I tak, wraz ze zmianą czasu, albo i bez zmiany czasu, zależy kto w jakim kraju mieszka, wkroczyliśmy tak zwany posezon. Używam tego słowotworu, bo zimą tego określić nie można (na termometrze 25 stopni, za oknem słońce), jesienią też jakoś nie bardzo (żadnego opadającego liścia jeszcze nie widziałam). Na pewno nie jest to już jednak lato, bo wieczory są chłodne – co bardzo lubię, wreszcie można jakieś inne ciuchy z szafy wyciągnąć, zamiast tych zwiewnych fatałaszków (uwierzcie mi, po paru miesiącach noszenia w kółko naprawdę można się tym znudzić).

A propos zmiany czasu. Rano jednak nie obyło się bez małego zamotania. Obudziłam się o tej samej godzinie co zwykle w weekendy, zegarek analogowy pokazywał 9:30. W takim razie w Polsce dopiero 7:30. Tymczasem sprawdziłam telefon… 8:30. Ha!
Z komputerem nie było problemu, od razu zaadaptował się do sytuacji.

Kiedy poprawiłam godzinę w telefonie ręcznie, a następnie weszłam na Facebooka, by napisać o tym (cóż, takie mamy czasy), zorientowałam się że każdy dodany przeze mnie komentarz lub wpis ma informację „59 minut temu”, mimo że wysłałam go chwilę wcześniej!
Szybka wizyta na którymś z „tureckich” forów dla Polonii wyjaśniła sprawę: należy zamiast ręcznie ustawiać zegar, po prostu przestawić telefon na strefę GMT +3:00, są to bowiem kraje na tej samej szerokości geograficznej, które czasu nie zmieniają – do tej grupy obecnie Turcja się zalicza. Mając do wyboru: Bagdad, Moskwę, Kuwejt i Nairobi wybrałam zatem Bagdad i poczułam się od razu dużo bardziej orientalnie :)

Wracając jednak mniej lub bardziej oficjalnego końca sezonu 2016. Pora na jakieś podsumowanie. Aż się prosi. Minione lato obfitowało w tak wielką ilość zaskakujących zwrotów akcji, że naturalnie zaistniała potrzeba by to jakoś zgrabnie, jak to się mówi, ogarnąć.

Podejrzewam, że niektórzy dziwią się, że jeszcze w tej Turcji żyję.

Ale nie bądźmy złośliwi.

Przedsezonowe manewry

Od wiosny było wiadomo, że nie będzie łatwo. Ba, wiadomo było nawet od zeszłego lipca, kiedy Turcja zaangażowała się w operacje w Syrii, a każdy z domorosłych medialnych specjalistów wiedział dobrze jak to rozumieć i co to oznacza. Poza tym przecież MSZ zmienił status Turcji z dotychczasowego zielonego na żółty, a to gruba sprawa.

Szykowaliśmy więc nasze zasoby cierpliwości i dobrej woli, by być gotowym na cięższą pracę niż zwykle, w dużo trudniejszych warunkach. Wiedzieliśmy, że będzie sporo pytań turystów z Polski o bezpieczeństwo w Turcji, że ludzie mogą się bać przyjeżdżać, a nawet nie przyjeżdżać wcale, ba, że nie będą nam wierzyć. Wystarczy pomyśleć, że już rok temu w lipcu niektórzy turyści rezygnowali z zamówionych u nas wycieczek, bo się bali, choć wtedy był to kompletny absurd.

Nie można ich oczywiście obwiniać. Za strachem stoi niewiedza; a do zdobywania wiedzy nasze media współczesne wcale nie zachęcają, wprost przeciwnie, informacje trzeba wyszukiwać, drobiazgowo przeczesywać, wygrzebywać spomiędzy stosów innych, nieistotnych, nierzetelnych a wręcz durnych wiadomości, które robią mętlik w głowie. Alternatywnie poleganie na Facebooku i tamtejszych forach i dyskusjach też wcale nie jest takie dobre, tu z kolei pływamy w sosie tych, którzy myślą tak samo jak my.
Żeby się bawić w takie czesanie i grzebanie trzeba po pierwsze się interesować tematem, po drugie mieć na to czas, a po trzecie ochotę.
Dlatego nie dziwię się turystom, którzy planując po prostu wakacyjny wypoczynek (na który zbiera się cały rok) usłyszawszy o akcji militarnej w Syrii od razu skreślili Turcję z listy, jak to się profesjonalnie mówi, tegorocznych destynacji.

