erasmus w Turcji

Turcja jest, jak się okazuje, jednym z popularniejszych kierunków wśród polskich Erasmusów. Wciąż dowiaduję się o kolejnych osobach, które w ramach programu wymiany studentów trafiają na Erasmusa do Turcji. Przygotowaniom do wyjazdu towarzyszy wiele wątpliwości, Turcja w końcu stereotypowo się kojarzy, za to wracające z Turcji Erasmusy to już zupełnie inni ludzie :)

W zeszłym roku poznałam Martę Abramczyk, studentkę dziennikarstwa UAM w Poznaniu, która poprosiła mnie o spotkanie, by rozwiać wątpliwości dotyczące wyjazdu na Erasmusa do Turcji. Po zakończeniu pobytu postanowiłam ją przepytać jak było. Myślę że jej relacja może być pomocna i inspirująca dla wielu osób – nie tylko studentów!

Witaj Marta, poznałyśmy się w poznańskim Starym Browarze, dokąd zaprosiłaś mnie na kawę, aby zapytać o parę spraw związanych z Turcją przed Twoim wyjazdem na Erasmusa. Miałaś sporo obaw. Powiedz, co wtedy wiedziałaś o Turcji, jak wyobrażałaś sobie ten kraj?

Wydaje mi się, że wiedziałam dość dużo, ale wolałam się upewnić. Moja wiedza opierała się głównie na wiadomościach z internetu, mam oczywiście na myśli blogi i vlogi (bardzo przydatny był Twój – ogrom wiedzy na temat Turcji). Na pewno wiedziałam o tym, że Turcja nie jest i nigdy nie była krajem arabskim, za jaki ma ją niestety większość Polaków… Mówię niestety, ponieważ wszystkie stereotypy i obawy przez to, że główną religią w tym laickim kraju jest islam. Ale… jako studentka dziennikarstwa, osoba, która musi wiedzieć WSZYSTKO, wolałam się wypytać Ciebie, bo jesteś dla mnie skarbnicą wiedzy.
Rozmawiałam też z dziewczynami z mojej uczelni, który były na Erasmusie w Turcji, wszystkie bardzo polecały ten kraj. Nigdy w życiu nie usłyszałam złego słowa na jego temat, oczywiście od osób świadomych, lub takich, które w nim były. Wyobrażenia miałam jedynie takie, jakie widziałam w słynnych tureckich serialach. Obawiałam się, że rzeczywiście ludzie są tam tak zawistni, szczególnie kobiety, oraz, że dzielą się na kasty, bardzo bogatych i bardzo biednych.

Jednak słusznie uświadomiłaś mnie że to, co widzimy w tureckich serialach, to bajka. Najbardziej bałam się jednak kultury i savoir vivre’u, bo nigdy w życiu nie opuściłam Europy, miałam wrażenie, że tam, w Azji, będzie całkiem inaczej. Największą obawą był ubiór, jednak, tak jak obiecałaś, w Turcji można ubierać się normalnie, to znaczy, jak komu się podoba, mity o hidżabach zostawmy osobom, które o Turcji wiedzą tyle, co ja o hokeju (czyli nic :)).

Mogę teraz przyznać, że wszystkie rady, których mi udzieliłaś, wszystko, co mówiłaś… się spełniło! Uprzedziłaś mnie przed uzbrojeniem się w cierpliwość przy załatwianiu czegokolwiek w urzędach, o tym, że mało kto (a w Izmirze właściwie nikt) nie mówi po angielsku, oraz, co zapadło mi w pamięć o cudownych tureckich autostradach i ogólnym transporcie publicznym, którym byłam zachwycona.

Czyli jak to było… Troszkę obawiałaś się i jednocześnie chciałaś do tej Turcji jechać? ;)

Bardzo chciałam jechać do Turcji. Gdybym się bała, nigdy nie odważyłabym się wyjechać tak daleko. Obawy są i będą zawsze, na szczęście miałam okazję porozmawiać z Tobą, po czym uspokoiłam się i rozwiałam wszelkie wątpliwości, które wmawiali mi inni ludzie, mający negatywne podejście do mojego wyjazdu.

