Maj 2007, dokładnie dekada temu. Po raz pierwszy odwiedzam Stambuł. Udało się wykorzystać przerwę w obowiązkach rezydentki i wyskoczyć na całe 5 dni do Miasta. Poleciałam sama, bo nie miałam z kim i sama, bo lubię. I w pojedynkę odkrywałam tę niesamowitą metropolię. Historyczne wpisy z tamtych czasów możecie sobie przypomnieć tu (Notka: Dilek znaczy marzenie), oraz tu (Notka: İstanbul Hatırası). Przyleciałam do Stambułu samolotem z Antalyi, ale wracałam już autobusem. Raz, że ja po prostu uwielbiam sobie utrudniać życie, szczególnie w podróżowaniu. Im jest bardziej naokoło, im jest inaczej, tym dla mnie lepiej i jestem człowiekiem szczęśliwszym.
Ponadto chciałam koniecznie zobaczyć jak to jest jechać autobusem tyle kilometrów i tyle godzin. No co, ludzka ciekawość ;)

Kupiłam bilet na wieczorny autobus, żeby wczesnym popołudniem następnego dnia być na miejscu w Alanyi. W dniu wyjazdu z plecakiem wyładowanym stambulskimi ciuchami za 10 lira sztuka podreptałam z Beyoğlu na prom. Stamtąd do Üsküdar by dostać się na dworzec autobusowy Harem. Grzecznie siadłam sobie w autobusie na moim miejscu, uprzednio zaopatrzywszy się w obowiązkową herbatę turecką w plastikowym kubeczku oraz kilka babeczek dankek na drogę. Autobus stopniowo zapełniał się pasażerami a wtem…

Jak się w Turcji do wojska idzie

…wtedy to zobaczyłam właśnie, jak się w Turcji do wojska idzie. Najpierw nie wiedziałam o co chodzi. W kilka minut wszędzie zrobiło się tłoczno, aż czarno od ludzi. Okrzyki, piosenki. Kiedy dobiegło mnie słowo „asker” zrozumiałam, że to pożegnanie przyszłych żołnierzy! Tureccy chłopcy udawali się oto na 15-miesięczną służbę wojskową, w Turcji obowiązkową. Powołani są dwa razy w roku: w maju i na jesieni, jakoś w październiku. Zgromadzeni skandowali piosenki, machali flagami Turcji, pomiędzy nimi przemykał bębniarz z chłopakiem grającym na fujarce, za to kiedy rozpoczęto podrzucanie delikwentów pod sufit… wyciągnęłam mój aparat i rozpoczęłam filmowanie. Niestety obawiam się, że te filmiki zaginęły gdzieś w czeluściach mojego starego komputera ;)

Dokładnie taką samą scenkę przeżyłam niedawno ale już nie jako pasażerka autobusu, a osoba… odprowadzająca przyszłego wojaka, członka rodziny K.P. na autobus rejsowy. Zapytacie dlaczego dopiero teraz, po dziesięciu latach, a nie wcześniej?
Przez ten czas owszem docierały do mnie te pokrzykiwania, skandowania, trąbienie samochodów, ale zazwyczaj z dala, z perspektywy. Nie obserwowałam takiej sytuacji jako zaangażowana osoba. Z K.P. nie było takiego dylematu ponieważ w jego przypadku nie wchodziło w grę wojsko, i koniec. W końcu Królowi dobrych kilka lat temu, kiedy miał już jakieś 36 lat, udało się skorzystać z amnestii (niestety swoje musiał zapłacić) i w ten sposób uwolnił się raz na zawsze od obowiązku służby w tureckiej armii. Za to jego bracia odbębnili wojsko zanim się poznaliśmy.
Nie było więc kogo na ten dworzec odprowadzać…

Aż tu nagle w drodze z Gaziantep odwiedza nas daleki członek rodziny K.P., który kiedyś spędził u nas całe lato. Chłopak nieśmiały, małomówny, zamknięty w sobie, przywiązał się do hałaśliwej, nieskoordynowanej i kompletnie zwariowanej rodziny K.P. , jadąc na swoją obowiązkową służbę nie wyobrażał sobie z nimi (nami?) się nie pożegnać.

Przyjechał kilka dni wcześniej, dzięki aplikacji Whats App cała rodzina była już powiadomiona co i jak.
W dniu jego wyjazdu do Izmiru (gdzie musi się stawić) wracając z pracy ruszamy do teściowej, tam bowiem zgromadziła się cała familia. Przedzieramy się przez korki przy naszym domu, jako że ledwo rozpoczął się kiermasz/kermes (o nim pisałam już kiedyś, a osobną fotorelację opublikuję za dni kilka).

W domu mnóstwo jedzenia.

Teściowa postanowiła nakarmić delikwenta za wszystkie czasy. Tylko że delikwent ogólnie je tyle co blogerka modowa. Jajka nie lubi, ryż omija, a mięsa mniej niż jego 3-letnia kuzynka. Wszyscy mobilizują go aby najadł się na zapas, bo długo nie zobaczy dobrego domowego jedzenia. Służbę w 2013 roku skrócono z 15 miesięcy do 12 miesięcy, ale i tak to kawał czasu. Delikwent kiwa nieśmiało głową.

