jak szukac pracy w turystyce

Było miło, było sympatycznie, ale dzisiaj dla odmiany miło nie będzie. Chociaż jak dla kogo :)

Ponieważ w pewnym sensie aktualnie kończę w życiu jeden zawodowy etap i czeka mnie trochę inna życiowa para kaloszy, stwierdziłam że niech się dzieje co chce, w ramach podsumowań lat pracy w turystyce pacnę dzisiaj wpis, który siedział we mnie od dawna. Właściwie od lat. Wpis o tym, jak szukać pracy w turystyce, albo raczej, jak tego nie robić.

Przez wiele lat przewinęło się przez moje zawodowe turystyczne życie naprawdę sporo osób. Zarówno takich, które się do tej pracy nie nadawały i o tym nie wiedziały, jak i te, które się nadawały (i często także o tym nie wiedziały). Poznałam osoby z różnych firm, piastujące różne stanowiska, każde z inną, co oczywiste, życiową historią, z innymi umiejętnościami i talentami.

Miałam też przyjemność pracować jako, jak by się dzisiaj modnie powiedziało, supervisor, albo banalniej szef destynacji, więc miałam pod sobą różne początkujące osoby, zielone szczypiorki turystycznej branży, którym przydzielałam różne obowiązki i które szkoliłam. Widziałam, jak z przestraszonych nieopierzonych początkujących zamieniają się w pewnych siebie pilotów i rezydentów, jak nabierają doświadczenia, ogłady, jak rozwijają się niczym ten róży kwiat. Chociaż nie wszyscy, ale to inny temat. Zresztą ja sama obserwowałam to, jak ja się zmieniam i przy nich także sporo uczę.

A w ciągu ostatnich lat, będąc już na własnym turystycznym garnuszku, byłam już tą szefową pełną gębą (chociaż usilnie starałam się ją nie być – na czym polegał ten taktyczny błąd zrozumiałam dużo później), więc rekrutowałam pracowników, przepytywałam ich, sprawdzałam, stykałam się też z setkami (uwierzcie, setkami!) wysłanych do mnie CV, które później konfrontowałam z rzeczywistością. Wiele razy się sparzyłam, rozczarowałam, popełniłam mnóstwo rekrutacyjnych i szefowskich błędów, ale były też miłe rozczarowania i pozytywne niespodzianki.

Jednak ten przydługi wstęp to tak naprawdę tylko preludium do tego, o czym chciałam pisać. Całe to moje doświadczenie, szczególnie to ostatnie, w rekrutacji i byciu szefem, pokazało mi mianowicie, że, uwaga, ludzkość zmierza ku zagładzie.

A świadczy o tym poziom wysyłanych przez ludzi CV i ofert pracy, i w ogóle poziom komunikacji. Stwierdziłam więc, że jako kobieta w zaawansowanym już wieku mogę pokusić się tutaj, ku przestrodze, o małe podsumowanie i spis rzeczy, które szczerze odradzam czynić osobom szukającym pracy w turystyce. Odradzam z własnego doświadczenia i dobrego serca. Odradzam, jeśli chce się pracę otrzymać, lub choćby zostać zauważonym… wróć. Zauważonym można zostać także negatywnie, niestety.

Pora więc na porady, jak szukać pracy w turystyce aby… jej nie znaleźć. Czyli listę bardzo często popełnianych błędów. Myślę na marginesie, że reprezentanci innych branż również znajdą tu wiele podobieństw, czekam na komentarze.

Osoby, które kiedykolwiek wysyłały do mnie CV chcę uspokoić – wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i faktów jest nieprzypadkowe i jak najbardziej zamierzone. Powiedziała śmiejąc się z przekąsem.

Jak szukać pracy w turystyce, by jej nie znaleźć

Kilka prostych kroków

Wysyłaj byle jakie CV

CV to wizytówka potencjalnego pracownika. W rzeczy samej. CV napisane niedbale, z błędami ortograficznymi, literówkami, niewyrównanym tekstem, wiele mówi o jego autorze. „Za moich czasów” CV przed wysłaniem dawało się do sprawdzenia komuś bliskiemu; mądrzejszemu, krytycznemu, z większym doświadczeniem. Mam wrażenie, że dziś nikt tego nie robi. Ludzie chyba zakładają, że nikt CV nie czyta. Nie wiem – ja czytam zawsze.

Jeśli naprawdę nie chcesz znaleźć pracy w turystyce, wyślij CV kompletnie niezwiązane z tematem. Jeśli praca ma być w turystyce wrzuć tam wszystko to, co turystyki nie dotyczy nawet pośrednio. Bo przecież co będziesz się wysilać na dopasowywanie CV do wymagań pracodawcy…

Wysyłaj byle jakie e-maile

Jeśli poza CV piszesz także e-mail z wyjaśnieniem skąd, po co i dlaczego kontaktujesz się z daną firmą… przepraszam, jaki e-mail? Po co coś takiego pisać? Przecież to się rozumie samo przez się, nie? Zakładaj, że potencjalny pracodawca dzień i noc siedzi przed komputerem czekając na Twoją bombową ofertę, i od razu załapie skąd się wzięłaś/wziąłeś. Przecież jesteś taki wspaniały/a!
Błędy ortograficzne? Przecinki i kropki w złych miejscach? Ba, brak wielkiej litery na początku zdania? Brak podpisu?
Jakie to ma znaczenie! W dzisiejszych czasach SMS-ów i Facebooków kto by się tym przejmował!

