Dokładnie 9 lat temu, 24 maja 2005 roku, założyłam bloga o nazwie „merhaba”. Było to jedyne wówczas znane mi słowo po turecku, które wyczytałam w kieszonkowym słowniczku i bez problemu zapamiętałam. Pierwszy wpis z 24 maja zaczynał się tak:

a więc podjęłam decyzję. jadę. :) został tydzień. o ile wszystko pójdzie tak, jak powinno, to wylot nastąpi 1 czerwca. czekać mnie będą trzy miesiące pobytu na Riwierze Tureckiej w Alanyi lub Side. brzmi bosko, ale zapowiada się solidna harówka ;) 

Decyzja o wyjeździe do Turcji była kompletnym przypadkiem. Miałam 25 lat, rok wcześniej ukończyłam studia humanistyczne. Nigdy nie jeździłam na wczasy z biur podróży, nie wiedziałam co to all inclusive, nie znałam słowa „rezydent”. Nie leciałam też samolotem. Bardzo chciałam się wyrwać do pracy (jakiejkolwiek!) za granicę, ale celowałam we Francję lub Hiszpanię, szczególnie Francja była mi bardzo bliska (interesowałam się tym krajem, nauczyłam języka, ba, nawet chciałam studiować romanistykę). Któregoś dnia zadzwonił mój dobry kolega i poinformował mnie o ofercie pracy w Turcji. Sam też miał jechać, później zrezygnował, a ja postanowiłam że jadę i tak; czułam że muszę dać swojemu życiu zastrzyk świeżości. Temu koledze zresztą nie zapomnę, jak powiedział mi kiedyś, abym (podobnie jak on) zrobiła kurs pilota wycieczek. Wyśmiałam go wtedy strasznie, tłumacząc że przecież przemawiając do grupy ludzi spaliłabym się ze wstydu, i że kompletnie bym się nie nadawała do takiej pracy… On upierał się, że się nadaję… Życie jednak robi niespodzianki :)

Od samego początku miałam niezłe przygody. Jak piszę w blogu parę dni później:

Wyprawa do Warszawy po wizę przyniosła dużo wrażeń, głównie pozytywnych, choć oczywiście nie obyło się bez pomyłek, zamian paszportów na przykład (i wiz), i ścigania mnie przez ambasadę w celu odmienienia ich z powrotem, kłopotów z bankomatem, błądzenia, a wieczorem wysypki (i paniki) spowodowanej najprawdopodobniej upałem.

Do Turcji trafiłam 6 czerwca. Dzień wcześniej pisałam:

Mam nadzieję, że sobie poradzę. Że np. nie pogubię się w lotniskowym gąszczu, a mój lichy (liiiichy) angielski jakoś mi pomoże. (…) Będę pracować w hotelu, jako ‚animator’ zachęcający turystów do korzystania z tureckiej łaźni. Nie wiem czy to dobrze, czy źle (trudno mi dokładnie to sobie wyobrazić), w każdym razie praca na pewno nie będzie należeć do „siedzących”, podobno większość dnia spędzać będę w okolicach basenu. Hmm, jak to mówią dresiarze, „strzaskam się na mahoń”. Oby nie za bardzo ;)

Pierwszy wpis z Turcji miał tytuł „GÜÇ IYIM!” co według mnie znaczyło: „bardzo dobrze” :) Intuicję miałam jednak niezłą, güç znaczy bowiem siła. Ta siła przydała się podczas moich pierwszych miesięcy w Turcji. Oczywiście trafiłam do specyficznego środowiska, od razu między Turków – i to samych mężczyzn! Mieszkałam z nimi i pracowałam w łaźni. Wyglądało to tak:

jest tu zupełnie inaczej. po prostu inaczej. wszystko do czego przywykłam, wszystko to, co w naszym, europejskim świecie jest normalne, tutaj nie istnieje. jestem w specyficznej sytuacji, bo otoczona od rana do wieczora Turkami chłonę to wszystko jak gąbka. nie mam wyjścia. złapałam siebie na tym, ze czasami rozumiem ogólny sens z tego co oni mówią – dziwne, bo poznałam ledwo paręnaście tureckich słów. podobno po ponad miesiącu może zrozumiem już na tyle, żeby zacząć się komunikować. o ile zostanę tu ponad miesiąc.