Potem herbata i baklava z lodami maraş, bo przyszłego wojaka trzeba godnie pożegnać. Znów kiwa głową, bo słodkiego nie lubi.
Wszyscy bracia którzy wojsko zaliczyli jedząc deser zaczynają przerzucać się wspominkami i dawać rady. Opowiadają o trybie dnia, o pobudkach, o menu wojskowej stołówki, o tym, że trzeba się nauczyć krzyczeć i o tym, że w sumie to było całkiem fajnie. Jeden z braci wspomina jedynie że płakał, kiedy autobus wiózł go z domu do bazy.

Godzina 21.25.
Delikwent nieśmiało wspomina, że może wypadałoby powoli jechać na dworzec. Autobus jest o 22.00.
– Ależ skąd! – protestuje rodzina. – Zdążymy. Zjedz jeszcze jeden kawałek baklavy. Nalać ci nowego çayu?

… wspominki i porady toczą się dalej. Dzieci nudzą się, więc zaczynają recytować wierszyki, których nauczyły się w szkole. Totalny rozgardiasz. Standardowy wieczór „u teściowej”.

Godzina 21.39.
Stwierdzamy, że pomału trzeba jechać. Dworzec jest 5 minut jazdy od domu, więc blisko.

Nagle rodzina stwierdza, że przecież możemy zrobić taką tradycyjną kawalkadę z trąbieniem. Jest nas sporo, samochodów też kilka. A co tam! Zaszalejemy!

O 21.45 wychodzimy z domu i pakujemy się do aut.

Znów korki koło kiermaszu, z trudem się przedzieramy. Organizacja w rodzinie zawsze mnie załamuje, okazuje się że ktoś czekał pod drugą bramą wjazdową do domu i zapomnieliśmy go zabrać :) Jedno auto musi wrócić. Inne było zaparkowane gdzie indziej.
Nie będzie kawalkady, nie będzie trąbienia, bo z powodu tego zamieszania każdy jedzie inną drogą i inną stroną :)

21.53
Przed dworcem dziki tłum. Samochodów nie ma gdzie zaparkować, wszędzie ścisk. Autokary o 22.00 są najbardziej oblegane przez przyszłych wojaków (zresztą nie tylko); nocka w trasie, od rana jest się na miejscu. Wszyscy członkowie rodziny próbują się odnaleźć ale jest trudno z powodu ilości ludzi.  Nie wiemy z której firmy jest wykupiony bilet autobusowy więc każdy szuka w innym miejscu. Po kolejnych paru minutach szukania się nawzajem jesteśmy w komplecie ale… nie ma naszego przyszłego wojaka!

21.58
OK. Jest, stoi przed swoim autobusem.

Dopadamy go i żegnamy. Biedak jest strasznie speszony. Dobrze że jest ciemno :) Niektóre autobusy już ruszają, trzeba uskakiwać im z drogi. Wszystkie otoczone są ludźmi. Rodziny, młodzi i starzy, matki i ukochane, w dekoltach i w chustkach. Jestem świadkiem rozdzierającej sceny; dziewczyna tuli się do swojego chłopaka, prawie wpadła w histerię, zaczyna coś krzyczeć, rodzina z trudem doprowadza ją do ładu. Żaden chłopak nie wie gdzie docelowo odbędzie służbę. Najpierw trafia się na ogólne szkolenie, po miesiącu jest przysięga, a potem… można trafić na ciepłą biurową posadkę w Antalyi, można też dostać przydział na wschód. A na wschodzie… od lat wciąż giną żołnierze, wciąż trwa konflikt.

To stąd te pożegnania i łzy w oczach. Niektórzy całkiem słusznie obawiają się, czy swoich ukochanych synów, braci czy chłopaków w ogóle jeszcze zobaczą.

Zewsząd rozlegają się piosenki, pokrzykiwania „En büyük asker bizim asker” (Największy żołnierz to nasz żołnierz) chodzi duet grajków: davulcu (bębniarz) i zurnacı („fujarkarz”). Takie duety obstawiają wszelkie ważne tureckie imprezy, od ślubów poprzez odprawy wojaków.

22.04
Myślałam że to już koniec imprezy, nasz wojak zapakowany i pożegnany, minęło dobrych kilka minut po planowanym czasie odjazdu.
Nagle widzę że przed „naszym” autobusem gromadzi się tłumek. Zaczyna śpiewać hymn narodowy Turcji. Wokół robi się cisza, wszyscy stoją na baczność, autobus mruga światłami awaryjnymi. Nie może jechać, bo blokują go stojący.
Nawet zgasły światełka telefonów komórkowych tureckich obserwatorów, które wcześniej rejestrowały wszystko na Facebook Live. Jako jedyna, w końcu yabancı, podlatuję pod same koła autobusu i próbuję nagrać filmik z tej scenki, jednak jest zbyt ciemno.

Hymn skończony, tłumek rozstąpił się jak Morze Czerwone, autobus wytacza się z peronu.

Pojechali.