Za to tych, którzy Turcji z listy nie skreślili czekały niezłe próby i wystawienie się na towarzyski świecznik: „Do Turcji??? Nie boisz się?”.

Tymczasem sezon się rozpoczął, choć wyglądał, jakby go nie było wcale. Statystyki [stąd] są szokujące: w zeszłym roku Turcję odwiedziło 36 milionów obcokrajowców (podejrzewam, że już tylko ta liczba może być dla Was szokiem :)), natomiast w tym roku do września włącznie jest to prawie 2 razy mniej – niewiele ponad 17 milionów.
Ogólny szacowany przychód z turystyki w tym roku jest około 30% niższy niż w ubiegłym, który i tak był o kilka procent słabszy od poprzedniego.

Widać było, że ulice są pustsze niż zwykle, że w obiektach kolejki są krótsze, nie mówiąc już o hotelach działających w systemie all inclusive (paradoksalnie mniejsze hotele miejskie tzw. aparty bez wyżywienia radziły sobie nieźle, Wikingowie mniej się boją niż inne nacje, a to oni je zasiedlają. A może po prostu chodzi o silniejszy niż innych narodów ciąg do słońca i ciepła? ;))
Dobrze się złożyło, że rozpoczęłam w tym roku zabawę z kręceniem vlogów – można było zobaczyć na własne oczy, jak u nas naprawdę wygląda. Celowo wybrałam lecąc z Polski do Turcji lot z przesiadką w Stambule, by sama sprawdzić „jak jest” po pierwszym zamachu. Było normalnie. Pokazałam to na tym video a tu jest mój kanał, którego pewnie jeszcze nie zasubskrybowaliście ;)

W naszym biznesie również było widać, że wszystko idzie trudniej. Zebranie polskiej grupy na wycieczkę w tym roku stanowiło niekiedy wyzwanie! Śmiałam się do siebie, kiedy turyści pytali mnie, czy są miejsca na dany termin. Miałam ochotę powiedzieć „cała masa!” ale gryzłam się w język, jak by to brzmiało? Że nikt nas już nie kocha? ;)
Niemniej jednak jakoś sobie, w uszczuplonym niż zwykle składzie, radziliśmy.

Przyszły nowe złe wiadomości.
Kolejny zamach w Stambule, a raczej reakcja ludzi na nie, sprowokowały mnie do tego, by nagrać filmik, w którym odpowiadam na te najczęstsze pytanie: o bezpieczeństwo. Tłumaczyłam, że zamachy były daleko, a u nas nic się jak dotąd złego nie działo. Że Turcja jest wielka, a w kurortach panuje cisza i spokój. Do wschodu też kawał drogi. Skąd mogłam wiedzieć, że kilka dni po wrzuceniu filmu do sieci w Turcji wydarzy się, wydawałoby się, zapomniane: próba przewrotu wojskowego 15 lipca?!

