Znów na blogu cisza. Ponad miesiąc ciszy! Ba, żeby kaliber był cięższy, skończył się stary rok, zaczął nowy, a tu żadnego podsumowania, żadnego sentymentalnego wpisu! To przecież nie w moim stylu.

Ten moment, kiedy po położeniu dziecka spać siadam przed komputerem i piszę do Was te słowa, jest dla mnie wyjątkowo trudny bo… od dawna do pisania zasiadałam, i zasiąść nie mogłam. To raz. Dwa, kiedy już tu jestem, sama nie wiem co mogłabym napisać. To znaczy wiem, ale… nie wiem jak ująć to w słowa. Tak – JA – nie wiem.

Ubiegły rok, jak wiecie, był dla mnie wyjątkowy. Nie przesadzę jeśli powiem, że był to najbardziej zwariowany i nieoczekiwany rok w moim życiu. Przebił wszystko, co poprzednio nazywałam zwariowanym i nieoczekiwanym. Zwariowanym – bo wiadomo. Nieoczekiwanym, bo nigdy nie sądziłam, że będę właśnie w tym miejscu. Że będę się definiować jako matka, że będę się w tej roli doskonale czuć, co więcej, że nie będę tęsknić za moim dawnym życiem (no, może troszkę ;))

Wszystko się zmieniło. To banał.

Ale nie chodzi tylko o macierzyństwo. A raczej – w ogóle o to nie chodzi w tym wypadku. Od dawna męczyło mnie to, do jakiego punktu zabrnęłam w moim życiu. Pochłonięta przez pracę, z nosem w telefonie, komputerze, uzależniona od bycia online. Jestem Królową Multitaskingu. Nie pamiętam kiedy obejrzałam jakiś film, serial, kiedy tak po prostu słuchałam muzyki nie robiąc nic innego. Albo kiedy czytałam książkę pod kocem. Owszem, zdarzało mi się, ale drugą ręką co jakiś czas sprawdzałam telefon. Praca, blog. Maile. Wiadomości na Facebooku. Instagramie. Youtube. Komentarze. Whatsappy. SMS-y. Odpowiedzialność, gotowość, poczucie bycia niezastąpioną.

Często wspominałam o tym, że jestem wypalona, ale nikt nie traktował tego poważnie. „Przecież ty to kochasz” – mówiono.
Co roku po sezonie obiecywałam, że się na jakiś czas „odłączę”, ale nigdy nie umiałam tego zrobić. Albo, że zmienię pracę na mniej odpowiedzialną – tego także nie potrafiłam zrobić. Powiedzmy to sobie szczerze: łechtało mnie to poczucie bycia potrzebną. Wszystkie te „pani Agatko” i „jest pani cudowna” od czytelników bloga, widzów kanału, klientów biura. Kogo by nie łechtało :)

A jednak coraz częściej miałam takie poczucie, że jeszcze chwila, a nie wytrzymam, oszaleję, że pochłonie mnie nadmiar zadań, obowiązków. Że ucieknę, zniknę, skasuję wszystkie konta i wyjadę na bezludną wyspę, bo nie dawałam po prostu rady z presją. I żeby nie było: nie wywierało tej presji na mnie otoczenie – wspomnieni czytelnicy, widzowie, klienci, rodzina czy znajomi. Nie obwiniam nikogo. Cisnęłam ja sama! Nie ustawałam w tym ciśnięciu ani chwili.

Aż tu nagle ciąża. Dziecko. Bum! Drugi biegun, totalny kosmos.
Nie było lepszego momentu na zmianę kursu.

Jesienią 2017, będąc już w ciąży, pisałam tak:

… trudno powiedzieć „dość” i odciąć się do zera od czegoś, co stworzyło się własnymi rękami i pielęgnowało nierzadko ze łzami w oczach i ku*wą na ustach przez tyle lat. Ale przecież także z uśmiechem i poczuciem robienia kawałka niezłej roboty. (…)

Wypalenie zdarza się najlepszym i uwierzcie – nie życzę go nikomu. A może inaczej: czasami jest potrzebne? Może to właśnie taki alarm w głowie jest potrzebny, żeby wrócić do tego, co kocha się najmocniej, najwierniej? Może pora zmierzyć się z nowymi wyzwaniami, złamać rutynę, zacząć nowy etap?

Moja misja w projekcie „turystyka” przynajmniej w tym kształcie, w jakim była dotychczas, została spełniona. Przez te 13 sezonów zebrałam doświadczenia, z których kiedyś powstanie wspaniała i ciekawa książka :)

Piszę to wszystko, chociaż wiem, że Wy, fani Turcji, spodziewacie się raczej wesołych anegdot z tego kraju albo jakichś obyczajowych smaczków. Może nawet niektórzy z Was zamknęli już krzyżykiem (jak mówi moja mama) stronę z tym wpisem. Kto wie. Ja sama jednak piszę tego bloga od tylu lat, jestem już takim blogowym dinozaurem, że po prostu muszę zrobić dzisiaj właśnie taki mały offtopic. Wiem co robię :)

Jestem to Wam winna, bo podglądacie moje pisanie – i życie trochę też – przez tyle czasu. I nawet jeśli nie przeczytacie tego tekstu, to on musi wisieć tutaj, na tym blogu, żeby stanowił ciągłość z tym co było i tym co będzie.
Bo będzie.
To nie tak, że teraz postanawiam zamknąć bloga.
O nie nie, niedoczekanie! ;)

Rok 2019 postanowiłam nazwać Rokiem Czystości.