A dlaczego w ogóle wybrałaś Turcję?

Wiele osób pytało mnie, dlaczego w ogóle jako cel Erasmusa wybrałam Turcję. Byli zdziwieni po pierwsze tym, że nie jest w Unii, a to przecież Erasmus [program europejski], po drugie, ludziom niestety kojarzy się ona z krajami arabskimi. Wykładowcy na Yaşar [uczelnia na której Marta studiowała w Turcji] też się mnie pytali, dlaczego nie Niemcy, Francja, czy Włochy?

Dlatego, że tam mogę być nawet jutro, bo Unia jest dla mnie dostępna na wyciągnięcie ręki, a ja lubię rzeczy, które nie są podane na dłoni. Do Turcji musiałam mieć zgody obu uczelni, wyrabiać wizę w ambasadzie, kupować specjalne ubezpieczenie, a o wyrabianiu ikametu nie wspomnę – jednym słowem, nie była to prosta droga.

W Turcji zakochałam się, gdy 14 lat temu moja ciocia przywiozła płytę Tarkana, moje ukochane „Dudu” grało mi w słuchawkach przez całe moje życie, interesowałam się orientem, chodziłam nawet na bellydance. Ale pomysł z Erasmusem narodził się podczas oglądania serialu „Asla vazgeçmem” z moją ukochaną Nur i pięknym księciem Yiğitem. Stwierdziłam wtedy, że siedzę na kanapie, oglądam przepiękny Stambuł w telewizji, a przecież są możliwości, dzięki którym i ja mogę tam być!

I tak zaczęło się walka o Erasmusa, bo nie było łatwo, po pierwsze, Turcja nie występowała wówczas na USOSIE w krajach dostępnych, przez czyhające według MSW niebezpieczeństwo, po drugie, byłam na 5 roku studiów, więc trudno było załapać się na stypendium. Ale dzięki ogromnej pomocy mojej wydziałowej koordynatorki, udało się. Walczyłyśmy 4 miesiące, żeby w ogóle uzyskać zgodę na wyjazd, miejsce na uczelni, na początku w planach miałam tylko Stambuł.

Izmir wyszedł przez przypadek, tylko tam mogłam studiować dziennikarstwo – ale to był najlepszy przypadek, jaki mi się w życiu trafił. Wszyscy, którzy niedowierzali, żartowali, że na Erasmusa jadę do budki z kebabem Izmir Kebab, że mnie nie wpuszczą, nie zdam, cokolwiek – gdy zobaczyli nasze relacje w social media zapragnęli sami Turcji! 

Opowiedz w takim razie jak to po kolei było. Twój pierwszy dzień w Turcji… jakie były pierwsze wrażenia?

Przyleciałam wprawdzie w nocy, ale pierwszym zaskoczeniem było to, jak ogromnym miastem jest Izmir, gdy przyszło mi wracać z lotniska na Karşıyakę godzinę. Oczywiście, jak prawdziwi Polacy, pierwszy przystanek, o który poprosiliśmy mentorów, którzy nas odebrali, był… bar z kebabem. Najgorszym kebabem, jakiego w życiu jadłam! Było to rollo z suchym mięsem i jednym pomidorem. Zero sosów, sałatki, czegokolwiek, zdjęcie na fejsa od razu poszło, bo znajomi czekali tylko na zdjęcie prawdziwego tureckiego kebaba, niestety mój żołądek się nie cieszył. Po tym, jak znaleźliśmy nasze mieszkanie na kolejne pół roku, czekało na mnie kolejne zdziwienie. Przyjechałam na Erasmusa z kolegą, mieliśmy mieszkać razem, mentorzy odprowadzili nas do domu, a tam właściciel podał rękę Maciejowi, a na mnie nawet nie spojrzał. Byłam w ogromnym szoku, gdy mówił tylko i wyłącznie do niego, udawał, jakby mnie w ogóle nie było. Myślę sobie, okej, mam nadzieję, że później będzie lepiej!

