Przyznawałam się wcześniej wiele razy, że właściwie „od zawsze” uwielbiam oglądać spoty reklamowe i akcje marketingowe. Oczywiście nie o to chodzi, że jestem maniaczką kupowania polecanych tam produktów (raczej wprost przeciwnie). Natomiast jestem zdania, że oglądanie reklam to doskonały sposób na poznawanie danego kraju. No, może nie kraju, ale bardziej ludzi – ich podejścia do siebie, dowcipu, a i nawet tego, co jest dla nich tabu. Zresztą sama tematyka reklam już może nam wiele powiedzieć – zawsze po przyjeździe do Polski po paru miesiącach nieobecności szokuje mnie atak lekarstw i suplementów witamin w telewizji, radiu czy na wiatach przystankowych. Zaczynam się wręcz czuć głupio, że nie zażywam żadnych witamin :) Czegoś takiego nie widziałam nigdzie indziej!
Z kolei w Turcji ostatnio często reklamują się deweloperzy i biura nieruchomości, proponujący mniej lub bardziej eleganckie mieszkania na mniej lub bardziej elitarnych osiedlach. I linie lotnicze z propozycjami „weekendów” w Europie lub dalej. Tak, tak, Turcy się bogacą – widać to na każdym kroku, również w reklamach własnie.

Pisząc o Australii wcześniej wspominałam, że oglądam tutaj namiętnie reklamy; zgodnie z moją teorią idealnie oddają podejście do świata Australijczyków i siebie nawzajem. Niektóre są oczywiście kompletnie nieakceptowalne dla europejskiego odbiorcy (mówiąc krótko głupie i niesmaczne), ale wiele bardzo przyjemnych, dowcipnych i ciekawych. Ponieważ część fanów Tur-Tur bloga wyraziła na Facebooku gorące zainteresowanie tematem reklam australijskich (choć zazwyczaj reklamy tureckie nie cieszą się poczytnością na tych łamach) :) niniejszym wpis reklamowo-australijski. [Uwaga, możecie po wystartowaniu filmiku kliknąć pierwszy przycisk na dole po prawej stronie filmiku, wtedy pokażą się Wam napisy]

Wszystkie reklamy zostały „odkryte” przeze mnie w TV podczas pobytu w Australii.

Zacznijmy z przytupem, aby wprowadzić Was w australijski klimat. Oto, jak się reklamują… koleje australijskie. Chodzi dokładnie o jednego przewoźnika – Great Southern Rail, obsługującego południe kontynentu. I o jedną podróż, nazwaną „Journey Beyond”.
Osobiście jestem fanką podróży koleją, i ta reklama tylko podsyca moją chętkę na ponowną podróż do Australii kiedyś, w przyszłości. Coś pięknego. I ani słowa.

Kolejna reklama też z dużej litery. Zobaczcie, jak się reklamują australijskie służby mundurowe i zapraszają do wstąpienia do rezerwy. Hasło? „Sprawdź się”.

W Australijskiej telewizji emitowane są reklamy nawet kilkuletnie, dotyczy to szczególnie reklam społecznych. Inna kwestia, że są to spoty dość udane. Na przykład ten poniższy, dotyczący rzucania palenia, z którym, jak być może wiecie, Australia dość stanowczo walczy od lat. Tak na marginesie, w Australii jeden papieros kosztuje średnio jednego dolara australijskiego (ok. 2,80 zł). Bardzo dobry powód aby rzucić ;)
W poniższej reklamie pan opowiada, ile razy próbował skończyć z paleniem. Ostatecznie mu się udało… – i tyle. Hasłem przewodnim jest „Never give up giving up” – czyli „Nigdy się nie poddawaj”.


Ok, pora na lżejszą tematykę.
Według stereotypu Australijczycy są dość konserwatywni jeśli chodzi o podział domowych obowiązków, no chyba że mówimy o hipsterskich mieszkańcach Melbourne ;) Moje obserwacje tylko to potwierdzają. Panowie natomiast z dumą opowiadają o sobie, że są mistrzami barbecue, czyli rodzimego grilla. Powiedzmy sobie szczerze, położenie na ogniu kawałka mięsa nie należy do szczytu kulinarnego wyrafinowania, ale nie szkodzi – to wystarczy, żeby australijski facet uwierzył, że pomaga żonie w domu. Stereotyp potwierdza poniższa reklama chusteczek do czyszczenia sprzętu do grillowania.
Żona przynosi mężowi gazetę i piwo, oczekując zapewne, że będzie się z nimi nieźle męczył. Tymczasem cwaniak (z uroczym australijskim akcentem!) radzi sobie w minutę i wraca do tego, co sprawia mu najwięcej radości :)

Uwaga. Teraz coś, co wciąż nie mieści mi się w głowie. Oto miasto Melbourne reklamuje w telewizji fakt, że wprowadzono połączenia komunikacji miejskiej przez całą noc w weekendy (dotychczas jak rozumiem komunikacja kursowała tylko do okolic północy). Czy Wy to rozumiecie?! Bo ja nadal nie mogę wyjść z szoku. I chylę czoła, bo reklama jest świetna (fantastyczny pomysł z drzwiami od metra); możecie też rzucić okiem na piękne Melbourne, miasto które pokochałam miłością absolutną.

