Na zdjęciu: Skylar podczas kąpieli morskiej pod koniec października. Jesień!

Podsumowanie tureckiego sezonu lato 2017 zacznę od typowego dla mnie przydługiego wstępu:

W weekend lało w Alanyi tak, że wyglądało, jakby nigdy już miało nie przestać. Ulice były jak rzeki, w niektórych miejscach pozalewało sklepy albo hotelowe recepcje. Przykre, ale dość typowe dla tego okresu w naszym regionie. Tak tu po prostu jest. Przez kilka miesięcy ani kropelki wody z nieba, a jesień można rozpoznać właśnie po tym, że LEJE przez cały dzień i noc. Lub dwa. Apokalipsa, Armagedon, trudno nawet z domu wyjść.
A potem przychodzi kolejny dzień taki jak dziś i jest bezchmurne niebo, 25 stopni, słońce, które zaróżawia nos i które pozwala pójść na plażę i wygrzewać się jak foka. I znowu gołe stopy i spocone koszulki.
I taka pogoda utrzymuje się np. kolejny tydzień.
Witamy w Alanyi.
To jest nasza jesień.

Jako osoba, która z polskim deszczem ma coraz mniej do czynienia, uwielbiam ten turecki, śródziemnomorski. Siedzę i nasłuchuję tego chlupania za oknem z prawdziwą przyjemnością, popijając kawusię albo grejpfrutowego rooibosa z Polski.
Przyjemnością tym większą, że dla mnie ten deszczowy okres to nie tylko radocha z rzadko widzianych opadów, ale także oznaka końca sezonu. Taki punkt graniczny, od kiedy można już powiedzieć, że sezon lato 2017 dobiegł końca, a rozpoczyna się sezon jesień-zima 2017/2018, zwany także bezrobociem. Tylko że te daty rozpoczęcia i końca sezonu nigdy nie są stałe.

To nie tak jak z sezonami w modzie haute couture, albo nawet z wystawami w sieciówkach: od września możesz już kupić w sklepie swetry i kurtki, mimo że u nas na dworze wciąż 30 stopni. W tureckiej turystyce nigdy nie wiesz, kiedy nastąpi „ten dzień”, kiedy zwiniesz manatki i zaczniesz urlop. Wróć, nie urlop, tylko bezrobocie ;) Jeśli wszystko idzie dobrze, to dociągnie się jak w tym roku, do końca października, i wciąż będzie coś do roboty. Pamiętam w czasach rezydentury, jak kończyliśmy pracę już na początku miesiąca. Czasem zostawaliśmy w Turcji dłużej na własną rękę, żeby podróżować albo leniuchować.
Potem, po przejściu „na swoje” zostałam tą, która ostatnia gasi światło we własnej przecież firmie. A potem od razu wsiadałam w samolot i frunęłam do Polski załatwiać sprawy, na które nie było czasu latem.

Tym razem – tak dla odmiany – zostaję po sezonie w Turcji. Jedną z ważniejszych przyczyn jest piękna pogoda i fakt, że z moją mamą widziałam się „ledwo co”. Tęsknota zaspokojona. No i jak myślę o witającej mnie zawsze w październiku polskiej szarości…. brrrr :)

Pojadę w grudniu. Może trafię na śnieg? ;)

Wracając do podsumowania sezonu 2017 w Turcji, mam kilka wniosków:

Na początku sezonu wszyscy z niepokojem robili szacunki: jak będzie w tym roku. Czy turystyka podniesie się po zeszłorocznym tąpnięciu? (Zeszły rok podsumowałam tutaj). Czy będą turyści? Czy będzie dobrze albo chociaż lepiej?
– Niektórzy przytomnie dopowiadali: Gorzej niż w 2016 już być nie może…
Trudno było się czegokolwiek spodziewać. Już wszyscy się nauczyli, że oczekiwań lepiej nie mieć żadnych, bo nagle gdzieś będzie jakiś atak terrorystyczny albo wybuch i pozamiatane, nawet jeśli 600 czy 800 km stąd.
Na szczęście nie było.