Moim prawdziwym pierwszym dniem był za to ten kolejny, gdy poszłam na uczelnię. Szok i niedowierzanie, jak piękny jest kampus na Yaşar University. Cały czas przeżywałam, jakie super jest poznańskie Morasko, jednak czapki z głów dla Yaşar.

Ale na wejściu pierwszy problem – bramki. U nas jest to nie do pomyślenia, wszystkie szkoły i uczelnie są otwarte. A tam, ochrona, bramki, trzeba mieć kartę, której ja oczywiście nie miałam. Musieliśmy więc zostawić paszport, żeby z łaski nas wpuścili (z łaski, bo pan nie mówił słowa po angielsku, więc tylko moje powtarzanie słowa Erasmus 150 razy pozwoliło na to, żeby otworzyli bramki). Na studiach okazało się, że takich prawdziwych Erasmusów, z Europy jest aż 5. To znaczy ja, mój kolega, jeszcze jeden poznaniak i dwie Czeszki. Reszta, 90 procent studentów było z … Pakistanu. Myślę sobie, oho, to będzie ‘imprezowy Erasmus’. Ze względu na to, że na sali większość osób byli to mężczyźni, muzułmanie, było… dziwnie. Gdy ESN poprosił, abyśmy się sobie przedstawili, Pakistańczycy nie podali mi nawet ręki, a Maciejowi rzucali się na szyję, mówiąc Hi my brother.

Uprzedzałaś mnie, że mężczyźni w Azji mają diametralnie inne podejście do kobiet, więc jakoś to przeżyłam. Bardziej się zdenerwowałam, gdy na wspólnym lunchu, w restauracji, my – kobiety zostałyśmy pominięte przez obsługę. Musiałabyś widzieć sztylety w moich i Czeszek oczach. Gdzie nasza Europa, gdzie kobieta dostaje pierwsza menu? Halo! Ale kolejny raz, jakoś to przełknęłam. Resztę dnia zajął mi powrót do domu, który zważywszy na ogromną infrastrukturę Izmiru zajął mi około 3 godzin, po czym zrozumiałam, że Poznań w porównaniu do Izmiru to prowincja. Pewnie dojechałabym do domu wcześniej, gdyby nie fakt, że NIKT nie znał słowa po angielsku, a mój pakiet Vodafona (za którego kartę sim musiałam zapłacić bagatela 60tl) jeszcze nie działał. Z pomocą przyszedł mi telefon do właściciela mieszkania (oczywiście rozmawiał Maciej, nie ja), za który zapłacił miliony, ale udało nam się dotrzeć do domu. Uczucia miałam wówczas mieszane.

Z jednej strony pamiętam moment szczęścia, gdy zobaczyłam moje wymarzone palmy, morze, gdy się rano obudziłam – widok z okna na góry. Z drugiej strony byłam przerażona ludźmi i ich zachowaniem. Na szczęście wszystkie moje obawy zdążyły odejść w niepamięć w przeciągu maksymalnie dwóch kolejnych dni. Mimo wszystko, gdy obudziłam się, a właściwie, gdy jechaliśmy samochodem autostradą, gdzie po jeden stronie było morze, po drugiej góry, dookoła palmy, poczułam wtedy, że to jest to! To o takim miejscu całe życie marzyłam i tego szukałam.

Jak wygląda taka codzienność studenta na Erasmusie w Turcji? Moje wyobrażenie jest takie, że zajęć jest niewiele, a więcej zwiedzania, podróżowania, wspólnych imprez w międzynarodowym gronie. Jak było u Ciebie?

Powiem tak – też tak myślałam! Uśmiecham się na samą myśl, bo jeszcze wszyscy mi mówili, że w Turcji, to już w ogóle luzik, wykładowcy wiedzą, że jesteś na Erasmusie i nie przyjechałaś się tu uczyć, tylko zwiedzać.