Nie czytaj dokładnie ogłoszenia albo je ignoruj

Jeśli Twoja oferta jest odpowiedzią na ogłoszenie, nie czytaj go dokładnie. Widzisz nagłówek „Potrzebny pilot”? Wysyłaj, nawet jeśli interesuje Cię nie pilotaż, a praca w biurze. I odwrotnie. Jesteś pilotem? Odpowiadaj na ogłoszenia, w których ludzie szukają rezydentów i pracowników biura. Co to w końcu za różnica?
Jeśli w ogłoszeniu podany jest wymóg znajomości konkretnego języka, którego nie znasz, nie przejmuj się.
Jeśli w ogłoszeniu podane są ramy czasowe pracy, które Ci nie odpowiadają, także to zignoruj. Bo a nuż…
Jeśli pracodawca wymaga doświadczenia, którego Ty nie posiadasz, ślij ofertę aż miło! Co to ma za znaczenie, przecież się nauczysz!

Szukaj pracy w turystyce z powodów osobistych i nie ukrywaj tego

Niech Twoim głównym argumentem będzie: „bo ja tak kocham mojego chłopaka z Turcji, chcę być blisko niego” – i dlatego zdecydowałaś się (zazwyczaj -łaś; takie oferty dostaję głównie od kobiet) na pracę w naszej firmie. Niech pracodawca nie zastanawia się jaką wartość możesz dać z siebie jego firmie – przecież to w ogóle nie ma znaczenia! Najważniejsze, że będziesz mogła pracować w tym samym mieście co Twój wybranek. Najistotniejszymi kwestiami związanymi z potencjalną pracą niech będzie kwestia mieszkania (czy możesz mieszkać z chłopakiem) i dnia wolnego (czy może być wtedy, kiedy ma go Twój chłopak). Cała reszta to przecież mało istotne detale…

Dołącz niepasujące zdjęcie, najlepiej takie z plaży albo selfie z imprezy

Myślisz, że to żart? Ja wiem, że turystyka to inna bajka niż praca w banku ale… selfie to jakaś zmora w ofertach na pracę. Brakowałoby buzi w dzióbek, bo widok na głęboki (przyznam, że dość apetyczny) dekolt już przerabiałam. Zdjęcia byle jakie, niewyraźne, w kostiumie kąpielowym albo sportowej odzieży, w przesadzonym, imprezowym makijażu albo… odwrotnie, bez makijażu, jakby prosto z łóżka. No bo przecież nie masz innego!
Naprawdę nie masz innego? Po pierwsze – wstydź się. Po drugie – jak nie masz, to lepiej nic nie załączaj.

Nie rób researchu, nie miej pojęcia, do kogo piszesz, nie używaj wyszukiwarki

Po co ci research? Jak się zainteresują Twoją ofertą, to sami napiszą i wtedy się przygotujesz. Po co masz teraz tracić czas na siedzenie w Google? Co Cię obchodzi ile lat firma jest na rynku, czym się dokładnie zajmuje, co piszą o niej ludzie, kto tą firmę tworzy?
Na marginesie nigdy nie zapomnę, kiedy ktoś napisał do mnie w mailu o pracę, chcąc mi się (chyba) przypodobać: Jestem wielkim fanem napisanej przez Panią książki, „Zabójca z miasta moreli”. Nie powiem, porównanie do autora tej książki to wielki komplement, ale… chyba nie o to chodziło :)

Przed wysłaniem ofert nie patrz co wypluje na Twój temat Google i… Facebook

Pracodawca to nie osioł. Też umie obsługiwać internet, może nawet jest w tym bieglejszy od Ciebie. Zanim postarasz się o wymarzoną pracę sprawdź, co po wpisaniu Twojego imienia i nazwiska wyskoczy w internecie. I czy na pewno wszystkie roznegliżowane, kompromitujące zdjęcia na Facebooku są widoczne tylko „dla znajomych”, czy może także dla przypadkowych osób?
Nie, nikt nie chce tutaj grzebać w Twojej prywatności. W wolnym czasie możesz zajmować się tym czym chcesz i sypiać z kim chcesz. Tylko… praca w turystyce to praca z ludźmi. Ci ludzie będą doskonale wiedzieć jak się nazywasz i chętnie sprawdzą Cię w internecie. Żaden pracodawca który poważnie podchodzi do swojego biznesu nie chciałby mieć z tego powodu problemów.

