W nocy padało, grzmiało i błyskało. Standardowa zimowa apokalipsa w Alanyi. Leje, leje, i nie może przestać. Szum niemalże tropikalnego deszczu. Ściana wody. Ale wszystko zaczyna się dopiero po zmroku i w jakiś cudowny sposób kończy się nad ranem. Kiedy się budzę i przeciągam na łóżku mam przed sobą widok na czyste i bezchmurne niebo. Świat w promieniach słońca.
Taką zimę to ja rozumiem. Pisałam to już milion razy i będę pisać jeszcze kolejny milion, bo to mój ideał pogody. 20 stopni i słońce. Wiatr. Żadnej chmurki. Czyste i przejrzyste jak żyleta powietrze, nic tylko spakować aparat i wybrać się na fotograficzne safari. Ani za gorąco, ani za zimno. Dla mnie mogłoby tak być cały rok.

Chociaż nie mówię, że nie zazdroszczę Wam teraz w Polsce. Wiem, że macie gdzieniegdzie -13. Jak dla mnie bomba. Siarczysty mróz, śnieg skrzypiący pod stopami, nie mówcie, że to nie jest fajne.

Życie jest fajne.

Kończy się luty, który w tym roku był wyjątkowo zawirowany. Zresztą podobnie jak styczeń czy grudzień i poprzednie miesiące. A na blogu głucho, cicho, jakieś pajęczyny zaczęły się tworzyć w rogach ekranu…
Działo się i dzieje się tyle, że po prostu coraz mniej mam głowę do pisania. Jakoś nie mogę się skupić, nie potrafię zmobilizować, usiąść, napisać. Nie, żeby mi brakowało pomysłów, przeciwnie, tryskam nimi jak zawsze. Ale… brakuje mi skupienia. Nie mam go w sobie. A bez skupienia i choćby chwili koncentracji (właśnie 3 razy próbowałam napisać słowo „koncentracja”, za każdym razem z błędem), nie ma mowy o pisaniu.

I nie będę tym razem obiecywać, że się poprawię. Ja wiem, że się nie poprawię, przynajmniej w najbliższym czasie. Życie! Zmiany, zmiany, zmiany. Zmiany tu, zmiany tam. Panta rei.

Zresztą być może – po raz pierwszy – zrozumiecie mnie i nie będziecie protestować na moją blogową absencję :) Odnoszę się tutaj do facebookowego posta, który opublikowałam w zeszłym tygodniu.  Pewnie wszyscy go widzieliście, ale jeśli nie, rzucam Wam go jeszcze raz na pożarcie.

Wyglądał o tak:

Od razu powiem, że dziękuję. Wszystkim z Was. Za gratulacje, przemiłe komentarze, wyrazy sympatii i prywatne wiadomości. Tego poniedziałkowego wieczora mój telefon oszalał. No, ale nie zapeszajmy. Chociaż… do „godziny zero” zostało mi zdecydowanie mniej niż więcej.
Jestem już na ostatniej prostej.
Wszyscy Ci, którzy żartowali, że po ślubie pora na dziecko, cóż, mieliście rację. Plan zrealizowany „po bożemu”. Chociaż ja nazywam to raczej „pozytywnymi skutkami ubocznymi Diety dr Dąbrowskiej” :)

Albo powiedzmy jeszcze inaczej: intensywnie szukałam nowych tematów do pisania na blogu. I… znalazłam :) Będzie się działo. Jeszcze nie teraz, bo teraz ciążowe hormony tak zawirowały mi w głowie, że nie potrafię się skupić nie tylko na pisaniu, ani nawet banalnym czytaniu książki. W ciągu ostatniego półrocza chyba mocno zaniżyłam statystyki czytelnictwa w Polsce.
Jedyne co potrafię obecnie robić bez większych szkód dla siebie i otoczenia, to oglądanie seriali, bezmyślne przeglądanie Facebooka czy Instagrama, no i oczywiście praca – moje ostatnie tygodnie pracy, przekazywanie obowiązków następcom, zamykanie aktualnych spraw. Nadal będę wspierać biznes, który stworzyliśmy ale… wspierać a aktywnie pracować to jednak dwie różne sprawy :)

Przy okazji okazało się, że praca którą wykonywałam przez 6 poprzednich lat odpowiada mniej więcej trzem etatom trzech różnych osób. Tylko że jakoś wszyscy, ze mną włącznie, przyzwyczaili się do tego i uznawali to za oczywiste. Pracoholizm to piekielna sprawa.