W lipcu, kiedy zaczęłam się zadomawiać, nagle niespodzianka:

dziś wczesnym popołudniem nagle otrzymuję wiadomość: jutro lecę do Polski. prawdopodobnie łaźnia zostanie zamknięta. nie są w stanie zarobić na czynsz, a co dopiero na utrzymanie pracowniczki jej wizę. kto wie czy moi dwaj współpracownicy dostaną wypłatę, nie mówiąc już o mojej. paskudnie, prawda? ale nie chce wracać. nie teraz – dopiero zaczęłam czuć się tutaj nieźle, zaczęłam sobie radzić. dlatego tez powiedziałam dziś bossowi, ze bardzo, ale to bardzo zależy mi na zostaniu w hotelu i zmianie pracy. tym bardziej, ze wiem, że są poszukiwani pracownicy z Polski. a ja jestem już na miejscu, znam hotel i tutejsze realia, więc chyba bardziej opłaca się zatrudnić mnie niż kompletnego nowicjusza :)

A potem wszystko już toczyło się w tempie ekspresowym:

jeszcze raz poprosiłam mojego bossa o możliwość zmiany pracy. dal mi propozycje bycia rezydentka w którymś z hoteli, za mniejszą niż inni rezydenci stawkę (…)
w hotelu K. w Side spędziłam urocze półtora tygodnia przyuczając się do bycia rezydentką. mieszkałam w hotelu z innymi rezydentami ale nie miałam swojego miejsca, więc spałam tam, gdzie akurat było trochę przestrzeni albo wolne łóżko, bo np. ktoś był na wycieczce albo spał u kogoś innego. warunki były więc kiepskie, tym bardziej, że nie miałam zielonego pojęcia ile tam zostanę, co parę dni wątpiłam już we wszystko i chciałam wracać do Polski. (…) nie obyło się oczywiście bez pomyłek, błędów, głupot które popełniłam będąc osobą zupełnie zieloną w kwestiach turystyki, pilotażu i czegokolwiek. wszelkie problemy próbowałam pokonywać uśmiechem i przyznawaniem się do krótkiego stażu – jakoś poszło. 

Ostatecznie – był to mój najszczęśliwszy dzień podczas całego sezonu – pewnego pięknego dnia wysłano mnie z powrotem do mojego hotelu w Alanyi i uczyniono łaskawie pełnoetatową rezydentką.

wreszcie mogę gdzieś rozpakować rzeczy. mamy klimę, mam swoje łóżko i dużo przestrzeni na dobre funkcjonowanie. mieszkam w pensjonacie z ludźmi z personelu, jestem naprawdę zadowolona. inna sprawa, ze spotkało mnie tu już tyle przygód i rozczarowań, że teraz cieszę się nawet najmniejszym głupstwem – takim jak balkon i szafka na ciuchy.

W międzyczasie, poza pracą (na blogu podawałam często swoje rozkłady dnia i tygodnia, warunki w jakich pracowałam i inne „smaczki”) wkręcałam się w turecki klimat. Często podkreślałam jednak jak bardzo tęsknię za Polską i swoimi przyjaciółmi i jak bardzo czuję się „poza” normalnym światem (co nie było dziwne zważywszy na brak dostępu do telewizji nie mówiąc już o internecie – korzystałam wtedy raz na tydzień z kafejki internetowej, starając się w ciągu godziny czy dwóch nadrobić wszystkie zaległości).
W sierpniu na przykład podałam WIADOMOŚĆ DNIA:

kupiłam na bazarze super dżinsy, prawdopodobnie oryginalne denimy Diesla za 4 dolary!!! jestem szczęściara. i uwielbiam bazar!

