Wpis aktualizowany 3 czerwca o 10:21 czasu tureckiego.

Wszyscy już (mniej-więcej) wiemy, że w Stambule zamieszki, protesty ogarnęły coraz więcej tureckich miast. Znajomi z Polski pytają, czy jestem bezpieczna, czy wszystko jest OK. Moja strona „aktualności” na Facebooku zawalona od góry do dołu wiadomościami, zdjęciami, filmami, hasłami i dyskusjami w różnych językach i z różnych stron.

Na rozwój sytuacji patrzyłam najpierw z ciekawością, nawet ciesząc się, że ktoś interesuje się losem drzew w sercu Stambułu. Myślenie ekologiczne było (i jest) w Turcji niepopularne, miałam nadzieję, że nadchodzi Nowe.  Potem, kiedy policja zaatakowała gazem pokojowo nastawionych demonstrantów, poczułam smutek i żal, że ta fajna idea została zniszczona, zamieniona w politykę i przede wszystkim wielką zadymę. A później… już nie dało się pozostać obojętnym. Będąc w Turcji, mając dużo tureckich znajomych i znając język turecki wciągnięta zostałam w wir wydarzeń. I to nawet będąc tak niby „daleko” od ich serca, bo w kurortowej Alanyi.

Niech teraz ta kurortowa Alanya będzie moim zapleczem i bazą. Miasto, na które zwykle narzekam, teraz jest atutem, bo daje mi niezbędny dystans. Mieszkając w Stambule czy Ankarze miałabym przed oczami inne obrazy, a w głowie inne przemyślenia. Za to tutaj, niby daleko, ale jednak w tej samej Turcji, zbierają się refleksje. Postanowiłam napisać więc notkę z tej mojej perspektywy, może dla niektórych niewłaściwej, to dla mnie nieistotne. Chciałabym, jako mieszkająca w Turcji i pracująca od dobrych kilku lat Polka, starająca się wyrobić na każdy temat własne zdanie – a jednocześnie świadoma, jakie to trudne – także zabrać głos. Trudno mi bowiem znieść ogrom bzdur, jakie zalały nie tylko moje własne podwórko (czyli, ha ha, facebookowego ‚walla’), ale także światowe media. Trudno mi znieść marsze popierajace demonstrantów, kiedy organizujący je ludzie nie wiedzą tak naprawdę o co chodzi, nie widzą (bo nie mają jak zobaczyć) szerszego kontekstu.

Chciałabym więc niniejszym powiedzieć kilka zdań i obalić kilka mitów, z którymi być może się zetknęliście przez ostatnie dni, bo i w polskich mediach pojawiają się ciekawe newsy, na przykład o tureckiej blokadzie internetu.
A zatem:

1. Plac Taksim w Stambule to nie Plac Tahrir w Kairze. Oba wydarzenia nie mają ze sobą wiele wspólnego. Dlaczego? Władza turecka, czyli pan Erdoğan i jego spółka (partia AKP) została wybrana w demokratycznych wyborach i to z miażdżącą przewagą. Nie raz, nie dwa, a trzy. Tureckie społeczeństwo: różnorodne, rozwarstwione, podzielone (od wielu, wielu lat) zagłosowało, tak jak demokratyczna zasada każe. Jak dotąd wszyscy ten wybór szanowali, choć opozycja uważa oczywiście, że to podejrzane: jak Turcy mogli wybrać partię o islamskich korzeniach? To przecież niemożliwe, przecież „wszyscy” są laickimi wyznawcami Atatürka…  Opozycja, czyli nacjonalistyczna pro-ataturkowska partia CHP i wspomniana AKP przez cały ten czas podkładają sobie „świnie”, komentują swoje wypowiedzi, szkodzą sobie, prawią złośliwości, ale znamy to aż za dobrze z naszego podwórka. Cóż, uroki demokracji. Co więcej demokracji młodej, z niewielkim stażem. O tym więcej w dalszych punktach.

