W zeszłym roku Święta spędzaliśmy w egzotycznej z tej perspektywy Australii, podróżując po Wyspie Kangurów. Do dzisiaj mam niekiedy problemy z uwierzeniem w tą bajkę, która się spełniła: „Ja?? W Australii?” – i to jeszcze w grudniu, w krótkim rękawku, w upałach mijająca Świętych Mikołajów na ulicy…

W tym roku jestem w Polsce, w domu rodzinnym. W zeszłym roku było wspaniale, ale… nie śmiejcie się – zabrakło mi zimy. Tego, że się marznie, że trzeba się opatulić czapką i szalikiem, albo rozgrzewać od środka aromatycznym grzańcem. O jedzeniu nie wspominam!
Do pełni szczęścia brakuje teraz tylko mrozu i śniegu… tym bardziej, że obecna polska temperatura to nic dobrego dla zdrowia. Zarazki i bakterie latają w powietrzu i niestety musiałam dopełnić swoje niemal coroczne fatum świąteczne: zmęczona atrakcjami pierwszego tygodnia w Polsce (bawiłam się m.in. na polsko-tureckim weselu jednej z dawnych czytelniczek bloga!) złapałam choróbsko, padło na żołądek, wylądowałam na izbie przyjęć (co boli bardziej, kiedy nie ma się ubezpieczenia ;)) i… do świątecznego stołu zasiądę z miską lekkostrawnego kisielku.
Wspaniale!

Żartujemy sobie wśród bliskich, że podobnie jak Europejczyków po przyjeździe do Turcji dotyka niekiedy „zemsta sułtana”, tak Polaków żyjących za granicą po powrocie na łono Ojczyzny trafia zemsta… [tu wstawić nazwisko wybranego polityka].

Makowce i kapusta z grzybami zostaną więc zapakowane do lodówki, bym mogła się cieszyć ich smakiem kiedy wrócę do formy. Mimo to jednak nie porzucam świątecznego optymizmu. Nadal trudno mi sobie wyobrazić, że mogłabym zostać na święta w Alanyi i jeść… indyka? O ile w ogóle.

Wraz ze zwiększającą się liczbą żyjących w Turcji obcokrajowców i otwarciem Turków na europejskie zwyczaje, można już Boże Narodzenie spędzić w przystrojonej choinkami i lampkami restauracji, z muzyką świąteczną na żywo i specjalnym gwiazdkowym menu w anglosaskim stylu (puddingi, indyki i inne egzotyczne dla Polaków dania). Myślę, że kiedyś zdecyduję się na ten krok i z samej reporterskiej ciekawości zostanę na święta w Turcji ale… na razie nie jestem gotowa ;)
Poza tym przecież nie mogę nie wykorzystać okresu zawodowej bezczynności na wyjazd do Polski. Mój styl życia i praca mają wiele minusów (ostatnio widzę ich jeszcze więcej), ale jest jeden zdecydowanie duży plus: ten czas mogę spędzać wśród bliskich :)

Oczywiście wiele pozostałych tureckich wyobrażeń o Bożym Narodzeniu się nie zmieniło. Nadal wielu Turków utożsamia Święta z Nowym Rokiem. Zdecydowanie bardziej popularne niż „Mutlu Noeller” (Szczęśliwych Świąt) są życzenia „Mutlu Yillar” (Szczęśliwego Nowego Roku) i to one są wypisane na rozmaitych bożonarodzeniowych gadżetach sprzedawanych w marketach i nadrukowanych na czekoladkach. Komercja nie zna granic religijnych, geograficznych i obyczajowych przecież :)

O Świętach w Turcji pisałam już 7 lat temu na blogu tutaj [klik],
a także w roku 2011 tutaj [klik].
Z kolei w roku 2012 pisałam też o mającym nadejść końcu świata, post ten ubarwiłam kilkoma zimowymi zdjęciami Stambułu, możecie też zerknąć zatem tutaj [klik].

Pora więc Wam trochę pożyczyć, zanim na okres świąteczny na dobre oddalę się od komputera i internetu (na co czekam z utęsknieniem wielkim).

Spokoju.
Oddechu.
Miłości.
Ciepła i słońca (jak nie za oknem, to w nas).
Wyrozumiałości dla siebie i innych.
Tolerancji i życzliwości.
i… (choć wiem, że zabrzmię jak Miss World, do której mi daleko):
Pokoju na świecie.

Pięknych Świąt!