/na zdjęciu: jako wolontariuszka podczas Szczytu Klimatycznego w 2008 r/

W minionym tygodniu blogerzy z różnych stron kraju i świata brali udział w blogowym czy też „socjalno-medialnym” łańcuszku nazwanym: #myfirst7jobs. Idzie krótko mówiąc o to, żeby wypisać listę siedmiu swoich pierwszych miejsc pracy w życiu. O ile ogólnie idea łańcuszka (jakiegokolwiek, nawet na szyję) średnio mnie przekonuje, o tyle temat pierwszej pracy jest na tyle uroczy, że postanowiłam i sama dorzucić własny kamyczek do tego pospolitego ruszenia.

Powiecie, że przecież nie ma to za bardzo związku ani z Turcją, ani z podróżami – zgodzę się, nie ma, i nawet ucieszę. Właśnie o lekki oddech od tureckich tematów mi chodzi. Jak wiecie mamy sierpień, zmęczenie materiału daje się we znaki z całą intensywnością. Ciągłe nieustające pytania o to, czy w Turcji jest bezpiecznie do tego stanu się dokładają. Poza tym ta upalna pogoda… brak energii… ale już nie nakręcam znów spirali narzekania, bo w tym, jak każdy Polak, jestem niezrównana (wystarczy tylko iskra… :))

Idea wpisu #myfirst7jobs jest o tyle sympatyczna, że pokazuje blogera z takiej normalnej, zwyczajnej strony. W końcu nie od zawsze interesowałam się Turcją (ależ skąd!) i nie od zawsze marzyłam o pracy w turystyce (Boże broń!), ale robiłam w moim życiu różne dziwne rzeczy po to, by zarobić i zdobyć życiowe doświadczenie, co wychodziło mi bardzo różnie. Z tym zarabianiem też nie było tak łatwo – zazwyczaj pracowałam za grosze, a umowy „śmieciowe” towarzyszyły mi całe życie, chociaż jeszcze wtedy tak się nie nazywały :)
Ba, obiecywałam sobie kiedyś za dziecka, że nigdy nie będę mieć normalnej pracy na etacie i proszę bardzo – sen się spełnił, jak dotąd na typowym etacie (nie wliczając jednego okresu próbnego) nie przepracowałam ani dnia. Ma to swoje plusy i minusy (wieczny problem z ubezpieczeniem zdrowotnym, kompletny brak stałych dochodów), z drugiej strony nigdy nie byłam „uwiązana” pracą, nie odliczałam dni do urlopu, nie brałam chorobowego – po prostu nigdy mi się nie należało :)

Oto moich 7 pierwszych prac:

  1. Mycie butelek – jakkolwiek to brzmi

    Pierwszą pracę w życiu miałam już w podstawówce. Będąc dzieciakiem z Wildy (szemrana poznańska dzielnica, dziś moja ulubiona :)) często spędzaliśmy z młodszym bratem czas na podwórku, wraz z naszą podwórkową ekipą. Obszar był to dość duży: był to cały „kraj” niemalże, trzy połączone bramami podwórka, garaże, zakład rzemieślniczy, stare drzewa, krzaki, trzepaki, prawdziwy raj. Pewnego dnia pan z zakładu zaproponował podwórkowym dzieciakom pracę – mycie butelek. Co to były za butelki i do czego służyły nie pamiętam. Chyba były po farbie albo jakimś innym płynie. Na podwórku rozstawiono wannę z wodą, i pracowicie szorowaliśmy. Nie pamiętam ile wtedy zarobiłam, ale szybko to wydałam  :)

  2. Sprzedaż wyrobów plastycznych

    W czasach podstawówki i liceum chodziłam na zajęcia koła plastycznego w Młodzieżowym Domu Kultury. Pisałam o tym ważnym dla mnie miejscu a raczej ludziach, których wtedy poznałam, we wpisie o przyjaźni. Poza zajęciami były też imprezy i festyny. Na festiwalach np. z okazji Dnia Dziecka, pod auspicjami Domu Kultury rozstawialiśmy z naszą instruktorką stragan z przygotowanymi przez nas dziełami: obrazki, rzeźby, zakładki do książek, malowane wazoniki i inne „cuda” stworzone przez nas. Można było w ten sposób zarobić parę groszy. Chyba wtedy uznałam, że nie nadaję się do normalnej pracy i wolę namalować i sprzedać obrazek, co przychodziło mi wtedy łatwo, niż wykonywać standardowy zawód :)

