Oczywiście nie wytrzymałam i postanowiłam, że znów wtrącę swoje trzy grosze. Ale dziś nie będzie o polityce, przynajmniej nie bezpośrednio. Po tej całej „aferze” z zamieszkami, gazem, policją, niesfornym butnym premierem, po przeczytaniu setek (setek!) wpisów na Facebooku, Twitterze i w rozmaitych oficjalnych mediach, po prześledzeniu godzin relacji na żywo w różnych telewizjach, po przejrzeniu setek komentarzy pod artykułami w internetowych gazetach czy dyskusji na Facebooku, po iluś tam rozmowach ze znajomymi tu i tam, i – na koniec – po odpowiedzeniu na dobre kilkadziesiąt zapytań od turystów z Polski, czy do Turcji nie strach teraz przyjeżdżać, wiem jedno: że nie wiem nic, poza tym, co sama widzę i doświadczam.

Jak to mówią w Turcji, kafam karıştı (namieszało mi się w głowie). Jedni mówią to, drudzy tamto. Na każde wydarzenie bez większego problemu można znaleźć inną jego wersję. Wszystko zależy od tego jakiej wersji szukamy, jaka jest nasza teoria. Do teorii dopasowujemy rzeczywistość. Działa to w obie strony. Dlatego nieufna jestem z natury, sprawę „pogorszyły” moje studia wciskając do głowy, że wszystko jest subiektywne, że nie ma jednej prawdy, i teraz przynajmniej mi się to przydaje ;)

Mimo wszystko, mimo dystansu i zdrowego rozsądku który staram się sobie narzucić, czasami emocje ponoszą. Jakiś taki beznadziejny ze mnie idealista, i dlatego pewne rzeczy nie mieszczą mi się w głowie – a potem zaczynają się w niej kotłować i trzeba to z siebie wyrzucić.

Nie chcę pisać o polityce i o tym kto ma rację, bo takie rzeczy zazwyczaj wychodzą „na wierzch” dopiero po paru latach – minimum. Na gorąco wszystko inaczej wygląda. Poddajemy się atmosferze tłumu, poddajemy się temu co piszą znajomi w mediach społecznościowych (i: znajomi-znajomych, w końcu jak i w życiu, także w internecie utrzymujemy kontakty z tymi, którzy myślą podobnie jak my, a zatem wciąż kręcimy się w ramach „naszej” prawdy, bliższej naszym wartościom). Widzimy rzeczywistość przez nasze szkiełko, widzimy tylko jej wycinek. Piszemy „moi znajomi” są tacy, „moi znajomi” mówią to. „Ci drudzy” są odlegli, mniej znani, więc łatwo uwierzyć, że nie mają racji. To raczej prosta psychologiczna prawda, a wystarczy sobie uświadomić że w Turcji zawsze, i teraz, i wcześniej, fałszowanie rzeczywistości jest sposobem walki z wrogiem (i pewnie nie tylko w Turcji), i już mamy odpowiedź: najlepiej póki co wstrzymać się od głosu.

Do czego zmierzam. Dziwi mnie zaangażowanie w całą sprawę obcokrajowców. Mam tu na myśli głównie żyjących w Turcji Polaków, bo z nimi mam do czynienia. Jest ich całkiem sporo, dopowiem tym, którzy czytają mojego bloga z doskoku i lubią Turcję głównie turystycznie. Polaków żyjących w Turcji można ich podzielić z grubsza na cztery grupy:

1) turyści, którzy się „zasiedzieli” – najpierw przyjechali pozwiedzać, potem zakochali się (w kraju, mieście, lub jakimś jego mieszkańcu), postanowili zostać na dłużej, w końcu stworzyli sobie tutaj własny świat i sposób na życie
2) pracownicy branży turystycznej, którzy się „zasiedzieli” – dotyczy głównie rejonów turystycznych, sama zaliczam się do tej grupy. Przyjeżdżało się zarobkowo, aby w końcu rzucić walizkami i postanowić spróbować życia na dłużej, z powodów albo osobistych, albo zarobkowych, a najczęściej obu naraz
3) osoby które przyjeżdżają i zostają dla samej Turcji, albo np. dla Stambułu – fani tego kraju, jego historii i kultury, ludzie z pasją „turecką”
4) przyjeżdżający „za sercem” – gdzie nie chodziło o kraj i miejsce, ile o osobę. Może poznaną w Europie, Polsce, a może na studiach czy projekcie wolontariackim na drugim końcu świata. W każdym razie powodem naczelnym jest miłość.