2. O co poszło? Wcale nie o kilka drzew. Ale i o tym trzeba wspomnieć. Kto był w Stambule, 15-milionowej, zapchanej ludźmi, budynkami i wszelakimi pojazdami metropolii potrafi sobie wyobrazić, jak ciężko tam żyć. Można też sobie wyobrazić jak ciężko takie miasto zorganizować, ulepszyć. Każda zmiana przewraca dotychczas ustalony porządek do góry nogami.
Władza na głównym placu Stambułu – Taksimie, postanowiła dokonać radykalnych zmian. Projekt przewidywał zamknięcie całego placu dla samochodów – przeniesienie ruchu pod ziemię. Sam plac miał zostać przestrzenią przyjazną pieszym. Nieopodal znajdujący się 200-letni park Gezi oraz otaczające go koszary z czasów osmańskich miały być zrestaurowane. Na terenach koszar miało powstać wpisane w klimat i architekturę centrum handlowe. Pomyślcie sobie o łódzkiej Manufakturze czy poznańskim City Parku – coś w tym stylu. Przynajmniej na projektach tak to wygląda.
Cokolwiek my sami o tym nie powiemy – może mamy za mało wiedzy, może za mało poszperaliśmy w sieci – faktem jest, że urbaniści stambulscy tego rozwiązania nie zaakceptowali. A władza mimo to powiedziała „robimy”. Jak to władza… Zaczęły się protesty – najpierw drobne, marginalne. Bez skutku. Potem stambulska inteligencja postanowiła  zorganizować pikietę w parku pod okiem buldożerów. Pokojową, z książkami i jedzeniem.

3. A policja na to psiknęła gazem. Mało adekwatna reakcja. Powiedziałabym, bardzo turecka. W tym temacie cała Turcja mówi akurat jednym głosem: chłopaki, przegięliście. Nie było po co. Jakie są tego przyczyny? Policji nikt na całym świecie zazwyczaj nie lubi, więc łatwo znaleźć uzasadnienie. Mają się za „bogów” i „nie wiadomo co”. Może ich przełożony wydał rozkaz totalnie bez namysłu. Może miał w tym jakiś swój chory i pokręcony interes. Nieważne, posypało się. Zabawa się skończyła. Na pomoc gazowanym protestującym ruszyły zatem zastępy chętnych: intelektualiści, kury domowe, młodzież uniwersytecka, anarchiści, bojówkarze, po prostu wszyscy. Bo tak się nie robi. Niektórzy z nich pobudzeni gazem, alkoholem i ogólną zadymą przesadzili, generując jeszcze większą agresję policji. Poleciały wyzwiska i kamienie, zaczęła się regularna bitwa. Władza nie zareagowała jak trzeba. Zamiast wycofać policję, podjąć stanowcze kroki, ignorowała i wykręcała się od działania. W międzyczasie sąd podjął decyzję w trybie pilnym o anulowaniu projektu prac związanych z koszarami i parkiem. Tylko że…

4. … Nikt już nie mówił o drzewach. Agresja pobudzona agresją wypuściła powietrze z balonika. I nagle się okazało, że sprawa już nie dotyczy ekologii. Bo właściwie mało kogo interesuje tych parę drzew. Chodzi o politykę. A co więcej, trzeba obalić władzę. Bo taka władza jest autorytarna, bo ma tendencje reżimowe. Bo trzeba bronić praw człowieka. Bo „szariat”, czyli prawo religijne, to tylko kwestia czasu. Zaczęły się marsze w innych miastach, także zamieszki, nawet w Alanyi wczoraj (sobota) przemaszerowało przez miasto dobrych kilka tysięcy osób. Dzisiaj trochę się uspokoiło, ale wieczorem słyszymy, że stambulskie dzielnice oszalały – mieszkańcy wychodzą na balkony i walą w garnki. Przeciw władzy. WALĄ W GARNKI. Nie wiem jak waleniem w garnki można zmienić świat, raczej tylko przeszkodzić w zaśnięciu.
Nagle okazało się, że cały świat wspiera tureckich protestujących. W miastach w Polsce i na całym świecie zorganizowano marsze i pikiety. Pojawiły się teksty i zdjęcia z prośbą o udostępnienie całemu światu, gdzie na samym początku aż roi się od fałszu (reżim, zablokowany internet). Pojawiły się teksty o „tureckiej wiośnie” albo „tureckiej rewolucji”, które są przesadzone w stosunku do przesadzonych wydarzeń.

5. Jak to jest z tą władzą? Pan Erdoğan do łagodnych polityków nie należy, to na pewno. Na dodatek religijny, żona w turbanie, a on nie boi się używać publicznie słów „inşallah” czy „maşallah”. Niepokorny, zdecydowany, typowy lider. Można go nie lubić, ba, można go nienawidzić, czemu nie? Patrząc za to nie na osobę a na efekty, w kraju dzieje się dobrze, ekonomia silna, PKB wzrasta – kiedy w Europie wszyscy mają „kryzys”. Skoro więc nie ma się do czego przyczepić od strony formalnej, przyczepmy się do konserwatywnego zaplecza partii. I mamy tu całą litanię:

– za obecnej władzy pojawiło się więcej kobiet w chustach. Przyczyna? Wcześniej chusty były zakazane, były tabu. Teraz już nikt nie wyrzuci z urzędu pracownicy w chuście. Kobiety przestały się bać dyskryminacji religijnej, która kiedyś była normą.

