W niedzielę było tak pięknie, jakby się już zupełnie skończyła zima: +18 stopni, słońce, Alanya pełna zarówno miejscowych jak i turystów: spacerujących, ćwiczących na sprzętach sportowych (umieszczonych wzdłuż wybrzeża), bawiących się dzieci i plotkujących matek, ludzi grających w tenisa i koszykówkę przy plaży Kleopatry. A my spacerowaliśmy sobie pomiędzy nimi snując plany na resztę zimy i sezon letni, kierowaliśmy się wprost na niedzielną latte z pianką (ja) i czarne jak smoła espresso (K.P.)…

IMG_3583
Pierwsze w tym roku śniadanie na trawie… przepraszam, na balkonie. Ale trawa blisko – w końcu mieszkamy tuż przy stadionie piłkarskim. Było bosko.

IMG_3535
Remontowana ścieżka spacerowa w dzielnicy Oba, czyli niedaleko naszego obecnego mieszkania. Stan nawierzchni definitywnie zniechęcił do biegania (mówiąc krótko dałam się zniechęcić), ale za to latem będzie pięknie: szeroki deptak, palmy, fontanny – można będzie spacerować z przyjemnością do samej Alanyi! Hurra! Chyba kupię rower! :)

IMG_3518
Buty sportowe w trakcie prawdopodobnie suszenia się po intensywnym kopaniu piłki na wspomnianym boisku.

IMG_3588
Teeeee!!!! Leci!!!

IMG_3595
Wylądował cały i zdrowy. Tej niedzieli nad plażą Kleopatry krążyło sporo paralotni. Pogoda sprzyjała – wiał wiatr, a jednocześnie było słonecznie.

Jak wszystkie bajki i ta miała swój koniec. W poniedziałek obudziła mnie o 7 nad ranem wichura i ulewa – taka typowo alanijska. Włos mi się jeżył na głowie i na nodze, w oknach piszczało złowrogo, a klekotanie suszarki do prania na balkonie przypomniało mi że… coś na niej wisiało! Wyskoczyłam jak sprężyna z łóżka i pobiegłam łapać moje majtki.
… potem wróciłam w ciepłe pielesze i czując się w pełni rozgrzeszona pogodą spałam do jedenastej :)

* * *
Uwaga, przepis

Czytelnicy śledzący moje blogowe wpisy na facebooku spodziewają się pewnie, że w tym momencie opublikuję tutaj – jak zapowiadałam – przepis na mercimek köftesi, które udało mi się po raz pierwszy zrobić niedawno. Nie zamierzam ich zawieść, tym bardziej, że obiecywałam :)

Zanim o mercimek köftesi napiszę, tytułem wstępu słów parę. Będzie to przy okazji wstęp do całego działu kulinarnego w blogu i próba usprawiedliwienia się ;)
W pichcenie bawię się dopiero od jakichś 2-3 lat, wcześniej szczytem moich umiejętności było ugotowanie makaronu z sosem ze słoika i podgrzanie pizzy. Za to butelkę wina otwierałam na dziesięć sposobów (z tego 9 bez korkociągu). Decyzja o zamieszkaniu w Turcji zmieniła wszystko o 180 stopni: nauczyłam się trochę gotować (metodą prób i błędów), a bardziej piec – i z 10 sposobów otwierania wina skupiłam się na tym konwencjonalnym z korkociągiem.

Powiem więcej, stała obecność prawdziwego gurme (smakosza), którym jest Król Pomarańczy wpłynęłaby na każdego. Ten człowiek potrafi o jedzeniu rozmawiać godzinami i na szczęście także dobrze gotować. Nie mówiąc już o dostępności owoców i warzyw i przypraw na każdym bazarku w ilości hurtowej i za grosze, co symbolizuje raj dla typowego jarosza, którym jestem od dziecka.

Zaczęłam więc bawić się w pichcenie. Kuchni tureckiej unikam zazwyczaj jak ognia – dania te wolę konsumować niż przygotowywać, nigdy przecież nie doścignę ideału jakim jest turecka mama lub ewentualnie bratowa. Tym bardziej, że lubię robić wszystko po swojemu – a więc zmieniać tureckie przepisy tak, by mi bardziej odpowiadały (i tym samym tworząc modną kuchnię ‚fusion’ – ha, ha). Czasami jednak na coś się zawezmę, i nie ma zmiłuj! Tak jak na tą typowo wegetariańską przystawkę – mercimek köftesi – wbrew pozorom bezmięsnych smakołyków w tureckiej kuchni jest całkiem sporo.

6846393521_e38d8239fa_z

Zawsze marzyłam o zrobieniu tych „köfte” czyli pulpecików z soczewicy, po prostu je uwielbiam, ale nie wiem dlaczego wydawało mi się to trudne. Okazuje się, że to prościzna, wręcz całkiem przyjemna. Poza tym są idealną imprezową przekąską, którą owijamy w liść sałaty, skrapiamy cytryną i popijamy anyżóweczką czyli rakı… czego chcieć więcej?

Oto przepis:

2 szklanki wody
1 szklanka czerwonej soczewicy
1 szklanka drobnej kaszy bulgur (lub jeśli jesteście w Polsce kaszki kuskus, ale wtedy trzeba by dać jej więcej, czyli powiedzmy 1,5 szklanki, bo jest drobniejsza)
1 duża cebula
2-3 łyżki oleju lub oliwy
1 duża łyżka przecieru/koncentratu pomidorowego
1 pęczek pietruszki
1 łyżeczka czerwonej papryki
1 łyżeczka kuminu
2 małe ostre papryczki – ale możemy się obejść bez nich, jeśli wolimy nie-ostro
1 pęczek szczypiorku
sól

Zagotować w garnku wodę, wrzucić do niej wypłukaną soczewicę. Gotować na małym ogniu, dopóki nie wyparuje cała woda – wtedy zestawić z ognia. Dodać do soczewicy kaszkę bulgur lub kuskus, konkretnie zamieszać i zostawić na trochę (20 min.) pod przykryciem (aby kaszka napęczniała).
W tym czasie w rondelku rozgrzać tłuszcz wraz z pokrojoną cebulą. Kiedy się zeszkli dodać przecier pomidorowy i rozrobić, zestawić. Dodać przyprawy, papryczkę, pokrojoną drobno pietruszkę i szczypiorek i solidnie wymieszać.
Ostudzoną kaszkę z soczewicą posolić, wymieszać i połączyć z zawartością rondelka. Sprawdzić, czy smakuje i doprawić jeśli czegoś brakuje :) (niektórzy dodają pieprzu, mięty). Na koniec w nagrodę zabawa, czyli rękami lepimy pulpeciki kofte, nadając kształty i wielkość „na jeden chapsik”, najlepiej z kształtem palców, takie są najsmaczniejsze :) Następnie wszystko układamy na zielonej sałacie i pałaszujemy popijając wiadomo czym :)

Tu jest przepis nieco inny i trochę pięknych zdjęć [KLIK] na jednym z ciekawszych tureckich anglojęzycznych blogów kulinarnych :)

Smacznego… ciąg dalszy na pewno nastąpi!