Turyści podobnie, podchodzili do wyjazdów do Turcji jak pies do jeża. Większość czekała na last minute i zasypywała nas pytaniami czy w Turcji jest bezpiecznie. To chyba jedna z najpopularniejszych „tureckich” fraz wpisywanych w Google w tym roku. Kiedy mówiłam że tak, jest bezpiecznie, jak i było wcześniej, jest normalnie, nic złego się nie dzieje – po drugiej stronie łącza niemal czuć było oddech ulgi.

A i tak ci, którzy przyjechali, siadali na naszej biurowej kanapie i żalili się: „Kiedy podjęliśmy decyzję o wakacjach w Turcji rodzina się na nas obraziła / znajomi nas wyśmiali / wszyscy pytali czy jesteśmy normalni / mówili, że żywi nie wrócimy”.
Ciekawe przy okazji, że najwięcej do powiedzenia na temat bezpieczeństwa w Turcji mieli ci, którzy nigdy tu nie byli i całą wiedzę o tym kraju czerpali z telewizji. Brawo.
Na szczęście sporo osób posiada własny rozum. Dzięki bogom.
Przyjechali i nie żałują. Zresztą na ten temat planuję niebawem osobny wpis.

Przyjechali i nie żałują, bo w tym roku kursy walut to był dodatkowy bonus za wybranie Turcji jako wakacyjnego kierunku. Lira prawie równa złotówce?! Tak nie było nigdy. Owszem, ceny w Turcji nieco skoczyły w górę, ale i tak przemawia do wyobraźni jeśli powiem że mogę zjeść kebaba za 6 złotych, obiad w knajpie za 10 czy 12, a wypaśna uczta w restauracji – z drogim w Turcji alkoholem – zmieści się w 50 złotych? Już nie mówiąc o zakupach ciuchowych czy innych pamiątkach.

Nagle w szczycie sezonu okazało się, że nie ma w samolotach miejsc, że last minute po prostu NIE BYŁO – bo wczasy w Turcji wyprzedawały się na pniu. Ba, nawet kiedy szukałam oferty na koniec września dla mojej mamy okazało się, że z Poznania nie da się dolecieć w wybranych przez nie datach. Wszystko sprzedane!

A żeby nie być gołosłowną, oto statystyki:

Wakacje w Turcji statystyki

Źródło: http://www.turizmdatabank.com/turistik-merkezlere-gelen-turist-sayisi/antalya-turizm-istatistikleri-turist-ocak-eylul-2017

Oto statystyki przylotów do Antalyi od stycznia do września 2017. To oczywiście tylko jeden region Riwiery Tureckiej. Pomijamy przyloty do Bodrum, Dalamanu czy Izmiru czyli w inne turystyczne rejony. Pomijamy w ogóle Stambuł, a on też w tym roku pełen był odwiedzających!

Zwróćcie uwagę na wzrost od zeszłego roku. Polska zanotowała 60% na plusie! To w sumie nie wyczyn, zeszły rok był naprawdę tragiczny, na ulicach pustki, w tym roku gołym okiem widać było różnicę.
Jednak rekordzistami 2017 na pewno byli Rosjanie. Po zeszłorocznym banie od Putina, w tym roku nadrobili straty i… rejon Riwiery zalał prawdziwy „potop ruski” :) Było ich o ponad 1000% więcej niż w zeszłym roku. To się nazywa miłość do Turcji :)

Inna sprawa, że polskich czy np. niemieckich turystów byłoby więcej gdyby nie fakt, że to biura podróży zmniejszyły ilość miejsc, ilość samolotów do Turcji, i tak dalej. Trudno im się dziwić, szacowali biznesowe ryzyko. A gdyby coś się stało? Zostaliby z opłaconymi lotami czarterowymi i pustymi pokojami w hotelach. A po tym sezonie widać pewną tendencję, którą podsumowałabym tak….:

Ludzie (nie tylko w Polsce, ale i ogólnie w Europie) zrozumieli chyba, że:

  1. Jak się coś ma stać, to może się stać wszędzie. Nie znasz, panicku, dnia i godziny.
  2. Media przeinaczają, nie dopowiadają, często mylą nazwy i fakty, wyciągają błędne wnioski, są stronnicze, często realizują polityczne (lub finansowe) interesy i trzeba być bardzo wstrzemięźliwym w stosunku do tego, co widać na ekranie telewizora czy komputera.
  3. Turek i muzułmanin to niekoniecznie osoba podejrzana, i wyjazd do kraju w którym rządzą muzułmanie, i „co gorsza Turcy”, wcale nie oznacza, że życie nam niemiłe.