– niedawno uchwalony zakaz sprzedaży alkoholu. Całkiem normalny jak na władzę o konserwatywnym rodowodzie, prawda? Znamy z Europy. Zresztą zakaz dotyczy tylko sklepów i tylko pomiędzy godziną 22 a 6. Kto chce może pić w barze, w restauracji, albo zaopatrzyć się wcześniej i pić do rana w domu :)

– zmiany w najukochańszej firmie kraju, Turkish Airlines. Stewardessy otrzymały nowy dress code: zakaz czerwonych ust i czerwonych paznokci. Jeśli pomyślimy o tym trzeźwo (w końcu nie piliśmy alkoholu), uznamy, że neutralne paznokcie i nie-wyzywający kolor szminki są kanonem w dyplomacji czy biznesie. Niezależnie od religii. Pamiętam że jeszcze „za moich czasów” nie wypadało się tak „robić” do szkoły czy na egzamin. Bo to po prostu nieeleganckie. Ale cóż, na pewno chodzi o szariat…

– uwagi o „przyzwoitym” zachowywaniu się w metrze. Oto w ankarskim metrze obściskujące się pary otrzymały pouczenie z głośnika, że mają zachowywać się obyczajnie. Na znak protestu bystra młodzież zorganizowała happening i oto przed metrem całowało się namiętnie kilkadziesiąt par. Tłum widzów rzucał niewybredne komentarze. Mnie samej zawsze w polskich tramwajach denerwowały obściskujące się pary, ale cóż, pewnie jestem muzułmanką ;)

To tylko początek listy. Jeśli chcemy (wystarczy chcieć), możemy więc opowiadać godzinami o ‚opresjach’,  jakie nas spotykają ze strony ‚islamskiej’ władzy. Szariat, czyli religijne prawo, jest o krok. O naruszaniu praw człowieka. Media wręcz prześcigają się w doniesieniach o nowych „wymysłach” premiera i jego świty, co lubią puszczać dalej w świat użytkownicy społecznych kanałów, jak Facebook czy Twitter.

6. Kiedy spojrzymy na to z drugiej strony, chłodniejszej, stonowanej, możemy stwierdzić, że każda rządząca partia przywiązana do religijnych, tradycyjnych wartości (czy islamskich, czy chrześcijańskich – daleko nie szukając) będzie próbowała „wychowywać” społeczeństwo na własną modłę. Czy się z tym zgadzamy, czy nie. Głosujemy nogami, idąc do urn w dniu wyborów, a pomiędzy tym – pomstując na władzę ;) W Polsce niektórzy z nas walczą o brak krzyży w szpitalach czy szkołach. W Turcji krytykuje się kobiety w chustach i muzułmański wąs premiera oraz wysokie ceny alkoholu.

Owszem, premier Turcji lubi dolewać oliwy do ognia, oj grzeczny to on nie jest, a język wyparzony ma jak mało kto. Ot, gorącokrwisty Turek z bardzo wysoką samooceną, raczej nie dyplomata. Często więc zamiast chłodzić sytuacje, tylko ją pogarsza, opowiadając na przykład o tym, że tureckim napojem narodowym powinien być ayran (słony jogurt) a nie raki (anyżówka). Ja tam wolę rakı, które notabene pije wielu konserwatywnych (i nie tylko) Turków i jakoś sobie nic nie robią z wypowiedzi premiera :)