No niestety, nie na Yaşarze. Nigdy w życiu, przez cały okres moich studiów, nie miałam tyle do roboty, co na tureckiej uczelni. Ta, na której na studiowałam jest bardzo drogą, prywatną szkołą i może też dlatego wykładowcy wymagają od studentów więcej. Ale przykładowo pierwszy raz w życiu spotkałam się z midtermami, czyli sesją w środku semestru. Miałam zaliczenia ze wszystkich przedmiotów dwa razy, jedna sesja egzaminacyjna w marcu, druga, ta końcowa w maju. Nie ukrywam, że najtrudniejszy był dla mnie język turecki i nie raz żałowałyśmy z czeskimi przyjaciółkami, że zdecydowałyśmy się na ten fakultet. Nasza hoca trochę się zapędziła widząc, jak dobrze Irańczycy ogarniają ten język. Ale halo! Dla nich to tak, jak dla nas czeski, a dla mnie, Polki, na początku była to czarna magia. Jaką dumą więc pałałam, gdy zdałam wszystkie trzy egzaminy końcowe z tego języka, uzyskując 90 procent. Wiedza przydała mi się w praktyce na bostanlı Pazar [bazar], nie ukrywam!

Co do zwiedzania, ja staram się czerpać z życia ile się da, więc zapisywałam się na wszystkie możliwe wycieczki. Wspólne mieliśmy do Pamukkale, Hierapolis, Efezu, kolejna do Kapadocji, impreza dla całego ESN z Turcji w Foçy i pożegnalne boat party w Çeşme. 

Sami zorganizowaliśmy sobie 5 dni w Istanbule i cotygodniowe (po sesji) leżakowanie w magicznym Ceşme lub Foçy. Każda wycieczka oznaczała całotygodniowe siedzenie po nocach nad projektami na zajęcia, ale BYŁO WARTO!

Wspólne imprezy w międzynarodowym gronie? 

W gronie składającym się w 90 procentach z muzułmanów, było trudno o imprezy. Można nawet powiedzieć, że mieliśmy półroczny odwyk, piwo tylko czasem, na ewentualnych eventach wygrywało wino Şirince, jedyny alkohol, na który było nas stać. Nie wyobrażałam sobie, że napoje wysokoprocentowe są aż tak drogie w Turcji! Pod tym względem, Erasmus kojarzony z imprezami, w tym kraju się wyklucza. Ale okazuje się, że potrafimy się bawić bez alkoholu i też jest super ;) 

Najlepiej wspominam imprezy w hotelach na naszych wyjazdach, wtedy czułam się, jak na koloniach/obozach, jak za starych, dobrych czasów – było cudownie. Za to na turkish night wyszło na jaw, że Pakistańczycy, którzy nigdy nie próbowali alkoholu potrafią bawić się najlepiej, oni czują rytm nawet dzwonka od telefonu :) Kochają tańczyć, nie wstydzą się i nie potrzebują wspomagaczy, tego im zazdrościłam. W takich momentach wychodził mój zachodni „chłód”.

Podsumowując, turecki Erasmus na pewno nie odbył się pod znakiem imprez, głównie spotkań towarzyskich, codziennie przy wspólnym obiedzie w restauracjach, çayu i nargile oraz nauce i zwiedzaniu.

Interesuje mnie i zapewne także Czytelników strona praktyczna Twojego pobytu. Gdzie mieszkałaś, jak było z wyżywieniem, internetem, codziennym funkcjonowaniem?

Miałam  niesamowite szczęście, bo zaczęłam się zajmować poszukiwaniem mieszkania dopiero przed Gwiazdką, a został mi wtedy tylko miesiąc do wyjazdu. Nie ukrywam, że było to spowodowane tym, że do samego końca nie wierzyłam w to, że uda mi się wjechać, że zdołam ogarnąć te wszystkie formalności, papiery, sesję i wizę. Coś mnie tknęło i przypomniało się o dziewczynie, z którą rozmawiałam rok wcześniej na temat Erasmusa w Turcji, jednak wtedy pod lupę brałam Stambuł.
Znalazłam tę konwersację i okazało się, że Ania, która teraz jest moją koleżanką – była dwa lata przede mną w Izmirze. Jesteśmy z tego samego wydziału na UAM, również studiowała na Yaşar, też była tam z chłopakiem. Zgotowałam jej niespodziankę.

