To znaczy nie samodzielnie, tylko z Agatą Wielgołaską, moją stambulską bratnią duszą od pisania i tureckiej nieuleczalnej miłości. Ale samodzielnie, czyli bez udziału wydawnictwa. Mądrze i z angielska nazywa się to selfpublishing i może wiecie, a może nie, robi się od jakiegoś czasu coraz modniejsze na świecie i w Polsce.

Ponieważ pierwszy tysiąc egzemplarzy sprzedał się kilka miesięcy temu, i dodrukowałyśmy kolejny tysiąc książek, które aż palą się, żeby znaleźć się w Waszych rękach… będą dzisiaj wspominki o nieśmiałym wydźwięku promocyjnym.

Chociaż temat nie ma ścisłego związku z Turcją, myślę, że może być dla Was interesujący. Kulisy powstawania czegoś, co potem trafia do Twojej ręki jako czytelnika… zazwyczaj nie zastanawiamy się skąd się to wzięło, skąd taka cena, i dlaczego nie można znaleźć naszej książki w księgarniach.

Ponadto już kilka razy odezwały się do mnie osoby, które same blogują i piszą, albo takie, które po prostu marzą o własnej książce. Interesowało je jak u nas ten proces przebiegał i jakim cudem z Agatą nie pozabijałyśmy się gdzieś po drodze, a co więcej, nadal się przyjaźnimy :)

A było to tak:

Jak wydałam książkę o Turcji

Początki i pomysł

Idea własnej książki prześladowała mnie od dawna. Kto mnie czyta od początku (a wiem, że są tacy na sali; proszę podnieść rękę i nacisnąć przycisk!), może nawet pamięta, jak na porządku XXI wieku, gdzieś, kiedyś o tym wspominałam. Ba, wiele osób mnie o to pytało, wręcz domagając się książki.
A jednocześnie myślałam: ja, taka nikomu nieznana blogerka, która pisze właściwie „dla jaj”, i książka?

Własna książka kojarzyła mi się z po pierwsze ciężką pracą, po drugie z nieustannym dobijaniem się do drzwi wydawców, a po trzecie z całym tym zamieszaniem promocyjnym, które jest dzisiaj niezbędne, żeby książka się sprzedała. I jeszcze ta myśl w tyle głowy: przecież jest tylu zdolniejszych ode mnie, którzy nie wydali własnej książki!

Tymczasem na mojej tureckiej drodze spotkałam Agatę Wielgołaskę, chorą nieuleczalnie na schorzenie zwane Stambułem. Okazało się że łączy nas wiele, między innymi znak zodiaku (ważne!), pasja pisania (ważniejsze!), nieuleczalna miłość do Turcji (też!) i… idealizm (który nas wciąż gubi, ale o tym później). Agata założyła również bloga (link), i tak sobie blogowałyśmy, jednocześnie regularnie pisząc do siebie długie maile (to były czasy przed Facebookiem).

I gdzieś, kiedyś, pomiędzy jednym mailem a spotkaniem narodził się pomysł książki. Wspólnej. Argument był jeden: bo takiej książki o Turcji nie ma. No nie ma w Polsce, po polsku, nie było – i wiecie co? – nadal nie ma drugiej takiej. Książki pisanej przez osoby mieszkające w Turcji od lat, o Turcji od środka (bez polityki, a o ludziach; bez sensacji i skandalu, a na lekko i z humorem i osobiście).

A, był jeszcze drugi argument: jak ciekawe byłoby zestawienie naszych dwóch perspektyw. Śródziemnomorski kurort w którym mieszkam ja i wielka metropolia, w której mieszkała Agata. Plaża, drinki z palemką, hotele all inclusive versus korki, promy na Bosforze i szaleni taksówkarze.

Etap drugi: piszemy książkę o Turcji

Najpierw podzieliłyśmy się tematami. Co kto lubi. Agata, jako socjolog, zna się na cyferkach, liczbach, statystykach, ale pisze też pięknie i poetycko. Z klimatem. Choć nie tylko, bo jest taki jej jeden rozdział w książce, o tureckim domu, który zawsze (zawsze!) rozbawia mnie do łez.
Ja z kolei ja, kulturoznawca, uwielbiam, jak wiecie, pisać o obyczajach, codzienności, jedzeniu, także sprawach sercowych, no i – oczywiście języku tureckim.