  3. Sklep z prasą i obsługa ksero

    Moja trzecia praca była jednym z dłużej trwających epizodów zawodowych w moim życiu (kilkanaście lat!). Pracą jednocześnie znienawidzoną, bo trzeba było pokonywać wrodzoną nieśmiałość, jak i z czasem bardzo lubianą. Ale po kolei. Moi rodzice, niegdyś nauczyciele, w latach 90. otworzyli własny niewielki biznes. Prowadzili tak zwane „saloniki prasowe” wraz z punktem ksero. Zmieniały się miejsca i nazwy, ale branża prasowa przez lata pozostała „naszą” branżą. Dla dzieciaka kochającego czytać – ideał – można było bezkarnie i za darmo przeglądać gazety. Najpierw byliśmy pomagierami – odbijaliśmy kartki na ksero, zastępowaliśmy rodziców kiedy musieli wyjść na chwilę. Kiedy z bratem podrośliśmy, czyli od okresu liceum, pracowaliśmy już bardziej regularnie, zarabiając w ten sposób na kieszonkowe. Praca z klientami początkowo paraliżowała mnie całkowicie, dlatego nie lubiłam jej, wolałam siedzieć na zapleczu czytając gazety :) Ale z czasem i to minęło. Salon na Wildzie był naszym drugim domem.
    Przy okazji przyzwyczaiłam się też do realiów prowadzenia własnego biznesu – siedzenie po godzinach, praca w Nowy Rok (remanent!), brak typowych wakacji (zawsze ktoś z rodziny zostawał w pracy), dużo papierkowej roboty, odpowiedzialność za tzw. zwroty (niezwrócone do dostawcy na czas gazety), dźwiganie paczek – mogę wymieniać godzinami. Za to plusem niewątpliwym było nauczenie się obsługi klienta, także tego „wymagającego”, obsługa kasy fiskalnej, wszelkich biurowych sprzętów, no i orientacja w rynku prasy, który pod koniec lat 90. rozwijał się w Polsce jak szalony. W gazetach w tamtych czasach było po prostu wszystko: płyty DVD, klapki, torby (pamiętacie??), bielizna, słodycze, napoje, zabawki, miniaturowe samochodziki. Polacy kupowali gazety całymi seriami, a ja czytałam je bez ograniczeń – kiedyś pamiętam, próbowałam policzyć czasopisma, które czytam regularnie w ciągu miesiąca – wyszło mi dobrych kilkadziesiąt ;)
    Ta praca towarzyszyła mojemu życiu przez całe liceum i studia aż do pierwszego wyjazdu do Turcji – nie lubiłam jej, buntowałam się, szukałam innych form zarobku, ale zawsze wracałam – choćby na zastępstwo.

  4. Gazeciarka nad polskim morzem

    Pora na moją ulubioną pracę wakacyjną. Na studiach 3 razy pod rząd spędzałam tak lato, raz w Kołobrzegu, dwa razy w Jastarni. Praca – ideał, znaleziona z ogłoszenia. Od rana sprzedawało się gazety chodząc w firmowym stroju po plaży i nadmorskim deptaku. Każdy z nas miał wypakowaną po brzegi gazetami torbę – wraz z nieśmiertelnymi dodatkami – której ciężar przygniatał do ziemi. Do tego garść gazet w ręce. Sprzedawaliśmy gazety od rana do godzin popołudniowych – zarobek był od sprzedanej sztuki. Przy okazji nauczyłam się „drzeć gardło” (szłam plażą krzycząc „Gazeeeeta Wyborczaaaa! Poraaaadnik domowy!) – co przydało mi się potem w pracy rezydenta :)
    Zarobki były skromne, ale pozwalały utrzymać się na bieżąco. Nocleg na tzw. kwaterach mieliśmy zapewniony przez pracodawcę, pracowaliśmy w ekipach młodych ludzi z całej Polski. Zresztą z paroma dziewczynami poznanymi wtedy nadal utrzymuję kontakt. Opalona byłam na mahoń, od chodzenia po piasku z obciążeniem schudłam i wyrobiłam sobie mięśnie, no i byłam nad ukochanym polskim morzem dwa miesiące w roku – czego więcej chcieć do szczęścia? :)