Grupy te wyłoniłam czysto roboczo, zastanawiając się dlaczego tak łatwo i szybko wyrabiamy sobie o Turcji jakieś konkretne zdanie, dlatego tak szybko stawiamy się po jakiejś stronie „barykady”, i dlaczego – co najciekawsze – potrafimy prowadzić godzinne agresywne dyskusje z (!) innymi żyjącymi w Turcji Polakami! Mówię tu oczywiście o osobach, które obywatelstwa tureckiego nie posiadają (do niego upoważnia jedynie 3 lata małżeństwa z Turkiem/Turczynką i pokonanie biurokratycznego toru przeszkód).

Moja, być może naiwna, logika zakłada, że skoro paszport mam polski i obywatelstwo też jedno, to jestem w Turcji tylko gościem. Wybrałam Turcję z własnej nieprzymuszonej woli. Przyjechałam tu nie wiedząc wiele, nie znając języka, realiów politycznych i społecznych. Można więc założyć, że moje pierwsze lata spędzone tutaj to kompletna nieświadomość. O prawdziwej (?) Turcji dowiadywałam się z drugiej ręki – opowieści przewodników z którymi jeździłam na wycieczki, napomknienia byłych-niebyłych „boyfriendów”, dyskusje które częściowo rozumiałam – pomiędzy pracownikami mojego biura, i do tego własne obserwacje. Przerzucanie kanałów tureckiej telewizji i wertowanie nagłówków gazet podkładanych na stoły jako obrusy podczas tureckich obiadów w pracy. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że wiem wszystko – rodząca się pasja do tego kraju była kompletnie niewybiórcza, bezrefleksyjna. To co mi pokazywano i mówiono przyjmowałam w dobrej wierze, za prawdę.
Potem stopniowo poznawałam język i dowiadywałam się rzeczy, które niekoniecznie chciałam wiedzieć. Nagle, widząc, że rozumiem dobrze po turecku, wiele osób opowiadało mi różne sprawy, różne wersje historii,wciągało mnie w dyskusje i nagle okazało się, że wszystko jest dużo trudniejsze i bardziej złożone niż myślałam. Potakiwałam opowiadających „uhm, uhm”, a w głowie zestawiałam sobie z innymi wersjami. Okazało się, że tak naprawdę nie wiem NIC.
Podziwiam więc teraz odwagę osób otwarcie stronniczych. Na przykład w kwestii rządów premiera Erdogana, w kwestii domniemanej „islamizacji”, w kwestii demokracji w wersji tureckiej i przyczyn całej tej ludowej „rewolucji”, i tak dalej. Podziwiam tą odwagę, bo ja naprawdę nie wiem co jest prawdą. Jesteśmy wszyscy tutaj „młodą Polonią”, nie mamy tu przodków, dziadków czy rodziców. Przyjechaliśmy jako osoby dwudziestokilkuletnie, czy trzydziestoletnie, z pewnym bagażem własnych polskich-europejskich doświadczeń i określonym pakietem wiedzy. Nie dość że my sami wciąż się zmieniamy, uczymy, dojrzewamy, to nie wiemy jak było tutaj kiedyś, wcześniej. Nie mamy tu rodziny poza rodziną małżonka czy partnera. A najważniejsze – na początku większość (jak nie 99%) z nas nie znała języka tureckiego! Nie wiedzieliśmy co z czym się je, dlaczego tu jest tak, a nie inaczej, nie mamy porównania – no, chyba że do Polski czy innych krajów w których byliśmy.

Ja osobiście nigdy, przenigdy, nie interesowałam się Turcją, ba, nic o niej nie wiedziałam! Celowałam w kraje Basenu Morza Śródziemnego, szczególnie Francję i Hiszpanię. Znałam biegle francuski, a nie turecki! Tymczasem szukając pracy zawitałam do Turcji i to ten kraj przywitał mnie i ugościł. Nie przeczę, miałam wiele przygód, o Turkach mogłabym powiedzieć wiele złego – ale i wiele dobrego. Poza tym to tutaj odnalazłam swoją zawodową pasję, to tutaj zarobiłam pierwsze prawdziwe pieniądze, to tutaj poznałam towarzysza życia ;) Już nie mówiąc o książce, o tym, że dzięki temu blogowi mogłam coś o Turcji od siebie powiedzieć, może niektórych (jak słyszę) nawet pasją do tego kraju „zarazić”. Mimo tego wszystkiego, a może właśnie dlatego, nie czuję się uprawniona ani kompetentna do tego, aby zajmować w obecnej sprawie (czy wielu innych) wyraźne stanowisko.
Wydaje mi się, że jestem tutaj wciąż „gościem”, na dodatek żyję nie ponosząc żadnych poświęceń – myślę co chcę, robię co chcę i wierzę w co chcę. Aha – także ubieram się jak chcę i wbrew plotkom o zakazach, maluję paznokcie na czerwono, podobnie jak otaczające mnie Turczynki :) Nikt nigdy nie zrobił mi krzywdy ani nie powiedział złego słowa z powodu, że jestem Polką czy ogólnie „yabancı” czyli cudzoziemką. Pomijam ludzi ciekawskich, niekulturalnych czy po prostu głupich – ale nimi akurat nie warto się przejmować :) Nikt nigdy nie zmuszał mnie do życia tak, jakbym nie chciała. Zresztą, myślałam sobie nawet – jakby zmuszano – zawsze mam mój kraj-dom, ojczyznę, do której wrócę, gdyby tutaj miałoby mi się dziać źle. To w Polsce mam prawo głosu, to w Polsce mam rodzinę i zaplecze obyczajowe, to tam są moje korzenie. I to tam, jeśli uznałabym to za stosowne, pójdę na barykady i będę walczyć o wolność czy demokrację.
Nie zrozumcie mnie źle, nie o to chodzi, że w Turcji nie mam do tego prawa. Prawo mam, w końcu jestem tu legalnie, mam prawo pracy i pobytu. Ale ja po prostu NIE WIEM jak jest naprawdę. A to już wystarczy, abym starała się pozostać chłodna i zdystansowana. Śledzić media, gazety, dyskutować z Turkami i Polakami – owszem. Wypowiadać się – owszem. Ale z naciskiem na spokój i opanowanie. Nie, nie dlatego że rządząca partia może mnie „zamknąć” albo „deportować” za krytykę ich poczynań. Tylko dlatego – raz jeszcze powtórzę – że jako osoba, która wiedzę o Turcji zbiera przez lat ledwo kilka, a ma tych lat 32 – uważam, że nie jestem kompetentna.

