/na zdj. plaża Kleopatry w ostatnie niedzielne popołudnie, jak już wszyscy turyści poszli na kolację do swojego all inclusive i zostałam tylko ja :)/

O tym, dlaczego w sierpniu nigdy nie chce mi się pisać bloga i w ogóle nic mi się nie chce – jest 5 banalnych powodów:

1.  Bo jest gorąco.

O ile czerwiec czy lipiec to były takie dziecinne igraszki, to sierpień jest już jazdą bez trzymanki. I nawet nie chodzi o jakieś rekordowe temperatury, bo nie w tym rzecz. 30 czy 40 stopni to przecież nic specjalnego. Problemem jest wilgotność i brak tzw. przewiewu. Alanya mieści się w takiej zatoczce, która ma swoje wady i zalety. Od południa wieje do nas afrykańskie ciepło, od północy znajduje się bariera gór Taurus. Mówiąc krótko, nie ma przeciągu. Więc zazwyczaj jest ciepło i stabilnie. Całą dobę podobnie. Często w dzień jest 30 stopni, a w nocy… 28. Oczywiście jeśli macie willę w górach to można wręcz cały rok spać pod kołdrą, bo jest tam wspaniałe górskie powietrze. Ale im bliżej morza, tym cieplej. Niby coś tam wieje, ale nie koi. Wiaterek to zresztą też taki raczej dla dzieci, zefirek. Wilgotne powietrze oblepia ciało, wciąż wydaje się, że mamy brudne ręce. Twarz się błyszczy, makijaż spływa, włosy się puszą od wilgoci. Wystarczy wyjść spod prysznica i postanowić sobie coś wyprasować żelazkiem, a nie daj boże włosy wysuszyć suszarką. To dlatego zazwyczaj latem chodzę z nieułożonymi włosami – zdecydowanie wolę się mniej spocić niż mieć idealną fryzurę.
Zresztą idealną fryzurę miałam tylko kilka miesięcy w życiu – jak zafundowałam sobie keratynowe prostowanie u tureckiego fryzjera ;)

2. Sezonowe zmęczenie.

Pracownik turystyki w Alanyi, niezależnie od specjalizacji, żyje w takim nietypowym dla zatrudnionych na etacie rytmie. Zima to okres spokoju i lenistwa. Wiosna – ekscytacja, że już wkrótce zacznie się sezon. Uwierzcie mi, wtedy autentycznie się cieszymy że zaraz będziemy pracować po 12 godzin. Chętnie pracujemy nawet po 15, energia nas unosi! Potem w maju, czerwcu, już powoli bywamy zmęczeni, ale raczej w takim wesołym sensie, lubimy sobie opowiadać anegdoty co się komu wydarzyło w pracy. Jeszcze nam się chce wychodzić do ludzi, na miasto, po pracy. Jeszcze mózgi pracują jak trzeba. A od lipca… równia pochyła. Dni mijają jakby ktoś włączył szybkie przewijanie. Od niedzieli, do niedzieli. Nagle jakoś strasznie chce się spać. Na całej reszcie przestaje zależeć. Turyści sierpniowi też trafiają się zazwyczaj trudni; z fochami, z wymaganiami, z żądaniami zadośćuczynienia, bo musieli spacerować 300 metrów w upale, a cierpliwości brakuje. Codziennie marzy się o końcu sezonu i wreszcie wolnych dwóch dniach pod rząd. No po prostu chce nam się uciekać, najlepiej na jakąś pustą plażę, pod namiot – tak, żeby telefon szybko się rozładował…

3. Nuda.

Ilość bodźców i nowych doświadczeń jest ograniczona. Codziennie robi się to samo, odpowiada na takie same pytania, robi takie same rezerwacje, pisze takie same maile i je takie same tureckie posiłki w tureckich lokantach. Wszystko przebiega w identycznym rytmie. Nihil novi.

4. Jak jest wolne,

to aż nie wiadomo co z sobą zrobić, co tylko nakręca frustrację. Sprzątać zarośnięte kurzem mieszkanie, prać i poukładać bałagan na półkach? A może zasłonić okna, włączyć klimę, otworzyć piwo, i cały dzień oglądać filmy? A może „gdzieś” pojechać i „coś” pożytecznego zrobić, bo głupio tak zmarnować cały dzień? Na plaży zbyt gorąco a w basenie woda o temperaturze zupy… Na takim dumaniu mija nam przedpołudnie, potem sobie przypominamy że jeszcze nie jedliśmy śniadania, a za chwilę jest już wieczór – i po wolnym!

5. Bo… mamy sierpień.

A najgorsza w tym wszystkim, jeszcze wzmagająca sierpniowy kryzys jest świadomość, że to skoro jest sierpniowy kryzys – to mamy sierpień. A po sierpniu jest wrzesień i czas będzie nieuchronnie prowadził nas w kierunku listopada i końca sezonu. Koniec sezonu? To się po prostu nie mieści w głowie! Już? Przecież my jeszcze się porządnie nie zmęczyliśmy!