Och, ale ja byłam wtedy naiwna :)
Pod koniec lata coraz częściej tęskniąc za Polską jednocześnie podsumowywałam swój pobyt. Nie chciało mi się wyjeżdżać, nową pracę rezydenta pokochałam jak żadną inną dotychczas, choć nie odpowiadało mi biuro w jakim pracowałam. Nie miałam co prawda doświadczenia w tej pracy ale czułam, że coś jest nie tak. Docierało do mnie wtedy, że znalazłam swoją nową pasję – turystykę. Było to prawdziwe odkrycie sezonu!

z pamiętnika rezydenta:
przedwczoraj rafting, potem dyżur
wczoraj aquapark
dziś jeep safari, potem dyżur
wieczorem odprawienie jednej grupy gości na lotnisko, w tym samym czasie przywitanie i zameldowanie drugiej
milion pytań i problemów, nie wiadomo gdzie się odwrócić bo każdy mnie woła i czegoś chce.
uwielbiam tą pracę.
no uwielbiam po prostu.
całe to wariactwo.

Podsumowując pobyt pisałam:

pojechałam tutaj z poczuciem, ze ze swoim życiem powinnam coś zrobić – no i zrobiłam, więc trudno się dziwić że polubiłam miejsce, które tak mnie odmieniło. na przykład schudłam :) trochę, ale zawsze. opaliłam się – to oczywiste. włosy mam długie i bardzo jasne – jak na brunetkę :) po angielsku mówię swobodnie (…) komunikować się nie boję i nie mam w tej kwestii żadnych problemów. podobnie jak po turecku – ostatnio na lotnisku byłam tłumaczem, co dziwiło wszystkich, ze mną na czele. wiedzieli, że turecki chwytam w lot i ze nauczyłam się już bardzo dużo, ale teraz było to naprawdę niesamowite. kierowcy, którzy nie mówią w zadnym języku poza tureckim i piloci, którzy mówią we wszystkich językach poza tureckim wołali, żebym im pomogła się dogadać więc pomagałam – coś we mnie jakby zaskoczyło i nie miałam problemu ze zrozumieniem i mówieniem… 

Oczywiście (tego nie można przemilczeć, żeby moje wspominki pozostały wiarygodne) zdarzyły mi się przelotne „romanse” czy choćby „fascynacje” tureckimi chłopakami. Z kilkoma chodziłam nawet na randki (oczywiście nie jednocześnie!) Ale na koniec dość przytomnie napisałam wtedy:

i nie myślcie sobie, że ja tu za jakiegoś Turka zamierzam wyjść za mąż albo coś w tym stylu… po prostu podoba mi się tu, dobrze mi się żyje, więc skoro mogę zostać (o miesiąc dłużej) – to dlaczego nie?

Hm… dziś taka deklaracja ma w sobie tyle naiwnego uroku :)
Oczywiście moje zakochanie w Turcji miało szerszy kontekst. Nowy świat wciągnął mnie, bezkrytyczną, całkowicie po uszy:

tutaj po prostu nie można czuć się samotnym – ludzie są bardzo otwarci, i nie chodzi tylko o to ze większość z nich to faceci a my jesteśmy dziewczynami. rzecz w ich mentalności – powalającym optymizmie, dobrym humorze, chęci bezinteresownego niesienia pomocy. ile to razy zmęczeni po kilkunastu godzinach pracy jako pierwsi rozkręcali tance na dyskotece albo zaczynali serie głupich żartów w restauracji. ach, żebyście widzieli jak oni umieją tańczyć i śpiewać!
(…) najchętniej spakowałabym całą Turcję do moich 2 toreb i jednej walizki i po prostu bym Wam ją przywiozła. wszystko chcę zabrać, każdy najmniejszy szczegół. nie potrafię stąd wyjechać. tak bardzo związałam się z tym miejscem – wszystko co tutejsze stało mi się tak bliskie. nie mówiąc już o samych ludziach – to przecież głównie dzięki nim zostałam tu tak długo. i dzięki nim mam wielką ochotę wrócić.