Nie sprawdzaj z jakiego adresu e-mail wysyłasz swoją ofertę

Nazwijcie mnie tradycjonalistką, ale jestem zdania, że diabeł tkwi w szczegółach. Poważne podejście do takiego zadania jak „przygotuj i wyślij ofertę o pracę” przekłada się na poważne podejście do samej pracy.  W dzisiejszych czasach konta e-mail są darmowe. To nie problem założyć sobie konto z imieniem i nazwiskiem, przeznaczone do oficjalnej korespondencji. A, przepraszam, to istnieje coś takiego jak oficjalna korespondencja?
Nie, po co komplikować sobie życie, lepiej wysłać ofertę z CV z adresu ciocia_klocia57, albo seni_seviyorum (true story). Sukces gwarantowany.

Zacznij maila od „witam”

I właściwie na „witam” możesz od razu zakończyć.

Spoufalaj się

Załóżmy, że ofertę o pracę wystawia osoba, która prowadzi bloga. Bloga tego czytasz, wiernie śledzisz, kibicujesz. Masz wrażenie, że autora/autorkę znasz jak dobrą koleżankę.Wydaje Ci się, że a) wiesz o niej wszystko, i b) ona wie kim jesteś.
Napisz więc do niej maila na luzie, bezpośrednio, od siebie. Daj sobie spokój z dołączaniem CV i przekonywaniem o Twoich umiejętnościach. To nieistotne. Opowiedz swoją życiową Historię, przedstaw swoją Prawdę, powiedz, jak bardzo marzysz o tym, by pracować w turystyce, albo w Turcji i jak niesamowicie kochasz ten kraj, a jak wkurza Cię polska codzienność, i jak bardzo „nie możesz już tak żyć”. Nie szczędź pikantnych detali. Zwierz się, bądź otwarta, nie krępuj się.

W końcu to blogerka, ona zrozumie. I na pewno… z litości… da Ci pracę.

Prześladuj potencjalnego pracodawcę

Wiesz kim jest osoba, która rekrutuje na Twoje wymarzone stanowisko? Znajdź ją na Facebooku czy Instagramie i zacznij stalkować. Najpierw polub wszystkie jej profile, potem zacznij atakować wiadomościami. Zapytaj czy już dostała Twoje CV. Potem zapytaj raz jeszcze, jaka jest decyzja. Przy okazji wymyśl jakąś sprawę, którą koniecznie musisz z nią załatwić i pisz dalej. Męcz i stalkuj.

Ten sposób gwarantuje Ci, że choćbyś miał/a świetne CV, szybko zostaniesz zakwalifikowany do tak zwanych męczydusz. Pracodawca będzie miał Cię dość już zanim zaprosi Cię na rozmowę.

Wymagaj

Nie pozwól pracodawcy czegokolwiek wymagać. To z Twojej strony łaska, że przyjmujesz akurat jego ofertę. Negocjuj jak rasowy biznesmen, nie daj się zbić z pantałyku. Niech się o Ciebie biją! To przecież im zależy na pracowniku, a nie Tobie na pracy! Ty masz jeszcze 4537 innych ofert. Musisz to przemyśleć. Zwlekaj, nie odpowiadaj wprost, lawiruj, zaokrąglaj i zatajaj. Dodawaj sobie w CV doświadczenie z kosmosu po to, by zostać propozycję wyższej pensji. Niektóre jelenie się na to łapią i orientują, że połowa Twojego CV jest zmyślona dopiero po 2-3 miesiącach współpracy (true story).

Nie odbieraj telefonu, nie odpowiadaj na maile

Wyślij fajnego, intrygującego maila z krótkim resume swojej kariery. Dołącz do tego zgrabne, rzeczowe CV. Wszystko konkretnie i na temat, z umiarem i klasą. A następnie… nie odpowiadaj na wiadomości od zainteresowanego pracodawcy. Olej go, jeśli zadaje Ci jakieś pytania. Olej go, jeśli pisze kolejny raz, myśląc, że pierwszy mail zginął w spamie. Po prostu ignoruj, bo przecież nie chodziło Tobie o znalezienie pracy, tylko podreperowanie swojego ego, prawda?

A może masz już inną, lepszą ofertę?
Pamiętaj, że nawet w takiej sytuacji nie ma co pisać wiadomości odmownej, niech się gryzie i zastanawia skąd to milczenie. Wysłanie maila w stylu: „Dziękuję za zainteresowanie moją ofertą, ale jest ona już nieaktualna” to w końcu zbyt wiele wysiłku, po co się masz użerać, skoro i tak nie będziesz tam pracować?


Tak, wiem co sobie myślicie. Że sobie po niektórych pojechałam. A co, mam prawo. Pracodawca też człowiek, chociaż rzadko się o tym pamięta. I tak – nawet ten w turystyce, nawet pracodawca-bloger, który wydaje się taki „cool” :)