Przewrót i medialne szaleństwo

Muszę przyznać, że wieczór i noc nieudanego na szczęście przewrotu była prawdziwą traumą. Byłam w domu, czytałam książkę, kiedy zwróciły moją uwagę inne niż zwykle dźwięki z włączonego w telewizji programu. Zamiast regularnego czytania z promptera wiadomości, prezenterka mówiła z głowy (albo raczej z słuchawki), a obraz pokazywał stambulski most i jakąś dziwną sytuację. To był ten etap jeszcze, kiedy kompletnie nie wiedziano o co chodzi. Może jakiś kolejny atak terrorystyczny? Oby nie, mantrowałam tylko do siebie.
Z minuty na minutę cała sytuacja robiła się jaśniejsza. Zamach stanu?? W Turcji? Myślałby kto, że z takimi klimatami już w tym kraju skończono! Musiałam zadzwonić do Króla Pomarańczy, który siedział z kolegą na piwie o niczym nie wiedząc. Kiedy przekazywałam mu wiadomość wydawało mi się, że jestem w jakimś filmie, tak absurdalnie to wszystko wyglądało.
A zaraz potem szereg domysłów, totalne załamanie – jak to, będziemy musieli stąd wyjechać? Teraz nie da się tu żyć! I to w środku sezonu! Co z pracą? Co z życiem?
Wybaczcie, że nie myślałam o przyszłości Turcji, w takim momencie cieszyłam się, że jestem obcą, Polką, i że mam dokąd uciekać :)
Telefon rozgrzał się do czerwoności od setek maili, wiadomości, które zaczęły do mnie przychodzić. Spędziłam tak przed telewizorem i telefonem czas do piątej rano, kiedy było już wiadomo, że przewrót się nie udał (niezłomny K.P.: „od początku to wiedziałem”!  – akurat, też miał stresa :))
Kiedy K.P. był (wraz z połową Alanyi) na nocnym proteście przeciwko przewrotowi, przychodziły wiadomości od najbliższych, których szybko uspokoiłam i których tak naprawdę nie muszę uspokajać długo, bo mi wierzą (i za to ich kocham :)) poprzez dalszych znajomych, aż po kompletnie obce nawet przypadkowe osoby i, oczywiście, turystów. Za troskę wszystkim bardzo dziękuję. Na tym etapie jednak już niektórzy zachowywali się jakby wszystko wiedzieli, a ze mną chcieli tylko podyskutować o „tureckim reżimie”. Nie były to miłe rozmowy, wtedy zdecydowałam raz na zawsze odciąć na blogu i Facebooku możliwość jakichkolwiek komentarzy politycznych, w trosce o moje zdrowie psychiczne. Po czasie widzę, że wyszło mi to zdecydowanie na dobre ;)
Chociaż zdarzyło mi się, że podejrzewano, że po prostu boję się pisać o „tureckim reżimie”, bojąc się raczej o własne bezpieczeństwo. Absurdalność tego zarzutu pokazuje tylko, jak bardzo ludzie mogą być zmanipulowani nie zdając sobie z tego sprawy.

Po 15 lipca rozpoczęły się śledztwa, czystki, i tak dalej. Znamy to wszystko z mediów, więc nie będę się powtarzać. Powstawały najrozmaitsze, nawet najbardziej kosmiczne teorie. Sama wkręcałam się w czytanie tych informacji i dyskusji, pierwsze dni nie były łatwe, wciąż była obawa, jak to się wszystko skończy?

Uspokajało mnie to, co widzę za oknem. Mimo, że wieczorem Turcy wychodzili na ulice by protestować przeciwko przewrotowi (codziennie przez cały miesiąc), były to protesty pokojowe i nie zakłócały normalnego życia. Turyści, których było wtedy więcej niż wcześniej (lipiec! wakacje!) dzwonili domagając się wycieczek. Oni też widzieli, że na miejscu nic złego się nie dzieje.
Nie zmieniło się to także kiedy wprowadzono stan wyjątkowy, w takiej sytuacji rzecz raczej normalną. Znów były plotki i domysły co można będzie, a czego nie. Nic się nie potwierdziło z perspektywy normalnego, nie zamieszanego w sprawę człowieka. Chodziliśmy codziennie do pracy, spacerowaliśmy po mieście, w dzień wolny plażowałam, odwiedziłam też wtedy EXPO (2 tygodnie po przewrocie, faktycznie było pustawo). Przestałam też nosić ze sobą paszport, choć niby były takie wymogi: nikt mnie o niego poprosił, nikt nie kontrolował, zaczęłam się bać, że gdzieś go zgubię.
Kiedy stan wyjątkowy przedłużono o kolejne 3 miesiące…. nikt z Polski nikt do mnie nie napisał. Nikt o nic nie zapytał. Celowo sama nie napisałam o tym nigdzie, będąc ciekawa, kiedy ludzie się zorientują.
Wiecie dlaczego? Bo w Polsce był październik, kogo o tej porze roku obchodzi Turcja? Przecież urlopy się skończyły. Mało które media o tym napisały, miały już inne tematy na pierwszych stronach :) Ba, podejrzewam, że wielu z Was czyta tę informację po raz pierwszy, zgadłam? ;)

Przepraszam, Turcja pojawiła się w nagłówkach niedawno, kiedy wybuchł samochód pod Izbą Handlu w Antalyi. Nieważne, że to miejsce znacznie oddalone od centrum, nieważne, że Antalya jest rozległym 2-milionowym miastem. Nieważne, że był to zbiornik gazu.
Wybuch był? Był.
News jest? Jest.