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Reklama żelu z arniki na bolące mięśnie. Trzymajcie się mocno, bo czegoś takiego na pewno nie widzieliście:

Babcia z klasą, prawda? ;) Świetny pomysł, zdecydowanie przekraczający „tabu seniora”.

Pora teraz na reklamy firm pożyczkowych, które dość intensywnie pojawiały się w telewizji w okresie świąteczno-urlopowym. Skąd my to znamy? Ale reklamy nie z tego świata…:

Dokładnie tak właśnie. Poznajcie dziewczynę, która wróciwszy z urlopu zorientowała się, że jej pokój w mieszkaniu został podnajęty przez kogoś innego (spójrzcie jak tutaj wynajmuje się pokoje w drogich mieszkaniach w mieście; sama prawda). Potrzebuje więc gotówki, by móc zapłacić kaucję w nowym miejscu. Zresztą co tam fabuła, spójrzcie na realizację! Totalna australijska abstrakcja. Dla niektórych na pewno niesmaczna, obrzydliwa i głupia, ale w jakimś sensie też zabawna. Tak po australijsku…

Jedziemy dalej. Firma ubezpieczeniowa pokazuje nam pewien łańcuch zdarzeń, na którego okoliczność warto być przygotowanym:

Warto zwrócić uwagę na córkę rodzinki wszystko fotografującą telefonem…

I druga reklama kredytowa, z tych głupich, ale australijskich. O mężczyźnie, który potrącił kota… „Kolejny rachunek za weterynarza”… I znów: nieważna fabuła, chodzi raczej o aktorów, realizację i tę specyficzną australijską ironię…

Uff, wróćmy do reklam fajnych :) Jedna z największych sieci supermarketów spożywczych w Australii reklamuje się między innymi jak dobrym jest pracodawcą. Hasło: „Codziennie 87 młodych osób spędza swój pierwszy dzień pracy w Woolworths”. Proste, dobitne, sympatyczne i przede wszystkim pokazuje szacunek, który w Australii jest czymś oczywistym, „nawet” w stosunku do szeregowego pracownika, promuje też zdobywanie pierwszych doświadczeń zawodowych przez młodzież. Ciekawe, co by powiedziały nasze sieci marketów z wynagrodzeniem paru złotych za godzinę? ;)

(Tu macie jeszcze podobną reklamę, ale tym razem z rodzicami: KLIK)

Uwaga, mamy reklamę z akcentem polskim: „Operacja Boomerang”. Czy to reklama społeczna, czy bardziej na żarty – nie wiem [widziałam tylko Australijczyków, którzy oglądając ją zrywali boki ze śmiechu], ale faktem jest, że była często obecna na ekranach z okazji święta Dnia Australii, o którym pisałam niedawno TU.
Fabuła prezentuje nieistniejącą akcję „Boomerang”, którą rozpoczyna australijski rząd, aby sprowadzić mieszkających za granicą Australijczyków do kraju na prawdziwe australijskie barbecue, które jest istotą tego święta. Zabierani są wszyscy, nawet księżniczka Danii, która jest Australijką. Przy okazji dostało się tutaj australijskim weganom (jak widać „prześladowani” są nie tylko w Polsce ale i mięsożernej Australii ;))
Akcent polski jest na samym początku, uważajcie:

Nie znającym angielskiego podaję pierwsze zdanie, które cedzi charakterystycznym głosem prezenterka wiadomości w australijskiej TV publicznej, Lee Ling Chin: „Warszawa, zima, rok 1996. Minus 17, i ani jednego grillowanego kęsa pozwalającego spędzić Dzień Australii. Niech nigdy nie zdarzy się to żadnemu Australijczykowi. Rozpoczynamy Operację Boomerang”.

Po tej reklamie wpadłam w mały dołek… czy naprawdę cały świat myśli, że u nas w Polsce tak szaro i zimno? Eh…. :)

Na prawie sam koniec reklama, która wzbudzała zawsze u mnie wybuch śmiechu, kiedy trafiłam na nią w TV. Prawdopodobnie trochę się już „zaustralizowałam” :) A oglądając Australian Open trafiałam na nią bardzo często. Zobaczcie, jak z okazji turnieju tenisowego swoje usługi reklamuje jeden z australijskich operatorów mobilnego internetu:


(Tak na marginesie bohater, Francuz Henri Leconte jest byłym tenisistą; akcja dzieje się na plaży St. Kilda w Melbourne)

I na koniec, na podsumowanie, dwie turystyczne reklamy Australii. Oczywiście Australia znana jest na świecie ze swoich genialnych spotów promocyjnych, którym po prostu nie można się oprzeć.
Reklama poniżej jest, można powiedzieć, stara, bo z 2011, ale wydała mi się całkiem przyjemna i bardzo, bardzo australijska ;)

A reklama druga… eh! Chwyta za serce, a mnie samą pozostawia w niesamowitym rozdarciu: jak tu opuścić ten piękny kraj?.. Swoją drogą zwróćcie uwagę na rozmach i na sposób, w jaki Australijczycy prezentują swoją ojczyznę. Ta duma i radość z bycia Australijczykiem są naprawdę ujmujące. I hasło „There’s nothing like Australia” – któremu nie można się oprzeć ;)