 7. Osobiście nie jestem po niczyjej stronie, nie pałam specjalną sympatią ani do AKP, ani do CHP, MHP, ani do żadnej innej tureckiej partii. Na szczęście nie muszę, w końcu obowiązku głosowania nie posiadam ;) Mimo braku też wielkiego zamiłowania do polityki staram się czytać, orientować i posiadać własne zdanie. I problemem, który tutaj według mnie jest kluczowy, a który powoduje niezrozumienie sytuacji przez wielu (albo rozumienie błędne) nie jest Erdoğan i jego dumne polityczne ruchy. Problemem jest przekłamywanie rzeczywistości, naginanie jej do własnych potrzeb, i całkowicie błędne rozumienie demokracji, które tyczy większej części Turków. Niezależnie od tego, po której Turek stoi stronie, jest zazwyczaj agresywnie nastawiony do tych „drugich”. Szuka spisków, ukrytych przyczyn, ma swoje teorie. Wszystko jest ukartowane i zmanipulowane. Jeśli przegrał wybory, nie potrafi po prostu przełknąć porażki, musi szukać tych swoich teorii spiskowych. Jeśli wygrał, uważa się za ósmy cud świata, nie poddający się krytyce, bezbłędny.
Ciężko dyskutować z takimi ludźmi, są opornym betonem. Nie chcę zabrzmieć jak jakaś „wspaniała Europejka”, ale mam wrażenie (a lubię prowokować znajomych Turków do dyskusji, stąd moje obserwacje), że w naszej starej Europie przyzwyczailiśmy się do krytyki, do konstruktywnej dyskusji, do poprawiania swoich błędów. Mam wrażenie (i mogę się mylić) że Turcja dopiero tego się uczy. Republika, mimo stażu aż (!) 80-letniego to nie była przecież era światłej demokracji, ale czas kiedy wszyscy mieli myśleć identycznie, zachowywać się identycznie, być Turkami (a nie Kurdami, Ormianami, Romami, itp.), mówić tym samym językiem (broń boże innym niż turecki). Brzmi jakoś znajomo? No właśnie. To, o czym teraz protestujący wspominający prawa człowieka nie mówią, to prześladowania Kurdów czy Ormian, przesiedlenia wiejskiej ludności, laicyzacja, dyskryminacja – wszystko to, co miało miejsce na tureckim wschodzie przez lata i przeciw czemu nikt nie protestował i nie walił w garnki. Ponieważ temat teraz dotyczy Stambułu i został rozdmuchany przez podłączoną do społecznych mediów inteligencję, znamy tylko ich perspektywę. Łatwiej utożsamić się ze stambulską inteligencją niż z kurdyjskimi wieśniakami, prawda? W automatyczny i naturalny sposób wspieramy potrzebujących nie wiedząc, że potrzebujących jest więcej. Że oglądamy tylko wycinek pokazanej nam rzeczywistości.

8. W obliczu protestów i współczucia już niemal całego świata ruszają zatem dopasowane do teorii newsy. Przytoczę tylko jeden przykład, ale bardzo wymowny. Oto poszła fama, że z powodu zamieszek władza blokuje internet. Miał nie działać Twitter i Facebook, jako popularne kanały komunikacji, przez które protestujący umawiają się na marsze w całym kraju. Faktycznie, Facebook nie otwierał mi się prawie wcale – pojawiał się i znikał, albo ładował się wolno, wiadomości nie dochodziły. Sprawdzam Twittera, to samo. Stan ten uspokoił się po półgodzinie, kiedy sama już uległam panice: czyżby mieli rację..? Wystarczy chwila spokojnej refleksji by zrozumieć, że nawet w dzisiejszych czasach serwery MAJĄ PRAWO być obciążone, skoro w tym samym momencie wchodzą na nie tysiące ludzi. Nie tak łatwo jest ot tak, zablokować internet.

9. Podsumowując, bo notka robi się niebezpiecznie długa, a nie to było moim zamiarem. Internet atakują apele pisane przez Turków proszące o wsparcie całego świata.
Owszem, wspierajmy, ale patrzmy na wydarzenia z Turcji krytycznie i z rozsądkiem. Naszym atutem jest dystans.
Wspierajmy:
– ekologiczne myślenie, rozsądne planowanie przestrzenne (i nie tylko w Stambule, wyrywkowo, wtedy kiedy nam pasuje, ale i całym kraju)
– demokrację rozumianą jako akceptacja wybranej w wyborach władzy – także ugrupowania, którego nie popieramy
– laickie państwo tureckie, w którym możemy się ubierać się, zachowywać i wierzyć w to co chcemy, mówić językiem jakim chcemy i nosić na głowie chustki, czarczafy, kapelusze lub irokeza – bez znaczenia
– prawo do pokojowego protestu bez najedzenia się przy okazji gazu i dostania z policyjnej pałki

Na koniec chciałabym dodać, że w Turcji JEST BEZPIECZNIE. Życie toczy się po staremu, poza tym, że niektórzy wciąż dyskutują o obecnych wydarzeniach. Powiem więcej, wiele osób, zarówno w Stambule jak i innych miastach ma już dość protestów, które odbierają im chleb. Sklepy w okolicach miejsc zamieszek są zamknięte, wandale pobili niektórym szyby albo stratowali samochody czy autobusy miejskie użyli jako barykady. Niektórzy z nas pracując w turystyce i przejmując się tym, co o Turcji mówi świat nie chcą, aby z powodu zamieszek nagle przestali przyjeżdżać turyści, myśląc że trafią do drugiego Egiptu. Być może ciężko niektórym uwierzyć oglądając od rana do wieczora facebookowe czy twitterowe histeryczne newsy i propagandowe zdjęcia, że są też Turcy, który mają dość polityki i po prostu chcą pracować i żyć normalnie. Ile można walić w garnki albo bić się z policją.
Za rok są wybory. Jeśli chce się coś zmieniać, warto to zrobić właśnie wtedy.

PS. Notka celowo ma zablokowaną funkcję komentarzy.