POŁÓG W TURCJI

40 dni od porodu przeleciało jak jeden dzień, chciałoby się zanucić. Od teraz z każdym dniem będzie już lepiej – jak mówią tureckie ciotki, teściowe, znajome i szwagierki… albo gorzej – jak mówią polskie koleżanki z właściwym nam Polakom pesymizmem.
Zależy jak na to patrzeć – myślę sobie sama, jak zwykle starając się znaleźć złoty środek.

Szykowałam się na wpisy lub filmy o mojej ciąży, porodzie, wszystkich obserwacjach, które przez ten ponad 10-miesięczny okres poczyniłam. Jednak na tapecie mam teraz magiczne „40 dni”, więc zacznę troszkę od końca i stopniowo, jak dziecię pozwoli, dodawać będę wpisy wspominkowe.

Osoby, które średnio interesuje temat dzieci, ciąż i porodów z góry przepraszam, albo inaczej: potraktujcie to nie jako wpisy parentingowe, ale jako ciekawostki obyczajowe związane z Turcją. Ha! Nie wpadlibyście na to, prawda? Nie ma za co ;)

Magiczne 40 dni, czyli połóg w Turcji

W Polsce mówi się, że połóg trwa 6 tygodni. Mniej więcej oczywiście. W Turcji połóg nazywa się „lohusa” i liczy się go dniami, ale wychodzi prawie na to samo co u nas, jeśli chodzi o czas trwania. Za to podejście do tematu zupełnie inne.

Zacznijmy od pierwszych dni. Jeszcze… w szpitalu.

Goście, goście!

Tureccy goście są tak niecierpliwi, że wręcz wyskakują ze skóry by zobaczyć nowe dziecko w rodzinie. Dlatego też może się zdarzyć, że kiedy zapłakany ze szczęścia tatuś o godzinie 3 w nocy da znać rodzinie, że potomek pojawił się na świecie, wstaną oni z pieleszy i przybieżeją do szpitala zobaczyć dziecię na własne oczy (true story). Oczywiście odległość od szpitala ma tutaj kluczowe znaczenie. Jak jest blisko, to nikt nie odpuści.

W Polsce mówi się przyszłym mamom, aby raczej z góry uprzedzały bliskich, że wizyty to dopiero kilka tygodni po porodzie. Niektórzy to szanują, inni nie – to już odrębny temat. W Turcji odwrotnie: naród ten jest przecież tak niecierpliwy, że żadne oczekiwanie nie wchodzi w grę. No, chyba że pojawiają się obiektywne przeszkody (np. mieszkamy daleko od rodziny). Sugestia aby pomyślano wtedy o zmęczonej matce, która ledwo ledwo ogarnia nową rzeczywistość, brzmi jak dowcip. Nikt nie myśli o matce – wszyscy myślą o dziecku, bo przecież „Turcy tak kochają dzieci”.

Skupiają się nad nim, wyciągają do niego ręce, dziubdziają (no wiecie: dziu, dziu, dziu), całują po twarzy. Całe szczęście, że noworodek na obecnym etapie życia ma to wszystko, mówiąc krótko, głęboko w pieluszce. Matce pozostaje przeczekać.

Oczywiście cudzoziemskiej matce, bo dla wielu Turczynek odwiedziny w szpitalu to żaden problem. Ba, już przed porodem czynią ku temu specjalne przygotowania. Pokój szpitalny jest odpowiednio przystrojony (balony, kokardki, napisy: „Witaj na świecie”). Nawet biednej „mydelniczce” (plastikowe łóżeczko dla noworodka) nie uda się uniknąć dekorowania. Goście otrzymują cukierki lub czekoladki w kolorze różowym lub błękitnym – zależnie od płci dziecka – mogą być nawet z nadrukowanym imieniem pociechy!

Jakby tego było mało, Turczynka nie może pokazać się byle jaka, rozmazana i w szpitalnej piżamie! Zamawia zatem fryzjerko-makijażystkę (true story!) która po porodzie odwiedza ją by uczesać i umalować. Położnica wciąga na siebie koszulkę nocną przeznaczoną specjalnie na okres połogu – ze sprytnymi koronkami zakrywającymi rozcięcia do karmienia, do piżamki są dopasowane odpowiednie paputki (puchowe zdobione kapciuszki, klapeczki), a… na głowę zakłada się pasującą do kompletu opaskę. Nie żartuję!
Co więcej, ubrania mamy są dopasowane (np. kolorem, motywem) do ubranek dziecka!
Ten sektor mody odkryłam poszukując dla siebie wygodnej piżamy na okres po porodzie. Nie sądziłam, że dokopię się takich skarbów:

Tak przygotowana kobieta może spokojnie umościć się na szpitalnym łóżku (nikt nie będzie wiedział, że pod kołdrą kryje się pampers dla dorosłych, i różne inne połogowe sekrety, prawda?) i witać licznych gości, a następnie robić sobie z nimi zdjęcia na instagrama.