Agata pisała niemalże „od zera”, ja natomiast częściowo wykorzystałam swoje niektóre teksty z bloga, kilka przerobiłam i rozbudowałam, uznając, że nie ma sensu odkrywać Ameryki na nowo. Potem wysyłałyśmy sobie nasze partie tekstu, czytałyśmy po setki razy, układałyśmy kolejność rozdziałów, znów poprawiałyśmy, jedna drugą nawzajem, i znów czytałyśmy po setki razy. To jest ten plus pisania wspólnej książki – można powiedzieć, że byłyśmy nie tylko autorkami ale także redaktorkami i korektorkami – jedna widziała pracę drugiej „na świeżo”, z dystansu, więc byłyśmy w stanie wyłapać swoje błędy czy nieścisłości.

Kiedy skończyłyśmy książkę i dałyśmy ją do przeczytania i oceny bliskim (pamiętam tą adrenalinę!), był rok 2010.

Z tytułem było trochę myślenia, ale stanęło na „Turcja. Półprzewodnik obyczajowy”. Że właśnie pół-przewodnik, czyli pół-żartem, pół-serio. A nie przewodnik z datami, historią i trasami zwiedzania.

Tak nie wydawaj swojej książki, głupcze!

A potem był błąd, który wiele nas nauczył. Ale po kolei.

Wysłałyśmy spis treści i fragment tekstu do kilku wydawnictw. Nie czekałyśmy długo, odezwało się jedno, proponując wydanie książki. Byłyśmy tak szczęśliwe, że odebrało nam rozum. Szybko podpisałyśmy umowę, konsultując ją tylko z bliskimi, wśród których nie było prawnika. Nie była zbyt korzystna, zakładała przeniesienie praw autorskich na 5 lat i prowizję od sprzedaży, ale uznałyśmy, że skoro jesteśmy nikomu nieznanymi autorkami, to powinnyśmy po stopach całować tych, którzy chcą wydać naszą (naszą! pierwszą!) książkę.

Stopniowo pojawiały się problemy. Nie do końca odpowiadająca nam okładka, dziwne sugestie w redakcji, w ogóle dość specyficzne wydawnictwo, które działało jakby w mentalności poprzedniego stulecia (pytanie wydawcy, czy możemy kontaktować się telegrafem z Turcji, do dziś traktujemy jako żart, ale chyba było na serio). Pierwsze 1000 egzemplarzy zostało jednak wydrukowane i to się liczyło! Fruwałyśmy pięć metrów nad ziemią!

Pamiętam dzień, kiedy po wielu perypetiach karton z książkami dotarł do mnie do Alanyi. Zbiegło się to z czasem, kiedy przestałam być rezydentką i pilotką i dołączyłam do Króla Pomarańczy by wspólnie stworzyć biuro podróży. Nie mieliśmy pieniędzy, tylko kredyty, pracowaliśmy w pocie czoła po kilkanaście godzin na dobę, i wtem po wielu przebojach z biurem celnym pojawia się Moja Książka (aż się chce dodać „cała na biało” :))

Ba, w ślad za książką w biurze pojawiać się zaczęli pierwsi chętni do jej kupna! Autografy, pochwały, podziękowania i przemiłe maile. To wszystko było niesamowite. Marzenie o książce się spełniło.

Jesienią 2011 roku odbyło się też nasze pierwsze spotkanie autorskie zorganizowane przez wydawnictwo w Warszawie. Była kawa, baklawa, mnóstwo znajomych, ale i obcych, którzy po prostu zainteresowali się naszą książką. Mnóstwo autografów, sporo sprzedanych książek. I my dwie – jeszcze takie „zielone”, niewyrobione, zdenerwowane.

