej jakieś porady, i w ogóle powinien być odpicowany na błysk i 10 w skali 10.

Owszem, to i może ma sens, to znaczy na pewno ma sens, sama jako czytelniczka innych blogów zgadzam się z tym, a jednak takie założenie zabija „duszę blogowania”, która jest mi bardziej bliska. Kiedyś po prostu siadałam do pisania bo… tak mi się chciało. Nie miałam planu wpisu, nie robiłam wcześniej researchu, nie sprawdzałam, jak mi się ten mój tekst wypozycjonuje w wyszukiwarkach, i jaki zrobić „przyciągający” dla czytelnika tytuł. Po prostu pisałam co mi do łba wleciało, mając nadzieję że spodoba się nie tylko mi, ale i innym. I że będzie czymś w rodzaju pamiętnika, do którego wrócę z rozrzewnieniem za kilka miesięcy czy lat. W ten sposób przecież wracam do moich przedpotopowych archiwalnych wpisów z roku 2005 czy 2008. Są dla mnie wspaniałym zapisem tamtych chwil, przypominają jak inną osobą wtedy byłam, jak inaczej pisałam i myślałam.

Po kilku dniach wewnętrznej burzy, podczas której formułowałam ryzykowne stwierdzenia typu „A może rzucić tego bloga”, „A może zrobić dłuższy urlop”, „A o czym w ogóle tu pisać?”, i najważniejsze i najmocniejsze „Chyba przeżywam wypalenie” olśniło mnie, także dzięki wpisowi o podobnej tematyce na zaprzyjaźnionym kanadyjskim blogu. Wybawieniem będzie powrót do korzeni – i publikowanie co jakiś czas takich luźnych, krótkich, dziennikowych wpisów, strumienia świadomości, nazwij to jak chcesz, Drogi P.T. Czytelniku. Liczę na to, że i tak uznasz, że to całkiem spoko, mimo że nie zawiera żadnych konkretnych porad lub treści.

I tu kolejne olśnienie. Seria „Alanya News” – to przecież takie wpisy! Starzy Czytelnicy (nie starzy, tylko starzy stażem, a młodzi duchem, no przecież!) wiedzą, że kiedyś pisałam właśnie takie „newsy”, czyli że poszłam, że zjadłam, albo że się dowiedziałam. Potem mi przeszło. A szkoda. I dlatego z poczuciem, że robię coś dobrego dla siebie i ludzkości, a jednak wbrew trendom, ogłaszam huczny powrót tej serii.

Oto ALANYA NEWS ponownie na Tur-tur Blogu! Juhu!

W tym wpisie mam przede wszystkim ochotę podsumować kwiecień.

Przez 3 tygodnie nie pisałam bloga, co było efektem celowego działania. Taki urlop. Dziwnie się z tym czułam na początku. Potem mi przeszło. Miałam co prawda nadzieję, że zyskam więcej czasu wolnego ale… nadzieje okazały się płonne. Nagle okazało się, że pojawia się coraz więcej pracy związanej z nadchodzącym sezonem turystycznym w Turcji i dlatego musiałam zakasać rękawy i nie wypuszczałam telefonu z rąk. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że mój telefon ma już prawie 3 lata, co obecnie liczy się prawie tak jak wiek psów czy kotów :) Bateria wciąż się rozładowuje, system zawiesza, i tak dalej. No ale co robić, muszę zapracować na nowy :)

Jak wiecie byłam w Polsce. 10 dni.

A to jest zawsze szał i radocha na całego. Na Facebooku już się uzewnętrzniałam w tej kwestii. Nawet ta paskudna pogoda mniej przeszkadza, kiedy widzi się świeżą zieleń walącą po oczach. Uwierzcie, żadne palmy nie rajcują tak jak kawałek dębu czy leszczyny albo trawnik. Chociaż naprawdę zmarzłam. Trochę mam pecha z tą pogodą podczas moich pobytów. Za to były rodzinne spotkania, święta, przyjaciele, no i nieodzowne polskie zakupy. Czasem przechodzi mi przez myśl czy interesowałoby kogoś, gdybym opowiedziała co ja takiego wożę z tej Polski do Turcji że wciąż mam problem z nadbagażem? Piszcie w komentarzach, jeśli mam to zrobić :)

 

 

Dobra oferta na wiosnę ;)

blog6

Przy okazji pobytu w Polsce miałam do czynienia z urzędami.