Wspomniane szczęście było takie, że Ania podsunęła mi swoje mieszkanie, a właściwie namiary do jego właścicielki. Okazało się, że w Izmirze, w najpiękniejszej dzielnicy Karşıyaka, nad samym brzegiem morza, czeka na nas 200 metrowy apartament z ogromną sypialnią, gabinetem, tarasem i własną łazienką. Gdy zobaczyłam zdjęcia mojego przyszłego domu, oszalałam z radości! Nie jestem więc w stanie nikomu doradzić, jak poszukiwać mieszkania, bo moje mieszkanie znalazło mnie samo :) Internet miałam w cenie mieszkania, doliczała nam za niego bodajże 20 euro, bo czynsz płaciliśmy w euro – właścicielka mieszka w Berlinie. Prócz domu z bajki dostałam pod opiekę kota! Najpiękniejszą kotkę Rachel – moją aşkım :)

Wyżywienie. Szybko przyszło mi założyć kartę stałego klienta w Migrosie i Gratisie. Chodziliśmy na duże zakupy zawsze we wtorki, bo to był nasz jedyny całkowicie wolny dzień, który zawsze przeznaczałam na zakupy, ogarnianie spraw na łączach z Polską, oraz na bieganie nad brzegiem morza. Rachunki zweryfikowały, że bardziej opłaca nam się jadać w restauracjach, niż gotować, bo ceny za mięso, wędliny, jogurty, czy sery (o alkoholu nie wspominając) są z kosmosu.

Tutaj od razu nasuwa się odpowiedź na pytanie o codzienne życie, bo każdego dnia po uczelni szliśmy na wspólny lunch z przyjaciółmi na Bornovie, w ten sposób miałam „food Erasmusa”, do którego przyczynił się mój przyjaciel Doğa, znawca wszystkich restauracji w Izmirze. Bardzo dużo dało mi to, że utworzyła się wśród nas, jak to nazwaliśmy „erasmus gypsy family”. Nie wyobrażałam sobie, że będę miała tak wspaniałą ekipę, która stanie się dla mnie jak rodzina. Byłam pewna, że pojadę na Eramsusa, pouczę się, pobędę, pozwiedzam i papa.

A tutaj ogromne zaskoczenie – paczka niesamowitych ludzi z całego świata, z którą codziennie staraliśmy się wymyślać nowe atrakcje, żeby wykorzystać ten wyjazd na maksa. Była wspólna Wielkanoc, moje urodziny na plaży, wycieczki, plażowanie, treningi, nauka, szisza, obiady lub zwykłe spacery i nasze ukochane zachody słońca na Konaku lub Bostanlı.

Co w Turcji Cię najbardziej zaskoczyło? Wiem, to pytanie brzmi banalnie, ale jestem pewna że zaskoczeń było sporo. Co Ci się najbardziej podobało, czego się kompletnie nie spodziewałaś?

Wiedziałam na temat tego kraju tyle, że mało co mnie tam zaskakiwało. Ale na pewno zaskoczyły mnie kontrole – wszędzie. Na wejściu na uczelnię, na dworcu, lotnisku, w metrze, w porcie. A co najdziwniejsze w galeriach handlowych, a czasem i w Migrosie. Jak wysyłałam do Polski snapy, że na każde wejście do galerii handlowej mam kontrolę jak na lotnisku – wszyscy byli w szoku. Potem się już przyzwyczaiłam i normą dla mnie było dawanie torebki do kontroli.

Co mi się podobało? Ceny niektórych rzeczy. Na przykład kosmetyków, czy gazet. Vouge za 10 TL to jest to :)

Pamiętam doskonale, gdy mi to mówiłaś, ale nie chciałam w to wierzyć! Infrastruktura tego kraju! Nigdy w życiu, a widziałam 25 krajów, nie widziałam tak pięknych tras, dróg i autostrad. Wszystko jest przemyślane, nowe, piękne, zawsze i wszędzie są cudowne widoki. W Izmirze jest czysto i pięknie. W tym jednym mieście funkcjonuje i metro i Izban, tramwaje, autobusy, kolej i co najważniejsze promy. To było cudowne uczucie, pływać codziennie do szkoły promem, całe życie marzyłam o tym, żeby mieszkać nad morzem i każdego dnia cieszyłam się jak dziecko, że wsiadam na prom…