Mijały miesiące, jednak obiecane rozliczenia od wydawnictwa docierały do nas częściowo albo wcale. Ponoć książka się nie sprzedawała, w co łatwo było uwierzyć, skoro niemal nikt o niej nie wiedział. Nie pisano przecież o nas w gazetach. Same organizowałyśmy sobie spotkania autorskie w różnych miastach, żeby promować książkę, ale nie było to najłatwiejszym zadaniem, skoro mieszkałyśmy i pracowałyśmy w Turcji. Warto też pamiętać, że było to dobrych kilka lat temu i nie wystarczyło dodać wydarzenie na Facebooku czy post na Instagramie (którego zdaje się, jeszcze nie było :)).

Czy pisarz jest dla czytelnika, czy czytelnik dla pisarza? Crowdfunding.

A może to coś w rodzaju dwustronnego układu, w którym dbamy, by obie strony były zadowolone?

Stopniowo miałyśmy już dość naszego wydawnictwa, które płaciło nam śmieszne grosze, a częściej po prostu nie płaciło i nie odpowiadało na maile czy telefony. Gdzieś w międzyczasie sprzedał się drugi tysiąc egzemplarzy, ale prowizji z niego już nie zobaczyłyśmy. Kiedy zaczęłyśmy dostawać informacje, że na stronie wydawnictwa można zamówić i opłacić książkę, a mimo to nie dociera ona do adresatów, klamka zapadła. Znalazłyśmy prawnika, specjalistę od praw autorskich, który podpowiedział nam co robić, aby uwolnić się od tego kontraktu. Odczekałyśmy do wygaśnięcia praw autorskich, napisałyśmy wypowiedzenie umowy, i wezwanie do rozliczenia honorarium, na które nigdy nie otrzymałyśmy odpowiedzi, a następnie ruszyłyśmy z pracami nad drugim, całkowicie własnym, wydaniem.

Drugie wydanie ukazało się w 2015 roku i było już całkowicie nasze. Okładkę zaprojektowała utalentowana graficzka, siostra Agaty Wielgołaskiej, Kachna. Teksty redagowałyśmy i aktualizowałyśmy znów my, ale tym razem tylko my. Skład zleciłyśmy poleconej drukarni. Postarałyśmy się o nowe numery ISBN. Nad sprawami formalnymi czuwał (i do dziś czuwa) tato Agaty.

Oczywiście druk własnej książki to nie bułka z masłem – głównie ze względów finansowych. Wymyśliłyśmy więc, że nasi fani i czytelnicy, którzy tak bardzo chcieli kupić naszą książkę, w pewnym sensie nam ją sfinansują. Wzorując się na popularnych serwisach crowdfundingowych poprosiłyśmy na naszych blogach o przekazywanie nam dowolnych kwot-darowizn na dofinansowanie druku książki. Jako podziękowanie wysyłałyśmy następnie gotową książkę z autografem albo – przy mniejszych kwotach – ręcznie przez nas pisane pocztówki z Turcji.

Udało się nam w ten sposób zebrać jakieś 1/3 kwoty druku książki, ale było to dużo więcej niż pieniądze – niesamowite poczucie, że mamy za plecami wsparcie naszych czytelników i przyjaciół, i że jest ich bardzo dużo. To z kolei pozwalało sądzić, że książka jest całkiem niezła ;) Wierzyłyśmy, że nam się sprzeda – wcześniej czy później, i że nie będziemy potem wciskać wszystkim krewnym i znajomym królika jako niechciany prezent przez kolejnych 10 lat ;)

Zmontowałyśmy sobie internetowy sklepik i postanowiłyśmy, że odtąd będzie to jedyny kanał sprzedaży naszej książki. Żadnych pośredników, żadnych kombinacji. Wszystkie koszty i zyski dzieliłyśmy na pół. Prosto, ale jednocześnie i trudno – bo kiedy Twojej książki nie można znaleźć w pierwszej lepszej księgarni, to naprawdę JEST trudno.