Niczego bardziej mi nie potrzeba niż czystości właśnie. Czystości na ciele, czystości ducha. Czystości i więcej przestrzeni wokół siebie. A to oznacza większą higienę korzystania z internetu, mediów społecznościowych, minimalizm, ograniczenie produkowanych przez siebie śmieci (Less Waste w Turcji? – spróbujmy! Skoro już foliowe reklamówki są od 1 stycznia płatne… :)).

Zamieszanie związane z pojawieniem się na świecie mojego dziecka uświadomiło mi tylko to, co wiedziałam już wcześniej, ale nie chciałam tego zaakceptować:

że do szczęścia potrzebne jest niewiele,
że nie muszę mieć 50 t-shirtów, 30 par butów i 19 torebek, a moje dziecko też nie potrzebuje 99 ubranek i 50 zabawek,
że nie potrzebuję robić tylu zdjęć,
że nie muszę mieć kont na wszystkich portalach społecznościowych,
że nie muszę jako blogerka, koleżanka, człowiek, być 24 godziny na dobę online do czyjejkolwiek dyspozycji,
że zdrowe jedzenie to dużo lepsze samopoczucie,
że światu (ani mi) wcale nie potrzebny jest mój konsumpcjonizm.

Potwierdziło się też to, co myślałam wcześniej: że 14-godzinny dzień pracy, nawet jeśli tylko w sezonie, to dość wykańczający sposób życia. Że pracowałam na trzech etatach (to wyszło na jaw dopiero kiedy urodziłam dziecko i nagle okazało się ile spraw ogarniałam ja jedna). Albo to, że nie, naprawdę nie jestem niezastąpiona.
Jak się okazuje, firma którą z Królem Pomarańczy stworzyliśmy potrafi sobie doskonale radzić bez mojej ciągłej obecności. I chociaż wspieram ekipę alanyaonline.pl całym sercem i pomagam w rozmaitych kwestiach, to wcale nie muszę spędzać w biurze tylu godzin i odpowiadać w tej samej minucie na maile, jak to miałam w zwyczaju.

Wychowywanie małego człowieka to temat, który teraz zajmuje mnie nieporównywalnie bardziej. I nie – nie nudzi mi się „w domu z dzieckiem”, chociaż są dni, kiedy jest trudniej, wiem, że po nich przyjdą te łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące. Poza tym, jak to u mnie – zawsze wymyślę sobie coś, co powoduje, że i tak mam pełne ręce roboty :)

A wracając do bloga. Kto mnie czyta od lat wie, że co jakiś czas odgrażam się, że napiszę książkę. Od lat. I jednocześnie nie potrafię napisać ani słowa. Twórcza niemoc, czy raczej intelektualne lenistwo spowodowane internetowym przesytem?
Do tego dołóżmy mnóstwo innych moich projektów, o których wiedzą zaufane osoby.
Na nic nie mam „czasu”.
A teraz, przy dziecku, dodatkowo: nie mam czasu (bo przecież dziecko na mnie leży!)

Bzdury. Wymówki.

Dlatego też postanowiłam, że skorzystam z dogodnego momentu i nauczę się rozsądniej moim czasem gospodarować. Tak aby rzeczy, czynności, doświadczenia wartościowe nie znikły gdzieś wśród tych niepotrzebnych. Tak, aby mój syn nie widział matki ciągle z telefonem. Abym była w stanie wychować mądrego, wrażliwego człowieka. I tak, abym za parę lat nie doszła do wniosku, że teraz to już za późno na własne projekty, bo mi się nie chce.

Więc nadal będzie blog, ale może być trochę inny niż wcześniej, a może taki sam. Sama jeszcze nie wiem :)
Nadal będzie strona na Facebook, to taki główny kanał moich aktualności.
Nadal będzie Youtube, bo sprawia mi ogromnie dużo frajdy.
Nadal będzie Instagram, bo tam od jakiegoś czasu prowadzę coś w rodzaju pamiętnika.

Ale też i będzie dużo bycia offline, z moją małą polsko-turecką rodzinką. TU i TERAZ.
Będzie dużo pisania, czytania, słuchania. Dużo sprzątania w sobie i wokół siebie. Dużo myślenia.

Bo jak nie zmienię mojego życia teraz, to nie zmienię go nigdy.
Czego i Wam życzę :)