Byłam w szoku, że Turcy tak bardzo kochają swój kraj i o niego dbają. Na ulicach nie ma śmieci, wszędzie jest czysto, moi koledzy sprzątali śmieci na plaży, bo to ich kraj i nie może być brudny… Nigdy nie zapomnę obchodów 19 maja, gdy wszyscy w Çeşme chodzili szczęśliwi z pochodniami krzycząc yaşa Mustafa Kemal paşa, yaşa [niech żyje pasza Mustafa Kemal]. Turcy naprawę kochają swój kraj i potrafią okazać mu szacunek i radość.

Zdziwiły mnie ceny za usługi komórkowe, które w porównaniu z naszymi są bardzo drogie oraz to, że trzeba zarejestrować telefon, bo w przeciwnym razie zostanie on zablokowany. A, i to, że Wikipedia jest w tym kraju zablokowana – kosmos.

Turcy uwielbiają rozmawiać i to z każdym. Wielokrotnie powodowałam grymas na ich twarzach, gdy w metrze, czy na promie próbowali mnie zagadać, a moją jedyną odpowiedzią było pardon, Türkçe bilmiyorum. Na początku myślałam, że mój najlepszy przyjaciel Doga zna cały Izmir. Potem zrozumiałam, że oni po prostu wszyscy ze sobą rozmawiają o niczym, tak o. Nie bez powodu mają specjalne powitania, nawet dla kogoś, kto pracuje, jak kolay gelsin, czyli miłej pracy. W Polsce jest to nie do pomyślenia, że mówimy komuś, kto chociażby odśnieża – miłej pracy. To samo w sklepie, gdy na Hoş geldiniz, musimy odpowiedzieć Hoş bulduk! Zupełnie inna kultura, o wiele bardziej otwarta na innych ludzi.

Jakieś miłe rzeczy Cię spotkały w związku z tym? ;)

Byłam w szoku, gdy poszłam do ortodonty (noszę aparat, pogubiłam wszystkie ligatury). Zapytałam się, ile zapłacę za wymianę „gumek”. Lekarz odpowiedział, że 1 dolara – z tym, że ja dolarów w życiu nie miałam, a pan chyba nie zrozumiał, że nie jestem turystką, tylko mieszkanką. Poszłam do domu, gdzie zapytałam się właściciela mieszkania, co zrobić w takim przypadku – podpowiedział mi, żebym kupiła mu turkish delight. Tak zrobiłam. Gdy po wizycie kolejny raz zapytałam ne kadar?  Lekarz powiedział, że NIC! Dałam mu te słodycze, a on tak się ucieszył, że mu coś kupiłam, że aż mnie wyściskał. Nie wiem, kto w tamtym przypadku cieszył się bardziej – ja z prawie darmowej wizyty (w Polsce płacę za taką usługę 150 zł), czy ortodonta, któremu dałam słodycze. Ta sytuacja pokazuje, jacy są ludzie w Turcji. Są kochani i bardzo, ale to bardzo pomocni. Oni sami sobie odejmą od ust, żeby dać komuś innemu. Gdy raz zapytałam pana, gdzie jest poczta, nie znał oczywiście angielskiego, nie był mi w stanie odpowiedzieć, to mnie zaprowadził! 

A jakieś negatywne strony?

Jedyną negatywną stroną jest to, że mnie nie ma w Turcji! Bardzo, ale to bardzo tęsknię za tym krajem i jedyne o czym myślę, to powrót.

A tak serio – papierologia. Nienawidzę tureckich urzędów wszelkiej maści. Godziny spędzone w kolejkach z mentorami, którzy tłumaczyli nam kolejne głupoty wymyślane przez urzędników. Nie zliczę ile razy byłam w Immigration Office prosić się o ikamet… No i to ich – „mam na wszystko czas”. Doprowadzało mnie do szału, bo ja muszę mieć wszystko na tu i teraz, a tam nawet na uczelni, na wszystko mieli czas, a potem nagle się okazywało, że mamy deadline i było wielkie kuku.