Po powrocie do Polski (zebrało się ponad 4 miesiące pobytu) długo nie mogłam dojść do siebie. Turcja zawładnęła moim życiem, stała się nową pasją. Byłam jak „biała kartka”, która stopniowo zapełniała się notatkami, obserwacjami, przeżyciami. Co docenię dopiero po paru latach: nie byłam w żaden sposób ukierunkowana, nikt nie miał na mnie wpływu, wszystkie decyzje podejmowałam samodzielnie.
Miałam szczęście, że trafiłam jako zieloniutki pracownik turystyki pomiędzy prostych ludzi, poznałam kulturę tureckiego macho (moich masażystów z pracy) od podszewki, miałam okazję poznać ich codzienne problemy jako obserwatorka a z czasem powierniczka i przyjaciółka. Byłam w tureckim domu, jadłam na sofrze rozłożonej na podłodze, nie wiedziałam co jest tabu a co nie, wszystkiego ucząc na własnych błędach. Po drugie: turystyka. Zaczynałam od totalnego dna, nie wiedząc co to transfer, twin bed albo voucher i co się mówi przez mikrofon na wycieczkach. Pod koniec sezonu czułam się już pewnie i występując przed ludźmi czułam miły skok adrenaliny. Pisząc bloga podkreślałam, że nie miałam wtedy okazji do podróżowania i poznawania miejsc: wciąż przemierzałam trasę Alanya-Side-lotnisko i praktycznie cały czas zabierała mi praca. Mimo tego, albo właśnie dlatego dałam się zarazić tym „tureckim wirusem”.
Postanowiłam uzyskać pełne przygotowanie do wykonywania zawodu pilota i rezydenta. Ostro rzuciłam się do nauki języków. Lato 2005 roku, mimo że było to „ledwo” kilka miesięcy, dało mi życiowego kopa i pozwoliło określić mniej więcej kierunek, w jakim chciałabym podążać, a który wcześniej bałam się określić i wypowiedzieć na głos. Podróże i pisanie. Pisanie i podróże.

W październiku 2005 piszę – jestem pewna, że miałam wtedy włączone w głośnikach tureckie piosenki:

a ja ciągle marznę. nadal polska herbata ma dla mnie smak papieru. polskich liter na klawiaturze wciąż nie znajduję. wciąż słucham tylko tureckiej muzyki albo muzyki znanej mi z Turcji. i żałuję, że tak mało rzeczy przywiozłam. pamiątek, ciuchów, jedzenia.
ayranu zapomniałam.
powoli dojrzewam do pisania. i wysyłania.
może z historii nie jestem najlepsza, ale coś przeżyłam, coś zobaczyłam. może warto się tym podzielić?

Blog, co szalenie mnie zaskoczyło, bo pisałam go głównie dla znajomych, przyjaciół, rodziny z Polski i paru podkochujących się we mnie polskich adoratorów :), stał się popularny w internecie. Czasem jeszcze podczas tego pierwszego lata w słynnym hotelu S., w którym wtedy pracowałam (a który w tej postaci już nie istnieje, podobnie jak i moja pierwsza firma – pracodawca) meldowali się turyści, którzy mówili, że czytali moje relacje w sieci. Podejrzewam, że „śledziło mnie” także kilkoro współpracowników. Wszystko to zachęciło mnie do dalszych działań, dodało odwagi. Na końcu jednego z wpisów po powrocie do Polski napisałam poniższe słowa, które nawet i teraz – czytając – przywołują wspomnienia tego pierwszego sezonu, emocji które wtedy przeżywałam i początku mojej Wielkiej Życiowej Przygody:

ps. 1 nie wiedziałam ze tylu z Was czytało. dzięki Wam za to.

ps. 2. tęsknię bardzo. cały czas mam nadzieję, że obudzę się i znów będę musiała iść na dyżur, albo jechać na wycieczkę. a czasami wprost przeciwnie – jakbym się obudziła ze snu o tureckiej wyprawie. i to i to wydaje się całkowicie nierzeczywiste. nie do uwierzenia.

I tak to się wszystko zaczęło :)

Skylar w 2007

Skylar w 2007 (zdjęcia z 2005 mam jeszcze w postaci analogowej, zostały w albumach w Polsce)