Mimo spokojnego tonu oczywiście i tak mi się dostaje po głowie. Kiedy dodałam poprzednią notkę były opinie, że funkcję komentarzy zamknęłam bo uważam, że tylko ja mam rację (Prawda: chciałam skupić się na pracy, a nie na odpowiadaniu i moderowaniu komentarzy, co do których spodziewałam się, że będzie spora ilość). Kiedy na forach turystycznych przedstawiając się jako pracownik biura podróży uspokajam turystów mówiąc, że można normalnie przylatywać do Turcji, bo nie jest niebezpiecznie, wręcz nic się nie dzieje i nikomu z nas tutaj włos z głowy nie spadł, dostało mi się, że pewnie nie chcę stracić klientów i dlatego „fałszuję” rzeczywistość, żeby tylko nie stracić zarobku (Prawda: jakby tu było naprawdę niebezpiecznie ja sama pierwsza spakowałabym się i wróciła do Polski, rzucając w tak zwaną cholerę moją pracę). Kiedy z kolei przytykam znajomym popierającym demonstracje, żeby się trochę opanowali bo cały kraj notuje gigantyczne straty z powodu siania strachu (cofnięte inwestycje, anulowane wyjazdy), dostaje mi się, że są ważniejsze rzeczy niż zarobki branży turystycznej (Prawda: tak, uważam że masowe demonstracje kilku tysięcy ludzi z jakiegokolwiek powodu, nie są warte wielomilionowych strat i utraty źródła zarobku dla setek tysięcy ludzi. Demonstracja nie zapewni ludziom chleba). Można tak wyliczać bez końca: wszystko ma swoje dwie twarze.

Nie uzurpuję sobie licencji na jeden właściwy punkt widzenia. Moje myślenie i podejście to summa tylko i wyłącznie moich prywatnych doświadczeń i obserwacji, dlatego nie czepiam się reszty – niech myślą jak chcą. Jestem po prostu zdziwiona i zakłopotana, to chciałam powiedzieć. Uważam że w obecnej delikatnej politycznie sytuacji tylko i wyłącznie spokój i dystans pomogą nam normalnie funkcjonować. Bądźmy spokojni i róbmy swoje. I nie szkodźmy – jeśli nadal chcemy tu mieszkać i czerpać z tego radość, jak czerpaliśmy dotąd, przynajmniej nie straszmy. Tak łatwo jest wywołać medialną burzę i panikę osobom, które o Turcji nie wiedzą kompletnie nic. Tak łatwo „sprzedać” im jakąś historię jako prawdziwą. Już teraz mnóstwo turystów anulowało swoje wakacje, przerażonych bałaganem fundowanym przez media, zupełnie niepotrzebnie, dodajmy. My tu żyjemy, mieszkamy funkcjonujemy i dobrze wiemy, że cokolwiek w tureckiej polityce miałoby się dziać, osobom niewinnym i postronnym nie stanie się nic.

Czasy pokażą kto miał rację. A póki co – spokojnie.

Spodobało Ci się tutaj? Zostań moim Patronem!

Już za 10 zł miesięcznie, lub za dowolną jednorazową kwotę możesz zostać moim Patronem i mieć wpływ na to, co pojawia się na blogu i Kanale YouTube. Kliknij w obrazek poniżej i dowiedz się o co chodzi ;)