Postanowiłam po wielu latach powrócić do pływania i tym samym wprowadzić zasadę „ruch to zdrowie” w życie. W Alanyi od niedawna jest możliwość nie tylko pluskać się w maleńkich i płytkich odkrytych basenach, ale i pływać tak na serio.
Nasza wspaniała metropolia, reklamująca się hasłem „Alanya – miasto sportu” oferuje bowiem nie tylko 20 metrów ścieżek rowerowych oraz system sfatygowanych rowerów miejskich, nie tylko kilka imprez sportowych o randze krajowej i międzynarodowej rocznie (jak np. Prezydencki Wyścig Kolarski jak i zawody w ramach Pucharu Triathlonowego) ale, od jakiegoś czasu, także wspaniały olimpijski kryty basen!

Pamiętam poprzednie zimy w Alanyi spędzone na cudownym lenistwie, które usprawiedliwiałam sama przed sobą faktem, że basen jest wciąż w budowie. Trwało to faktycznie długo (17 lat!), i oto wreszcie basen otwarto. A potem wciąż było coś do roboty, rozpoczął się sezon, wygospodarowanie więc jednej wolnej godziny wyglądało nierealnie (co oczywiście nie znaczy, że jak się chce, to można; najwyraźniej zbyt mocno nie chciałam, no i martwił mnie fakt, że godzinę pozostałabym poza zasięgiem telefonu ;))

Teraz postanowiłam jednak wykorzystać ten spokój duszy, który mam na urlopie, i zadbać trochę o własną formę i zdrowie. Owszem, lubię jeździć na rowerze, o czym często tu wspominam, ale wciąż nie kupiłam sobie własnych dwóch kółek, a pożyczony rower którego używam nie jest zbyt komfortowy (nieodpowiedni do mojego wzrostu), od jakichś 3 miesięcy rzadko go dosiadam, co jak zauważyłam wybitnie przełożyło się na mój stopień obrastania w tłuszcz.

Z pływaniem łączy mnie związek silniejszy niż z jakimkolwiek innym sportem, a mianowicie genetyczny. Mój ojciec jest trenerem pływania, od dziecka więc środowisko pachnącego chlorem wodnego zbiornika było moim naturalnym, przez kilka lat w szkole podstawowej trenowałam ten sport, co wtedy wydawało się najnudniejszą rzeczą na świecie (to liczenie przepłyniętych basenów i monotonia pod wodą!).
Jak to jednak bywa często z aktywnościami, których uczymy się za dziecka, odrzucone w kąt w wieku dojrzewania i buntu, wracają do nas po jakimś czasie… i nabierają zupełnie innych kolorów. Tak i jest w moim przypadku z pływaniem ale… nie uprzedzajmy faktów.

Udałam się na Alanya Belediyesi Olimpik Kapalı Yüzme Havuzu (czyli: Miejski Kryty Olimpijski Basen Pływacki w Alanyi), położony w Alanyi niedaleko dworca autobusowego (Otogaru), żeby dowiedzieć się co i jak.

Miła pani w recepcji poinformowała mnie, że potrzebuję następujących rzeczy:
– wypełnionego wniosku będącego jednocześnie raportem lekarskim (który poświadcza, że jestem zdrowa na tyle, by na basen chodzić),
– jednego zdjęcia legitymacyjnego,
– czepka i kostiumu pływackiego oraz klapek.

Prościzna, pomyślałam, i powędrowałam do rejonowej przychodni zdrowia, tzw. Sağlık Ocağı, gdzie, mimo, że nie jestem ubezpieczona w tureckiej służbie zdrowia, mogłabym, jak mi powiedziano, uzyskać zaświadczenie od lekarza. Ciekawym od razu dopowiem, że przychodnia wyglądała identycznie jak polski ZOZ, z jedną różnicą: nad drzwiami gabinetów widniały ekraniki, które wyświetlały informację o tym czy pacjent jest w środku, lub pokazywały imię i nazwisko kolejnego pacjenta.
Mnie przyjęto „poza kolejką” (której zresztą nie było), ale nie na wiele się to zdało: doktor powiedział mi, że taki raport na basen nie jest mi potrzebny, i że on zaświadczenia mi nie podpieczętuje. Na moją delikatną uwagę, że bez tego pewnie mnie na pływalnię nie wpuszczą, usłyszałam: „To niech wtedy do mnie zadzwonią, proszę bardzo.”