Nasz niekończący się kurs selfpublishingu

Cóż, mogę tylko powiedzieć: my uczymy się na własnych błędach. Wciąż i wciąż. Tak naprawdę cała moja życiowa przygoda z blogiem, potem z biurem podróży, kanałem na Youtube – to wszystko kolejne eksperymenty, doświadczenia, potyczki, błędy, sukcesy, i malutkie kroczki do spełnienia marzeń. Książka jest jednym z elementów. Nie wstydzę się tego błądzenia we mgle, jestem dumna z osiągnięć, z ilości wywiadów które przez te lata odbyłam, spotkań autorskich które przeprowadziłam, nawet jeśli ze stresu dostawałam rozstroju żołądka, nawet jeśli w porównaniu z wieloma gwiazdami internetu czy blogosfery nasz jak dotąd tysiąc sprzedanych samodzielnie egzemplarzy nie znaczy nic. Dlatego też piszę o wszystkim otwarcie w dzisiejszym tekście.

Po pierwsze, żeby odczarować ten mit „własnej książki” – że niby jak się wyda własną książkę, to już potem tylko splendor, kasa i czerwone dywany. My na naszej książce zarobiłyśmy (i nadal zarabiamy) na przysłowiowe waciki, biorąc pod uwagę ilość lat, sprzedanych egzemplarzy, i wysiłek który włożyłyśmy w jej napisanie, promocję – wszystko samodzielnie, bez niczyjej pomocy, projektów i unijnych funduszy :)

Zresztą policzmy sobie sami – zróbmy taką symulację:

Druk 1000 egzemplarzy książki = 8.000 zł / 2 autorki – 4.000 kosztu druku na autorkę
Cena detaliczna 39,99 zł x 1000 egzemplarzy = niecałe 40.000 zł / 2 autorki = 20.000 zarobku na autorkę
Od 2015 do 2018 roku to 4 lata – tyle zajęło nam sprzedanie całości własnego nakładu.
Czyli 20.000 zł – 4.000 kosztu druku = 16.000 zarobku* / 4 lata = daje 4 tysiące zarobku rocznie.
Podzielmy to jeszcze na miesiące: każda z nas zarobiła 333 zł miesięcznie!

Teraz powiedzcie, że pisanie książek jest dochodowym interesem ;)

*W symulacji zarobku nie policzyłam kosztów wyjazdów na spotkania promocyjne (nie było ich dużo, ale jednak były wyjazdy na drugi koniec Polski), wysyłania darmowych egzemplarzy Osobom, Które, Wydawałoby Się, Przeczytają Książkę i Polecą Ją w Jakimś Tygodniku, Dzienniku Czy Wiadomościach, co zapewni nam splendor, kasę i czerwone dywany. Nie liczymy też akcji promocyjnych (obniżki cen książki), kosztu prowadzenia sklepiku online, domeny, serwera, podatków, albo energii i zaangażowania naszych bliskich, którzy wspaniale i „tylko” z miłości do nas ogarniają temat wysyłek książek do klientów, podczas gdy my wygrzewamy się pod palmami w Turcji (taki żarcik z ucałowaniami przede wszystkim dla mojej Mamy i taty Agaty)

Po drugie, pisząc ten tekst chciałam też przestrzec innych początkujących autorów przed nadmiernym popadaniem w samozachwyt po otrzymaniu maila z wydawnictwa, tak jak nam się zdarzyło w pamiętnym roku 2010. Myślę zresztą, że w dzisiejszych czasach jest już też i trudniej wydać własną książkę ot tak „za darmo” przez wydawnictwo (jak my zrobiłyśmy), ale też i łatwiej – bo każdą firmę można sprawdzić w internecie, zobaczyć czy jest godna zaufania, a umowę dać do przeanalizowania prawnikowi. To naprawdę niewielki koszt.

Dwie tureckie autorki. Dwie kobiety. Słowo o współpracy

Nie raz zadawano mi pytania o rywalizację. Dwie piszące kobiety, dwie blogerki, dwie Agaty. Jakim cudem przez tyle lat współpracujemy i wzajemnie się wspieramy bez żadnych (serio, żadnych!) konfliktów? Dzielimy koszty i zyski po połowie, nie kłócimy się o drobiazgi?
Pierwsza przyczyna jest pewnie taka, że nie było nigdy tych milionów i czerwonych dywanów, więc luksus i pieniądze nie zdążyły nas zepsuć ;))

Po drugie, każda z nas realizuje się nieco na innym polu. Mamy inne charaktery, chociaż podobne życiowe priorytety. Obie jesteśmy idealistkami do bólu, dla nas obu pisanie, tworzenie, liczy się jako jedna z najważniejszych życiowych aktywności. Dodatkowo każda z nas ma trochę inne talenta, można więc powiedzieć że się dopełniłyśmy.