A! I ludzie, którzy nie potrafią korzystać z komunikacji miejskiej. Dla mnie to było niepojęte, że codziennie musiałam walczyć, żeby wydostać się z metra, bo w Turcji zasada,  najpierw się wychodzi, potem się wchodzi – nie obowiązuje.

Kolejna rzecz, przy okazji komunikacji. Kierowcy! Każde wyjście na turecką ulicę to walka o przeżycie. Jednak szybko się przyzwyczaiłam i sama przechodziłam kiedy i gdzie chciałam. Gorzej było, gdy wróciłam do Polski, w tym kontekście – do cywilizacji.

Zapomniałam, że miałam jeszcze okazję uczestniczyć w tureckim weselu, które totalnie odbiegało od naszych. Jak to moi znajomi powiedzieli, to było poor turkish wedding. Czemu? Na stołach do jedzenia były wyłącznie suche ciastka, każdy z gości dostał jedynie jedną puszkę pepsi i kawałek tortu. To koniec atrakcji. Mnóstwo ludzi, panna młoda zmęczona życiem i tańcem, jakieś zabawy z henną i my – gwiazdy wieczoru – ludzie z Europy. Impreza skończyła się o 21 i była najdziwniejszą, na jakiej w życiu byłam!

Lubisz ubierać się w krótkie spódniczki, raczej odsłaniasz ciało. Jak się z tym czułaś w Turcji? Czy zwracałaś uwagę innych, czy był jakiś dyskomfort?

Nie miałam problemu, patrząc na to, jak ubierały się studentki na mojej uczelni, tym bardziej się tym nie przejmowałam. Jedyny raz, kiedy poczułam się niekomfortowo, to gdy poszłam do najbiedniejszej dzielnicy Basmane, tam mężczyźni patrzyli na mnie bezczelnie, ale wszystkie kobiety miały tam nikaby [czarne zasłony], więc się nie dziwię. W Izmirze wszyscy się ubierali jak latem w Europie, wiec nie, nie przejmowałam się tym, tylko w każdym możliwym momencie się opalałam.

Twój pobyt dobiegł już końca… Jak go podsumowujesz? Co byś powiedziała osobom, które także obawiają się wyjazdu na Erasmusa w Turcji lub dłuższy pobyt? Jak byś ich uspokoiła?

Każdemu, kto zadaje mi to pytanie, odpowiadam jednym zdaniem – TO BYŁO NAJPIĘKNIEJSZE PÓŁ ROKU MOJEGO ŻYCIA. Wspaniała przygoda, która dała mi niesamowitą moc – przyjaciół na całym świecie, otwartość i wspomnienia, których nikt mi nie odbierze. Zawsze byłam odważna, ale po Erasmusie wiem, że przede mną nie ma rzeczy niemożliwych! Poradziłam sobie sama na drugim końcu świata, w Azji, nie znając miasta, w którym mieszka 3 miliony ludzi, nie znając słowa po turecku, ani żadnej osoby. Nauczyłam się języka, Izmir ogarniam jak Poznań, a do Polski przywiozłam w serduszku braci i siostry z całego świata.

Jedyne przed czym alarmuję, to eramsusowy broken heart! Gdy już się skończyły niezliczone powitania, płacze, urodziny niespodzianka, grille, litry wódki – przyszła polska rzeczywistość – moje serce pękło na pół, a dusza zaczęła wołać SEVIYORUM TURKIYE! :)

W takim razie chyba już znam odpowiedź na moje ostatnie pytanie… Czy planujesz jeszcze wrócić do Turcji? :)

Gdybyś zobaczyła chociażby mój telefon, laptopa, czy kalendarz, to tym bardziej byś wiedziała, że tak! Wszędzie jest turecka flaga (to kolejne zdziwienie, w każdym tureckim domu, urzędzie, szkole, sklepie, u lekarza jest turecka flaga i oczywiście wielki Mustafa). Robię wszystko, żeby tylko wrócić do Turcji, bo czuję, że to jest moje miejsce na Ziemi, tam jest mój (drugi) dom.