  5.  Statystka w galerii handlowej

    Cały okres studiów przepracowałam jako hostessa. Ale nie taka długonoga na szpilkach, o nie. Zresztą nie kwalifikowałam się ;) Jedna ze świeżo otwartych galerii handlowych w Poznaniu przyjęła mnie do swojego zespołu … „statystów”. Byliśmy, mówiąc krótko, przebierańcami. Kiedy w galerii zbliżały się święta, spacerowaliśmy po alejkach galerii przebrani za Świętych Mikołajów i Anioły, na Dzień Dziecka byliśmy postaciami z bajek, a na „filmowy weekend” miałam na sobie strój Charliego Chaplina. Bardzo lubiłam tą pracę, chociaż trzeba było spacerować długie godziny w często dość ciężkim teatralnym makijażu i niewygodnym stroju na sobie, już nie mówiąc o tym, że niekiedy bały się nas dzieci :) Najlepszą jednak pracą w tej firmie było… reklamowanie salonu meblowego. Wraz z kolegą spędzaliśmy całe dnie pośrodku naszej galerii, na urządzonej tam wystawie sypialni, po prostu leżąc na wielkim łożu – ubrani w eleganckie satynowe piżamy :) Wszyscy nam zazdrościli!

  6. Własna działalność gospodarcza nad polskim morzem

    Pod koniec studiów wciąż nie potrafiłam przestawić się na tryb myślenia o normalnej pracy… postanowiłam więc wrócić do Jastarni z własnym biznesem. Otworzyłam w wakacje stragan przy głównej ulicy miasta i sprzedawałam tam plastikowe kolczyki i bransoletki (wówczas modne!) i inne typowo wakacyjne drobiazgi. Miałam pecha: tamtego lata wciąż padało, było więc mniej turystów i nie zarobiłam kokosów. Poza tym któregoś dnia kwaterę gdzie mieszkałam okradziono. Szczęśliwie dzień wcześniej pieniądze wpłaciłam do banku, towar miałam ze sobą (byłam w pracy) ale straciłam wiele cennych dla mnie wtedy przedmiotów, np. discmana (!), plecak, torebkę, ubrania czy kosmetyki. I na jakiś czas własne biznesy wywietrzały mi z głowy :)

  7. Wprowadzanie danych

    Moja ostatnia praca przed wyjazdem do Turcji. Pracowałam w ten sposób w kilku rozmaitych firmach, także dużych korporacjach. Najpierw byłam typowym pracownikiem outsourcingowym, potem zatrudniała mnie bezpośrednio firma zajmująca się przetwarzaniem danych. Wklepując bezwzrokowo do komputera najrozmaitsze dane (na przykład… mandaty za przejazdy bez biletu niemiecką koleją Deutsche Bahn) spędzałam tak wiele godzin i miesięcy, pracując na zmiany – najbardziej lubiłam nocki, bo były spokojniejsze i lepiej płatne ;) Jedna z takich prac, za którymi czasem tęsknię – szło się do roboty, odbębniało swoje ze słuchawkami na uszach, i wracało do domu, gdzie można było zająć się własnymi pasjami. Oczywiście zapominam już o tym, jak nabawiłam się zespołu cieśni nadgarstka i problemów z barkiem od klikania  – do dziś zresztą mam z tym problemy.
    Trudno się dziwić że po wielu miesiącach przed komputerem praca w Turcji była jak raj? Ale to już inna historia, którą dobrze znacie ;)

Poza tymi siedmioma pracami miałam okazję jeszcze być wychowawczynią bandy rozwydrzonych nowobogackich dzieciaków na kolonii  (jako 20-latka, nie wspominam tego dobrze ;), zbierałam czereśnie w podpoznańskich sadach (i śniły mi się po nocach), pracowałam przez jeden dzień na zmywaku w restauracji w Juracie (upewniając się tym samym, że gastronomia to nie dla mnie :), pracowałam na targach czy w poznańskiej Operze jako hostessa (tym razem ta „ładna” hostessa, a nie Baba Jaga), pracowałam w supermarketach przy inwentaryzacjach. Byłam też wolontariuszką na konferencji klimatycznej. Robiłam też wiele innych rzeczy, ale ciężko mi nawet je wszystkie sobie przypomnieć. W wielkim skrócie: byłam królową pracy dorywczej :)

Kiedy tak o tym piszę widzę, że prawdą jest, iż sami jesteśmy kowalami swojego losu :)

A jakie były Wasze pierwsze prace w życiu?

W trakcie tworzenia... :)

W trakcie tworzenia… :) Połowa lat 90.

 

7 pierwszych prac #myfirst7jobs

Rok 2002: zgadnijcie która z nich to ja? ;D