I tu uświadomiłam sobie że Turcja wcale nie jest taka kiepska w kwestiach biurokracji.  Kilka przykładów: W Turcji istnieje system komputerowy zwany e-devlet. Każdy obywatel może zalogować się do niego podając swój nr dowodu osobistego (kimlik numarası) czyli odpowiednik naszego peselu. Wcześniej trzeba też uzyskać swoje osobiste hasło. Ma się wtedy wgląd do wszystkich danych na swój temat: aktu urodzenia, stanu cywilnego, aktualnego ubezpieczenia zdrowotnego albo spisu otwartych przez nas lub przeciwko nam spraw w sądzie. Ba, można zamówić przez ten system wizytę u lekarza! Nie mówiąc już o wyciągnięciu niezbędnych dokumentów w formie wydruku nie wymagających stempla czy podpisu. Wszystko za darmo. Kiedy porównuję to z naszymi zabawami w coroczne składanie PIT-ów, w które trzeba wprowadzać wszystkie dane, mimo że w systemie Urzędu Skarbowego powinny one być, albo kupowaniem jakichś znaczków skarbowych, żeby wyciągnąć z Urzędu Miasta swój akt urodzenia, … albo umawianiem internetowych spotkań w Urzędzie, które następnie okazują się po prostu nie istnieć kiedy dotrze się na miejsce…
Inna sprawa, że Polacy urzędnicy robią się coraz milsi i bardziej uprzejmi, to nie podlega dyskusji. Turcy zresztą też. A jednak różnice widoczne są gołym okiem.

Wszyscy pytają mnie jak wygląda Turcja po referendum konstytucyjnym i czy strach się bać, czy jeszcze nie.

Odpowiem więc: nie, jeszcze nie. Słońce świeci, Turczynki chodzą z pępkami na wierzchu, a inne zakryte od stóp do głów, jedzenie smakuje tak samo dobrze, benzyna tak samo droga, telewizja tak samo głupia, Turcy nadal jeżdżą jak wariaci, a woda w morzu super ciepła i czysta. Chociaż to akurat zapewne ukartowane ;)

Przed wyjazdem do Polski miałam okazję zaliczyć ostatnie fajne spotkania i wypady przed pracowitym mam nadzieję sezonem. Zawsze z aparatem w ręku. Fajnie było. Chyba wybudziłam w sobie uśpioną fotograficzną pasję, co mogą potwierdzić moje znajome, którym robiłam portretowe sesje ;) Jestem ciekawa w jakim kierunku to wszystko dalej pójdzie.

29 kwietnia świętowano w Alanyi Międzynarodowy Dzień Tańca.

Taniec był mi zawsze bliski, więc nie omieszkałam uczcić tego w odpowiedni sposób (jaki, zapytacie? Pójściem na pokaz w mieście, a wieczorem z K.P. na imprezę latynoską). Uwielbiam obserwować tańczących Turków i Turczynki. Z roku na rok taniec jako forma aktywności robi się bardziej popularny, aż serce rośnie. Szczególnie salsa, odpowiadająca gorącemu charakterowi Turków. Dziewczyny i chłopacy śmigają tak, że oko bieleje. Widać, że to kochają.

1 maja to w Turcji także Święto Narodowe i dzień wolny od pracy.

Dla mnie personalnie oznaczało to nieco (nieco!) mniejszy ruch samochodowy, za to zwiększoną obecność tureckich wczasowiczów. Tęskniliśmy za nimi od zeszłego roku! Do Alanyi, inaczej niż chociażby do takiego Bodrum, trafia dość specyficzny klient z centralnej Anatolii (np. Kayseri, Konya, Ankara). Widać więcej aut zapakowanych niezgodnie z przepisami, a na chodnikach spacerują sobie stadkami chłopcy w klapkach typu Kubota i niedobranych do koszulek kiczowatych spodenkach. W okolicach plaży za to rodziny robiące pikniki na trawie. Staram się być wobec nich łagodna, nawet jeśli przychodzą do biura 5 godzin przez odlotem samolotu powrotnego do domu i dziwią się, że nie ma już miejsca w żadnym busie na lotnisko. Nie każdy był od razu orłem turystyki, trzeba wcześniej przejść etap Janusza. Ludzkie prawo, no nie?

I tak miało być krótko i newsowo, a wyszło jak zwykle. Dobrze że nie jestem agencją informacyjną, wywalili by mnie z roboty po pierwszym dniu ;)

blog4
blog1
blog3
blog2

blog5