No i, co pewnie najważniejsze, po prostu się lubimy!

Podsumowując, nie wyobrażam sobie innej – i bardziej odpowiedniej osoby – z którą mogłam napisać i wydać tą książkę.

Autorki świętujące częściowo sfinansowane przez czytelników samodzielne wydanie książki, Stambuł 2015

Gdzie jesteśmy teraz?

Pod koniec 2018 roku sprzedał się pierwszy 1000 wydrukowanych samodzielnie egzemplarzy. Niedawno zrobiłyśmy dodruk, a więc mamy na „liczniku” drugi tysiąc (albo czwarty, licząc pierwsze dwa z poprzedniego wydawnictwa). Książkę „Turcja. Półprzewodnik obyczajowy” możecie kupić od teraz także na moim blogu, o tutaj.

W międzyczasie idąc z duchem czasu wydałyśmy książkę w wersji ebook. A dokładniej, pocąc się w drewnianym domku na obrzeżach australijskiego Melbourne w lutym 2016 udało mi się samej opanować program do tworzenia ebooków, z czego jestem dumna. Później, w 2018 roku, będąc już na półmetku ciąży, za namową mojego brata, lektora, nagrałam książkę do słuchania czyli audiobooka. Też jestem z tego dumna.

Chociaż ktoś może powiedzieć: tysiąc sprzedanych egzemplarzy? Co to jest?
Dla nas bardzo dużo.

Tak naprawdę dopiero teraz, po tym okresie 3 lat działania na własną rękę, wiem co robić, i czego nie robić, żeby sprzedać książkę. Wiem, że przez lata byłyśmy zbyt bierne. Że nie wykorzystywałyśmy naszego potencjału. Nigdy nie woziłam ze sobą wizytówek i książki w torbie, chociaż wiele razy tego żałowałam. Nigdy nie byłam typem, który wchodzi oknem, kiedy zamykają mu drzwi. Raczej w życiu płynę z prądem, licząc na łuty szczęścia i zbiegi okoliczności, co w promocji własnej książki nie jest chyba godnym naśladowania podejściem ;)

Jednocześnie myślę, że po tylu latach rozmaitych przygód i wpadek, sukcesów i spotkań autorskich jestem już marketingowym wymiataczem. Jedyny problem, że nie mam aktualnie czasu na wdrożenie wszystkich moich pomysłów :)

Cały ten okres kilku lat był poligonem doświadczalnym, który trzeba było łączyć z codziennym życiem, angażującą pracą, prowadzeniem bloga, czy innymi projektami. Agata Wielgołaska w tym okresie nie próżnowała: napisała swoją drugą książkę „Stambuł w oparach absurdu”, którą też wydała całkowicie samodzielnie i też sprzedaje tylko poprzez nasz sklepik. Wydała też tomik wierszy. Ja z kolei dałam się pochłonąć pracy w naszym biurze podróży. Książka po prostu sprzedawała się powolutku gdzieś na marginesie naszego życia.

Sprzedawać będziemy ją nadal – dopóki będą chętni na jej przeczytanie ;)

Jeśli jej nie macie w swojej biblioteczce, zapraszam do zakupu. Wszystkie informacje i spis treści znajdziecie tutaj: tutaj

Dostępne wersje:

19,99 – kosztuje ebook w formacie epub lub mobi
29,99 – kosztuje audiobook w formacie mp3
39,99 (+koszt przesyłki) – kosztuje wersja drukowana

Na koniec mam jeszcze informację. Od 20 lipca będę w Polsce. Osoby zainteresowane otrzymaniem książki z moim autografem mogą zamówić ją już teraz i dopisać w zamówieniu prośbę o autograf – wtedy wysyłka zostanie wstrzymana do czasu mojego przyjazdu i złożenia autografu, czyli właśnie do 20 lipca ;)