A tym, którzy i tak uważali, że nie przyjadą, bo nie warto do Turcji jeździć powiem tylko – zrobiliście dobrze. Takich jak Wy nie Turcy na pewno nie potrzebują :) A na potwierdzenie przypominam ten mój tekst: Nie przyjeżdżaj do Turcji – 11 powodów.


Skończył się turecki sezon lato 2017, chociaż jeszcze chodzimy do pracy, bo turyści (nie tylko Polacy) przylatują tutaj na wakacje przez cały rok. Zresztą wystarczy spojrzeć na oferty Niektórych Polskich Biur – mają w planie latać całą zimę do Antalyi z Warszawy i Katowic, sprzedają wczasy za jakieś totalne grosze, nic tylko przyjeżdżać :)

Tymczasem ja już pomału się żegnam z turystyką.

Oczywiście trudno powiedzieć „dość” i odciąć się do zera od czegoś, co stworzyło się własnymi rękami i pielęgnowało nierzadko ze łzami w oczach i ku*wą na ustach przez tyle lat. Ale przecież także z uśmiechem i poczuciem robienia kawałka niezłej roboty.

Obiecanki, które bliskie mi osoby słyszały z moich ust nie od dziś, wreszcie zostaną spełnione. Od przyszłego roku będę robić coś zupełnie innego, zmieniam kierunek, zmieniam front i pomysł na życie. Oczywiście zostaję w Turcji i Alanyi, żeby nie było zaraz jakichś niestworzonych teorii :)
Dla biura i turystów którzy będą przyjeżdżać do Turcji nic się nie zmienia. Nasze biuro podróży będzie działać po staremu, tylko bez mojego aktywnego uczestnictwa. Wszystko będzie funkcjonować jak dotąd, bo przecież nie ma ludzi niezastąpionych :)

Oczywiście będę kibicować dalszym losom biura i wspomagać słowem i czynem, ale na innych już zasadach.

Po prostu planuję zająć się czymś innym…

Od lat stopniowo wypalała się moja pasja do tej branży. Wypalenie zdarza się najlepszym i uwierzcie – nie życzę go nikomu. A może inaczej: czasami jest potrzebne? Może to właśnie taki alarm w głowie jest potrzebny, żeby wrócić do tego, co kocha się najmocniej, najwierniej? Może pora zmierzyć się z nowymi wyzwaniami, złamać rutynę, zacząć nowy etap?

Moja misja w projekcie „turystyka” przynajmniej w tym kształcie, w jakim była dotychczas, została spełniona. Przez te 13 sezonów zebrałam doświadczenia, z których kiedyś powstanie wspaniała i ciekawa książka :) Ale na pożegnania, podsumowania i plany na przyszłość przyjdzie jeszcze czas w którymś z kolejnych wpisów.

A zatem – nie oddalajcie się za daleko od odbiorników ;)


PS. Przypominam, że od wczoraj między Turcją a Polską są znów 2 godziny różnicy. Pisałam o tym rok temu tutaj (Zmiana czasu). I jak rok temu znów będę czuła się rano jak skowronek, bowiem kiedy wstanę o 8 czy nawet 9 rano, Wy będziecie jeszcze w fazie REM. Za to wieczorem będę wyglądać na śpiocha. Wy będziecie chcieli ze mną rozmawiać o 22 polskiego czasu, podczas gdy ja będę już układać się do snu. W Turcji rezygnacja ze zmian czasu została przedłużona o kolejny rok i… zobaczymy co będzie potem :)

PS. Jeśli brakuje Wam na blogu większej ilości zdjęć ciekawszych niż widok moich stóp w wodzie, przypominam, że aktywna jestem tutaj: instagram.com/ahududuk gdzie możecie mnie śledzić bardziej na bieżąco ;)