Wychodząc ze szpitala pakujemy noworodka do lohusa sepeti (kosza) znów udekorowanego jak na odpust, z kokardkami, koronkami i setką innych kiczowatych pierdółek.

Na kolażu powyżej: ozdoby drzwi w szpitalu…

Po powrocie do domu dom oczywiście również dekorujemy. A przede wszystkim drzwi i klatkę schodową. Król Pomarańczy i ja próbowaliśmy uniknąć tematu, jednak trudno uniknąć… niespodzianek przygotowanych rękami szczęśliwej rodziny ;)

Przesądy, połogowe nakazy i zakazy

Podczas 40 dni połogu w trosce o dziecko zakazanych jest wiele rzeczy:

  • różnego rodzaju pokarmy: zimne nie, gorące nie, ostre nie, kwaśne nie, strączkowe nie, za dużo arbuza nie, za dużo melona nie – wszystko to ponoć wpływa na mleko i jego jakość, ale za to mocna turecka herbatka zawsze w cenie ;)
  • wychodzenie z domu (tak!) – nie powinno się i już wychodzić przez całe 40 dni
  • gołe nogi (powinno się ubierać ciepło, bo inaczej mleko będzie za chłodne i dziecko będzie miało kolki!) – i to nawet, kiedy są upały
  • zostawianie dziecka samego w ciemnym pokoju (mogą dopaść je dżinny!)
  • i pewnie jeszcze milion innych

Zakazy te były mi przekazywane w formie ciekawostek. „Nie wiemy jak u Was w Polsce, ale u nas…” – na co ja reagowałam z zainteresowaniem „Ooo, naprawdę?” – i na tym kończyłam temat ;)

Należy jednak oddać sprawiedliwość – jedna zakazana rzecz jest sensowna i w trosce o matkę:

  • matka podczas połogu nie powinna zostawać sama. Tak, ani razu! Zawsze powinien przy niej ktoś być, kto będzie jej de facto pilnował.
    Przed czym?
    Chociaż w Turcji nie mówi się tego głośno, oczywiście chodzi o tzw. baby blues czy poporodową depresję. Mała jest świadomość w narodzie w tej kwestii, co mogę potwierdzić. Byłam tam, przeżyłam, widziałam. Nie odstępowanie matki na krok zatem to taka swoista forma pomocy i ochrony. Zazwyczaj po prostu z położnicą mieszka w tym okresie mama, teściowa, albo inna doświadczona kobieta w rodzinie. Gotuje, sprząta, pomaga. Właśnie po to, by młoda mama nie załamała się pod ciężarem burzy hormonów. Oczywiście Turczynki, wychowywane w innym modelu, nie mają zapewne z tym problemu – ja sama dużo bardziej preferowałam w tym okresie cichą i spokojną samotność, ewentualnie z towarzyszeniem Króla Pomarańczy lub/i własnej mamy. Jednak rozumiem logikę i popieram. Na pewno niewyobrażalnie trudniej mają kobiety, które muszą sobie ze wszystkim radzić same.

Za to co można robić w połogu? Jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że jest tu tylko jeden nakaz:

  • jeść
    Jeść, jeść, jeść. Pilnowałam tego, skądinąd całkiem miłego nakazu na tyle pieczołowicie, że po 6 tygodniach zamiast schudnąć pozostałe po porodzie nadmiarowe 10 kilo (pierwsze 10 znikło rzecz jasna wraz z porodem), przytyłam kolejny kilogram. Teraz dopiero się opamiętałam.
    Bo kiedy wszyscy są tacy mili i wciąż czymś częstują… argumentując dobrem dziecka (będzie dobre mleko!), trudno odmówić ;)A co się je? Albo inaczej: co się powinno?