Mówiąc krótko trafił mi się typowy turecki przypadek, który w skrócie wygląda tak:
1. Dokument do podpisania jest tylko formalnością (nikt nie robi tu ani badania krwi, ani innych wywiadów lekarskich)
2. O czym wiedzą wszyscy: i pływalnia, i doktorzy, i petenci.
3. Doktor, zresztą słusznie, uznaje, że skoro dokument jest formalnością, to on się pod nim nie podpisze (żeby potem nie było że kogoś z wirusem wpuścił)
4. Jednak bez tej formalności pracownicy pływalni nie mogą mnie na tą pływalnię wpuścić.
5. Mamy tzw. sytuację bez wyjścia.

Pojechałam na basen z niepodpisanym formularzem i pytam pani z okienka, co mam zrobić? Pani z okienka odpowiedziała niemal automatycznie:
– Ach, to pewnie był doktor z 1. Przychodni, słyszeliśmy już o nim. Proszę pojechać do innego lekarza.
– Skąd ja mam teraz wiedzieć jaki lekarz da mi raport?
– A, tu za rogiem jest jedna przychodnia. Niech pani tam podjedzie, na pewno dadzą pieczątkę. To co prawda nie pani rejon zamieszkania, ale pani jest yabanci (obcokrajowiec), więc dadzą.

Udałam się do wskazanej przychodni. Okazała się po pierwsze, elegancko urządzona (marmury, piękny design, ładniejsze ekraniki nad gabinetami), po drugie do ręki dostałam na wejściu formularz do wypełnienia: na co choruję, jakie leki przyjmuję, na co choruje moja najbliższa rodzina (wypełniając go uświadomiłam sobie po raz kolejny, że bez znajomości języka tureckiego codzienne życie w Turcji nie byłoby lekkie).
Nawet się nie obejrzałam, kiedy wezwano mnie do gabinetu.
Pani doktor, elegancka i dyskretnie umalowana blondynka, rozprawiła się ze mną w niecałą minutę, nawet nie rzucając okiem na wypełniony przeze mnie formularz z chorobami. Za to nie omieszkała zapytać skąd jestem, i co fajnego jest do zwiedzenia w Polsce, czym kompletnie mnie zaskoczyła :) (zazwyczaj pierwsze pytanie po „skąd jestem” to „ile lat tu mieszkam” i „czy mam męża Turka”).

I oto miałam już mój raport. Jak na skrzydłach poleciałam z powrotem na basen i potem było już tylko z górki. Na marginesie dopowiem, że obie wizyty jak i podpisanie raportu były bezpłatne.

Największym zaskoczeniem był fakt, że basen był niemal pusty. Przyszłam jednak też o odpowiedniej godzinie: już po porannych zajęciach dziecięcej szkółki pływackiej i grupy trenującej do triathlonu, ale przed popołudniową szkółką dziecięcą i ludźmi, którzy zapewne pływają po pracy.
Przebieralnia – przestrzenna, pusta, czysta.
Prysznice – pojedyncze (co mnie zaskoczyło, spodziewałam się otwartego pomieszczenia z prysznicami, nie wiem jakie teraz są w Polsce?)
Szafki na klucz – duże i wygodne.

A basen… to już tylko marzenie. Wielki basen o długości olimpijskiej 50 m, szerokości 25 m, równej głębokości ponad 3 metry. 10 torów. Całkiem spore trybuny na podobno 1000 osób.
Temperatura wody: 25 stopni.
Brak zapachu chloru (czy też praktycznie niewyczuwalny).
Wielka flaga Turcji i podobizna Atatürka – jak najbardziej obecne, bo bez tego ani rusz…

Nic, tylko pływać!
Po pierwszym godzinnym treningu byłam, jak to piszą w harlequinach, zmęczona ale szczęśliwa. Na drugi trening poszłam, żeby pokonać zakwasy które pojawiły się dosłownie w s z ę d z i e. Od trzeciego treningu wzwyż pływanie jest już tylko przyjemnością a i samopoczucie mam znakomite.

Na koniec dla tych, co być może też są w Alanyi i chcieliby popływać, informacje praktyczne:

Cena pojedynczego wejścia: 12 TL (za godzinę, ale nie jest to dokładnie sprawdzane; = ok 18 zł)
Cena miesięcznego karnetu: 118 TL (codzienne wejście na godzinę, znów jw. = ok 180 zł)

Basen czynny jest codziennie od 6 rano do 23.

Basen Olimpijski