Jak pamiętacie w podsumowaniu zeszłego roku pisałam o tym, że planuję na dłuższy czas odejść z pracy w turystyce i rozpocząć nowy etap. 12 lat to piękny czas, pora ruszyć dalej.

Moi drodzy, zacieram rączki. Bo „mój nowy projekt” to nie tylko macierzyństwo, ale także większe skupienie się na blogowaniu i vlogowaniu. I pisaniu! Zresztą, nie będę na razie zdradzać wszystkiego.

Odkładałam to od lat. Nigdy nie było czasu. Teraz też nie będzie ale…. zależy jak do tego podejść. Nareszcie!

Już teraz więc zbieram pomysły na wpisy blogowe  po „godzinie zero”.

Będzie o tureckiej służbie zdrowia, z którą dość intensywne kontakty nawiązałam w przeciągu tych miesięcy. Oj, już teraz sporo miałabym do powiedzenia, ale wolę nie zdradzać wszystkiego jeszcze, żeby zaserwować Wam większą dawkę emocji za jednym razem.

Będzie też o tym, jak w Turcji podchodzi się do kobiet w ciąży i jak to można porównać do polskich realiów. Wszystko co obecnie mi się przydarza zapamiętuję, kolekcjonuję wrażenia i refleksje, żeby potem się nimi z Wami podzielić.

Dla mnie samej jest to niesamowicie ciekawe, więc mogę tylko zgadywać, jak bardzo będzie to interesujące dla Was.

Jakby tej karuzeli emocji było mało, trochę zbiegiem okoliczności akurat teraz na pewnym portalu ukazał się wywiad z moją skromną osobą. Udzielałam już mnóstwa wywiadów przez wszystkie te lata (nawet staram się je spisywać na tej stronie), ale nigdy żaden nie wywołał takiego zamieszania. Przyznam, że sama na ten portal nie zaglądam praktycznie nigdy i nie byłam świadoma jak wielki odzew może wywołać taki tekst!

No to teraz już wiem.

Oczywiście wywiady w popularnych serwisach internetowych mają to do siebie, że wypaczają trochę rzeczywistość. Zacznijmy chociażby od tytułu :) Wcale nie chciałam skupiać się na mojej prywatnej miłosnej historii, ale wiadomo, według dziennikarzy to sprzedaje się najlepiej… Poznajcie zatem Agatę, Polkę mieszkającą w Turcji, która nie planowała związku z Turkiem, ale pojawił się ON – Król Pomarańczy! [oklaski]

Ale tak między bogami a prawdą mam nadzieję, że udało mi się w wywiadzie przemycić kilka ważnych informacji o Turcji prawdziwej, nie tej sensacyjnej. Starałam się, w każdym razie, a i polskim turystom nie poskąpiłam dobrego słowa – zresztą szczerego :)
I chociaż komentarze (o których mi donoszono, bo sama nie czytałam w trosce o własne zdrowie) skupiają się raczej na tym kiedy „mój turecki mąż” przykuje mnie do kaloryfera, liczę na to, że naprawdę nie wszystko w haśle „Polka w Turcji” do tego się sprowadza. Najważniejsze, że Wy to wiecie ;)

[Link bezpośrednio do artykułu]


Szanowni P.T. Czytelnicy. Postanowiłam opublikować ten wpis na rozruszanie. Trochę mi zabrakło jakiegoś życia na blogu. Poza tym wstyd byłoby, gdybym w lutym nie dodała ani jednej notki. W marcu planuję, póki jeszcze jestem na chodzie, przygotować Wam kilka fajnych tekstów i filmów na bieżąco i na zapas. Ciekawe czy mi się to uda. Ale nawet jeśli poległabym, to nie zapominajcie o mnie. Wrócę :)

Pamiętajcie też, że czasem dużo łatwiej niż pisać merytoryczny artykuł na bloga jest dodać jedno zdjęcie na Instagramie albo kilka zdań na Facebooku. Albo nagrać szybki filmik na Youtube.

Do zobaczenia niebawem :)