    – słodycze. Najlepiej typowo tureckie: baklava (główny przysmak którym częstuje się gości w połogu, oczywiście kupiona, a nie domowa ;)), lokum, kadayif, künefe, lody z koziego mleka
    – orzechy, pistacje, suszone morele i śliwki
    – słodki kompot z suszonych owoców
    lohusa şerbeti (sorbet dla położnic, oto składniki: 3 litry wody, 6 szklanek cukru, 300 gr cukierków połogowych (kupuje się gotowe; lohusa şekeri), 20-25 szt goździków, 6 sztuk cynamonu, 2-3 kawałki imbiru) – nie piłam, ale chyba nie żałuję ;)
    nişe – papka z masła, cukru i mączki pszennej (trochę jak kisiel) – anegdotka: dostałam miskę tegoż specjału od teściowej, dodawałam po łyżce dziennie do mojej owsianki, po czym dowiedziałam się, że teściowa będąc w połogu pałaszowała miskę dziennie…
    – kasza bulgur, sowicie podlana masłem, pilaw
    – mięso

    Przy takiej diecie trudno się dziwić, że Turczynkom trudno potem zrzucić ciążowe kilogramy. Ja sama, mimo że narzekam na nadwagę, jestem i tak w dużo lepszym stanie niż znajome Turczynki, którym do formy nie udało się wrócić przez kilka kolejnych lat (byle do drugiej ciąży! :)

Przeleciało 40 dni, czyli kırk uçurtma – koniec połogu

No i nadszedł ten wyczekiwany dzień. Równo w 40. dzień po porodzie informujemy świat, że oto skończył się połóg. Ja sama poza wyjściem z nieświadomymi niczego koleżankami na deser i kawę do kawiarni nie zorganizowałam żadnych specjalnych obchodów. Okazuje się, że sporo mnie ominęło! Dla Turczynek „czterdziestka” (dosłownie mówi się właśnie „kırk”) to kolejna okazja do przystrojenia tym razem domu albo chociaż dziecięcego pokoju. Można oczywiście zaprosić gości!
Młoda mama może się znów solidnie wystroić, nie mówiąc już o biednym dziecku, które zostaje na tę okoliczność ubrane niczym beza (dziewczynka), albo w trzyczęściowy dziecinny garnitur i muszkę (chłopiec). Ale, ale! Zanim je ubierzemy, czeka nas symboliczna „czterdziestkowa kąpiel”.

Szykuje się wanienkę, do której wrzuca się następujące wiktuały, każdy znaczący coś osobnego dla dziecka:

  • różaniec (tesbih) i Koran – aby wyrastało w wierze (dodatkowo kąpieli towarzyszy modlitwa)
  • płatki i kwiaty róż – aby pięknie pachniało
  • pierścionek – aby wychowywało się w szczęśliwej rodzinie
  • słodycze – by jego życie było słodkie
  • sól – by nigdy nie brakowało także tej „szczypty soli”
  • nożyczki – aby szło odważnie do przodu
  • klucz – aby łatwo otwierało wszystkie drzwi
  • ziarna ryżu – aby jego życie było długie i bogate
  • oczko Proroka – aby nie dopadł go „nazar” czyli urok
  • kamień – aby był odporny na trudności losu
  • złoto lub pieniądze – aby nie dosięgła go bieda

Wanienki na okazję „czterdziestki”, źródło: Instagram

 

Ponieważ sama nigdy nie byłam świadkiem całej zabawy, posiłkowałam się zdjęciami znalezionymi na instagramie. Z tego co zdołałam się zorientować przedmioty wkładane do wanienki są bardzo różne, występują w różnych wersjach (np. niektórzy liczą równo 40 sztuk płatków róż, 40 kamyków, a inni wkładają po jednym itp.) W rodzinie Króla Pomarańczy takich uroczystości się nie urządzało, więc nie miałam gdzie zasięgnąć języka. Powiedziano mi jedynie, że po kąpieli wodę z wanienki należy chlusnąć na ulicę przed domem… ;)

Za to dowiedziałam się, że w naszym regionie Alanyi dzieci na „40-tkę” naciera się solą morską i tak natartym trzyma godzinę… podobno po to, żeby ich pot brzydko nie pachniał (polemizowałabym :)). Do ust z kolei daje się odrobinę miodu, aby nigdy nie pachniało brzydko z buzi. Taaak. Za to moja teściowa była bardzo niepocieszona, że K.P. i ja nie chcemy wkroplić do oczu naszego synka soku z cytryny (!!!) – co podobno gwarantuje mu piękne, błyszczące spojrzenie…

Ach, mogłabym opowiadać godzinami, ale myślę, że warto informacje dawkować, aby było o czym pisać przez kolejne lata ;)

Przydatny tekst? Kliknij w poniższy obrazek by postawić mi kawę ;)

paypal