I tak bym podsumowała ten sezon, a raczej mój jego odbiór. Bo jest to odbiór osoby, która mieszka w turystycznym kurorcie, a nie gwarnej, tłocznej metropolii. Dlatego też moi znajomi ze Stambułu czy Ankary mają na pewno inne doświadczenia. Wielu obcokrajowców w tym roku postanowiło z Turcji wyjechać, albo zmienić miasto. Wielu się bało i czuło niepewnie – też bym się pewnie czuła. Ale też i wielu zostało i funkcjonuje normalnie, pracując i wypoczywając.

Odwiedziny

Mieszkam jednak w małym, 200-tysięcznym mieście. Nie narzekam :) Życie toczy się leniwie jak zwykle. Dwoma z najbardziej pozytywnych wydarzeń tego sezonu były więc… odwiedziny! Tak, na przekór strachowi podsycanemu przez media w maju i październiku, za to zgodnie z własnym sumieniem i kierując się moją opinią, odwiedzili mnie w Alanyi przyjaciele. I jedni i drudzy – z małym dzieckiem (pierwsi z roczną córeczką, drudzy dwuletnią) ! Piszę o tym specjalnie, bo spotkałam się w tym roku z teorią że do Turcji to sobie może latać młodzież albo osoby w sile wieku, ale nie „małe dzieci”… Może się nie znam, bo nie jestem matką, ale tak osobiście uważam, że wiek nie ma znaczenia ;)
I jedni i drudzy wypoczywali bez przeszkód (po dwa tygodnie!), podróżowaliśmy samochodem po okolicy, i spędzaliśmy miło czas. Kiepski sezon w pracy okazał się tutaj zaletą: normalnie pracowałabym dnie i noce, zaharowana po łokcie; dla przyjaciół miałabym dużo mniej energii. Tymczasem teraz moja nieobecność przed biurkiem nie oznaczała końca świata; można powiedzieć że kryzys nauczył mnie odpuszczać i korzystać z tego, co los daje. Pewnie dlatego tak szalałam z dietami, zdrowym odżywianiem, jogą, aktywnością na blogu – w „normalnym sezonie” nie miałabym do tego głowy!
Są więc jakieś zalety – i jest ich więcej:
Cieszę się, że nie musieliśmy zamykać biznesu, jak wielu innych w regionie, i że teraz, mimo że jest koniec października, na ulicach i plażach widać wielu turystów (szczególnie z Rosji, którzy korzystają z życia po zniesieniu embarga). Zresztą cudna pogoda tylko podkręca atmosferę, która jest pozytywna.

Na zakończenie

Pod koniec tego posta zrobiłam się bardziej sentymentalna, ale im dłużej pisałam, w tym bardziej błogi stan wpadałam :) Pewnie dlatego, że jestem wyspana, w końcu nie zmieniałam dzisiaj czasu :)
A tak na poważnie: było trudno, i to cholernie. Przede wszystkim mając świadomość, że cały mój region żyje z turystyki, widząc jak wielu moich znajomych zostaje bez pracy w środku sezonu, widząc pustki na plaży w niektórych okresach. No i, nie ukrywajmy, bojąc się o własny tyłek.
Tak jak widzicie moje obawy ewentualne na przyszłość dotyczą bardziej pracy i kwestii zawodowych, ekonomicznych, niż politycznych czy życiowych. Wybrałam Alanyę na swoje miejsce i mam nadzieję, że w tej kwestii nic się nie zmieni i wszyscy „odbijemy” się za rok a turyści pogodzą z myślą, że „takie mamy czasy”, że nigdy nigdzie nie jest już stuprocentowo bezpiecznie.
Tymczasem trzeba zakasać rękawy i pomyśleć o jakiejś pracy, tej zimy nie ma leniuchowania! Witaj, posezonie!

Może napiszę jakąś książkę, albo coś innego bym wysmarowała, kupilibyście? ;)